Bankowcy przerażeni ofensywą frankowiczów. Do akcji wkracza KNF i robi się jeszcze ciekawiej

Komisja Nadzoru Finansowego uznała, że nie należy dłużej czekać, aż fala przegranych w sądzie spraw zacznie poważnie szkodzić bankom i kładzie na stole propozycję zawierania masowych ugód z frankowiczami.

Myślę jednak, że wszyscy zdajemy sobie dzisiaj sprawę z tego, że nie można już dłużej biernie czekać na dalszy rozwój sytuacji, w tym linii orzeczniczej sądów unijnych i krajowych

– twierdzi Jacek Jastrzębski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

I wychodzi z propozycją systemowego rozwiązania problemu kredytów frankowych raz na zawsze.

KNF chciałby, by banki masowo zawierały ugody z frankowiczami. Ugoda miałaby polegać na tym, że klient rozliczyłby się z bankiem, tak jakby jego kredyt od początku był kredytem złotowym, a więc oprocentowanym według stawki WIBOR z marżą, jaką stosowano przy kredytach w złotych w momencie zaciągnięcia kredytu walutowego.

Co to oznacza? Na przykładzie standardowego kredytu na 300 tys. zł pokazuje to „Rzeczpospolita”. Załóżmy, że kredyt frankowy został zaciągnięty 1 stycznia 2008 r. Kurs franka szwajcarskiego wynosił wtedy 2,16 zł, marża 1,3 proc., a spread walutowy 2 proc.

Bizblog.pl poleca

Do dziś frankowicz z takim kredytem spłacił już 260 tys. zł, ale z powodu umocnienia kursu franka do spłaty pozostało mu jeszcze 350 tys. zł.

Ktoś, kto w tym samym czasie zaciągnął kredyt w złotych, spłacił do tej pory 240 tys. zł i do spłaty pozostało mu jeszcze 210 tys. zł. 

Różnica pomiędzy kredytem w złotych a kredytem we frankach w tej symulacji to 160 tys. zł. Gdyby klient zawarł z bankiem ugodę na warunkach proponowanych przez KNF, jego dług pozostały do spłaty zmniejszyłby się o 140 tys. zł i jeszcze dostałby zwrot 20 tys. zł nadpłaconych rat. Jednak musiałby się liczyć z tym, że od momentu zawarcia ugody jego nowe raty byłyby nieco wyższe niż teraz ze względu na wyższe stopy procentowe w Polsce.

Którzy frankowicze skorzystają najwięcej?

Propozycja KNF byłaby dla frankowiczów tym bardziej korzystna, im niższy był kurs franka, przy którym się zadłużali. Najwięcej do wygrania mieliby ci, którzy zaciągali kredyt w latach 2007-2008, gdy kurs CHF był najniższy i momentami zbliżał się już do 2 zł. Przypomnijmy, że dziś za franka trzeba zapłacić ok. 4,1 zł.

Im wyższy kurs franka, tym mniej do zyskania na potencjalne ugodzie. Takich klientów może kusić nadal pójście z bankiem na wojnę, a więc do sądu, bo tam mogą liczyć na unieważnienie umowy kredytowej, co oznacza, że nie musieliby płacić wcale za korzystanie z kapitału do tej pory. O ile ich bank nie postanowi walczyć o dodatkową opłatę za korzystanie z kapitału w oddzielnym pozwie wytoczonym tym razem klientowi.

KNF bardzo mocno podkreśla, że warunki ugody muszą być korzystne dla frankowiczów.

Moim zdaniem banki muszą ostatecznie pogodzić się z faktem, że poziomu takiego nie zapewni np. pojawiająca się niekiedy propozycja rozliczenia różnic w kursach walutowych między kursem stosowanym przez banki a np. średnim kursem NBP.

– twierdzi szef KNF.

Jego zdaniem oczekiwania kredytobiorców walutowych są już dziś daleko większe niż rozliczenie samych spreadów walutowych. A oczekiwania te rozbuchały sądy, stając po ich stronie.

Czy bankom pójście na ugodę się opłaci?

