Frankowicze rozpętali piekło. Złotówkowicze idą po unieważnienie swoich kredytów

Na początku lipca warszawski sąd unieważnił umowę kredytu w złotych zaciągniętego na cele mieszkaniowe. Dlaczego? Kredyt był tak skonstruowany, że miesięczne raty nie pokrywały nawet odsetek, więc kredyt zamiast maleć, ciągle rósł i nie dało się go spłacić pod warunkiem, że klient dobrowolnie nie zaczął go nadpłacać. Takich kredytów udzielanych w latach 90. przez PKO BP mieliśmy w Polsce ok 100 tys. Czyżby największy polski bank siedział na kolejnej bombie?

To coś, co nazywało się kredytem hipotecznym miało konstrukcję chyba jeszcze bardziej kuriozalną niż kredyty walutowe. „Alicja”, bo tak nazywał się ten produkt udzielany przez PKO BP w latach 90., została wymyślona w taki sposób, że klientowi wyliczano minimalną ratę niezależną od poziomu inflacji, która wtedy w Polsce szalała. Dzięki temu klient mógł spłacać niewielkie raty bez lęku, że raty drastycznie mu wzrosną niemal z dnia na dzień i nie będzie w stanie ich dłużej spłacać.

Pułapka zastawiona przez inflację i sprytnych bankowców

Problem polega na tym, że to nie bank brał na siebie ryzyko zwrotu stóp procentowych. Ono też wcale nie zniknęło, to żadna magiczna sztuczka. Po prostu kredytobiorca spłacał miesięcznie tyle, ile umówił się z bankiem, a jak rata pokrywająca kapitał i odsetki wynikająca z bieżących warunków rynkowych powinna być wyższa, różnica byłą dopisywana do salda zadłużenia.

Efekt był taki, że raty, które spłacali klienci nie pokrywały nawet należnych bankowi odsetek, nie mówiąc już o kapitale. A to oznacza, że klienci płacili, a ich zadłużenie ciągle tylko rosło, zamiast maleć. Nie dało się wyplątać z tej pułapki zadłużenia, o ile kredytobiorca sam dobrowolnie nie nadpłacał kredytu, żeby jakoś dogonić uciekającego króliczka.

Bizblog.pl poleca

Oczywiście nie dało się też przewidzieć, kiedy klient spłaci swoje zadłużenie, dlatego w umowach kredytowych nie było żadnych zapisów, na jak długo zawarta jest umowa.

A najlepsze jest to, że kredyt z odroczoną płatnością był sprzedawany klientom jako niezwykle atrakcyjny i bezpieczny.

Kredyt, którego nigdy nie da się spłacić, ale da się go unieważnić

No ale na początku lipca Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa uznał, że jednak produkt ten nie był ani atrakcyjny, ani bezpieczny – informuje prawo.pl. A umowa ma zostać unieważniona w całości.

Po pierwsze dlatego, że kredytobiorców nie poinformowano jasno, że rata minimalna wyliczana przez bank wcale nie daje im gwarancji, że kiedykolwiek spłacą zaciągnięte zobowiązanie. Właściwie, to spłacenie tego kredytu było niemożliwe, gdyby klient zachowywał się zgodnie z instrukcją spłat przesyłaną co miesiąc przez bank.

Ba! To, że nie wyjaśniono tego klientowi to jeszcze nic, bo w broszurach informacyjnych zawarto nawet informacje, które mogły wprowadzać go w błąd co do czasu spłaty kredytu.

Nie wspomnę już o tym, że sposób ustalania oprocentowania był tak zawiły, że właściwie nie dało się go zrozumieć.

Za to kredytobiorcy doskonale rozumieli jedno, płacą bankowi dużo więcej, niż pożyczyli, a końca tej pułapki nie widać. Pojawił się dopiero po wyroku sądu, który uznał, że bank musi teraz oddać kredytobiorcom wszystko, co nadpłacili.

Ciekawe, ile osób ta historia zachęci do tego, by walczyć w sądzie o unieważnienie swojej „Alicji”. Ogromna część zapewne nadpłacała raty i wywinęła się z tej pułapki. Ale całkowite spłacenie kredytu wcale nie przekreśla drogi sądowej. A takich kredytowych potworków PKO BP sprzedał w latach 90. ok. 100 tys.

Ciekawe, czy ten warszawski wyrok zachęci pozostałych, żeby dać bankowi nauczkę w sądzie i czy zrobi nam się z tego kula śniegowa. Jeśli tak, lepiej, żeby PKO BP przyspieszył trochę z frankowymi ugodami przełożonymi z czerwca na jesień, bo zaraz będzie musiał się zająć kłopotami na nowym froncie.