Przegrane sprawy w sądach to dla banków duże problemy i duże koszty. I choć prezesi próbują zaklinać rzeczywistość, twierdząc, ze linia orzecznicza się jeszcze wcale nie ukształtowała, prawda jest taka, że obecnie przegrywają ponad 90 proc. spraw.

Nie ma co prawda jednej bazy danych, która gromadziłaby wszystkie wyroki w sprawie frankowiczów, ale z danych zebranych przez kancelarię Votum, która obsługuje frankowiczów wynika, że w listopadzie zapadły 134 wyroki (to dotychczasowy rekord), z czego 127 z nich była korzystna dla kredytobiorców, a tylko w pięciu górą były banki (dwie sprawy skierowano do ponownego rozpatrzenia).

Prawdą jest, że większość tych wyroków zapadła dopiero w pierwszej instancji (122), ale mimo to widać już, jaka jest linia orzecznicza sądów. I banki też doskonale to wiedzą, mimo że udają Greka, czego dowodem jest niedawny list środowiska bankowców do prezesa NBP Adama Glapińskiego z prośbą, by ten wpłynął na system sądownictwa w trosce o interes banków.

Czy ugody z frankowiczami się zatem bankowcom opłacą? Z jednej strony koszty takich ugód dla banków jednostkowo byłyby mniejsze niż przegrane w sądzie. Ale z drugiej strony do sądu poszło na razie 7 proc. frankowiczów. To dopiero początek, na pewno wielka fala pozwów dopiero przed nami, ale ciągle z ugody skorzystałoby z pewnością znacznie więcej osób, również tych, którzy do sądu nigdy nie pójdą, bo przeraża ich konieczność zaangażowania czasu i pieniędzy w długi spór sądowy.

Szacuje się, że w przypadku, gdyby połowa frankowiczów zdecydowała się pójść do sądu, kosztowałoby to cały sektor bankowy ok 40-45 mld zł. Teraz czas, by banki policzyły dokładnie, na czym stracą mniej – na walce w sądzie z każdym pojedynczo czy na masowych ugodach.

KNF: i tylko złotówkowiczów żal

Ciekawe, jak mocno KNF podkreśla, że rozwiązanie problemu frankowego musi być sprawiedliwe dla wszystkich, nie tylko dla zadłużonych w obcej walucie, dla sektora bankowego, ale również dla tych, którzy dawno temu podjęli bezpieczna decyzję, by zadłużyć się w walucie, w której zarabiają. 

Wygrane frankowiczów w sądach nie są z tego punktu widzenia sprawiedliwe, bo ryzykowni frankowicze zyskują kredyt za darmo po unieważnieniu umowy, a bezpieczni złotówkowicze płacą swoje odsetki, mogą więc czuć się przegrani.

Rozwiązanie tego problemu musi też zapewnić poczucie sprawiedliwości społecznej tym drugim. Kredytobiorcy złotowi nie mogą się znaleźć w gorszej pozycji, niż gdyby kiedyś wzięli kredyt walutowy

– podkreśla KNF.

I mnie się ten tok rozumowania bardzo podoba. Tak jak podoba mi się racjonalne postawienie sprawy przez przewodniczącego Komisji, który twierdzi, że „abuzywność poszczególnych klauzul umownych zawartych w umowach o walutowe kredyty hipoteczne bywa wykorzystywana instrumentalnie w dążeniu do uniknięcia skutków umowy, które stały się dotkliwe dla klientów raczej w związku ze zmianami na rynku walutowym niż wskutek cech abuzywności”.

W końcu ktoś to publicznie powiedział. I nie chodzi o to, że frankowicze sami są sobie winni. Winne są banki przede wszystkim jako podmioty silniejsze w tym układzie. Ale jak to w życiu bywa, nigdy nie jest tak, że winę w 100 proc. ponosi tylko jedna strona, nie zapominajmy o tym.

W każdym razie KNF wziął się w końcu poważnie za rozwiązywanie węzła gordyjskiego i zaprzągł do współpracy UOKiK, by wspólnie wypracować formułę, która będzie do zaakceptowania dla wszystkich i raz na zawsze zamknie sprawę problemu kredytów frankowych. 

Teraz piłka po stronie banków.