Rząd USA nie negocjuje z terrorystami, a polskie banki z klientami. Żeby nie przejechały się jak ślimak po brzytwie

Banki nie ustępują, choć frankowicze poczuli krew i coraz częściej idą do sądu. Wciąż uważam, że nie jest za późno, żeby załatwić tę sprawę w sposób polubowny. Jeśli banki liczą, że zniechęcą albo zastraszą klientów, to mogą się srogo przeliczyć. Tego ślimaka ślizgającego się po ostrzu brzytwy wziąłem z „Czasu Apokalipsy”…

3 stycznia Sąd Okręgowy w Warszawie uznał umowę kredytową państwa Dziubaków za nieważną. Zdaniem sędziego bank nie poinformował klientów, że w dłuższej perspektywie zachowania kursów walut nie da się przewidzieć, a ryzyko kursowe przeniósł na kredytobiorcę, nie oferując żadnego sposobu na jego ograniczenie. Sąd zakwestionował tez indeksację i sposób ustalania kursów itd. itp.

Mniej ważna kwestia, o której chcę napisać, została tego dnia poruszona co najmniej dwa razy. Najpierw sędzia zwrócił uwagę, że tego typu sprawy należy załatwiać ugodowo i powinna to być obowiązująca praktyka. Potem wrócił do tego mecenas Grzegorz Sikorski reprezentujący powodów, zaznaczając, że nigdy państwo Dziubakowie nigdy nie uchylali się przed ugodowym załatwieniem sprawy.

– Jednak druga strona cały czas uparcie nie chce zgodzić się na żadne rozwiązanie polubowne, tylko chce wywrzeć presję (…) na utrzymanie tej umowy w mocy na takich warunkach, jakie one są. A one są nieuczciwe w tym sensie, że zawierają te klauzule abuzywne

– powiedział pełnomocnik państwa Dziubaków.

Warto rozmawiać z klientami

Pisałem o tym w październiku po orzeczeniu TSUE, napiszę o tym teraz po wyroku sądu w sprawie państwa Dziubaków przeciwko Raiffeisen Bankowi oraz decyzji Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów podtrzymującej karę 20 mln zł dla Millennium za klauzule abuzywne w umowach kredytów walutowych.

Uważam, że w takich sprawach jak kredyty frankowe warto, wręcz trzeba rozmawiać. Niestety, banki usztywniły maksymalnie stanowisko i jestem pewny, że to wspólnie podjęta i mocno przemyślana decyzja, która ma odstraszyć te pół miliona Polaków nabitych we franki przed gremialnym dochodzeniem swoich praw.

Obie sprawy, ta dotycząca Raiffeisena i ta z Millennium w roli głównej, pięknie się zazębiają i nie chodzi jedynie o to, że dotyczą frankowiczów. Ani o to, że w środę minęło 5 lat, odkąd Narodowy Bank Szwajcarii uwolnił kurs franka, a ten eksplodował nad naszymi głowami niczym Falcon 9 nad przylądkiem Canaveral.

UOKiK wysyła sygnał do banków

Co zatem wspólnego ma sprawa państwa Dziubaków z Bankiem Millennium. Na pierwszy rzut oka wyłącznie to, że dotyczy umów frankowych.

Wyrok, który został ogłoszony we wtorek, dotyczył ponad 20-mln kary nałożonej na bank decyzją prezesa UOKiK w styczniu 2018. Ale żeby przypomnieć, o co chodziło w tym sporze, musimy się cofnąć o kolejne sześć lat wstecz.

W 2012 r. do rejestru klauzul niedozwolonych wpisany został stosowany przez Millennium sposób przeliczania kwoty i raty kredytów w oparciu o franki szwajcarskie. Jednak gdy klienci składali reklamacje, bank przekonywał, że decyzja Urzędu ma zastosowanie do przyszłych umów, a nie już podpisanych. Nakładając karę, UOKiK udowodnił, że nie warto naginać ani przeinaczać decyzji administracyjnych tudzież przepisów.

Ogłoszenie decyzji Sądu Ochrony Konkurencji i Klientów o podtrzymaniu kosztownej grzywny dla Millennium niepełna dwa tygodnie po wyroku w sprawie państwa Dziubaków, można uznać za podobny sygnał wysłany do banków.

„Na szczęście to nie prezes UOKiK orzeka w tej sprawie…”

Po ogłoszeniu wyroku w sprawie przeciwko Raiffeisenowi bankowcom po raz kolejny puściły nerwy. Niektórzy zaczęli straszyć klientów pozwami za „nieuprawnione korzystanie z kapitału oraz odsetek”. Należy się domyślać, że banki wyliczyłyby sobie odpowiednio wysokie odszkodowania, które najprawdopodobniej byłyby wyższe niż wpływy utracone z tytułu uchylenia umowy kredytowej. W grę wchodziłyby więc niemałe pieniądze.

Przedstawiciele sektora zachowywali się, jakby zapomnieli lub nie wiedzieli, że dwa tygodnie wcześniej, tuż przed Bożym Narodzeniem, prezes UOKiK-u Marek Niechciał ogłosił, że banki nie mogą żądać wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, gdy sąd unieważni umowy o kredyt hipoteczny indeksowany do waluty obcej.

– Nie może być zgody na to, że za swoje sprzeczne z prawem działania banki obciążają konsumentów. Jest to niezgodne z postanowieniami dyrektywy dotyczącej nieuczciwych warunków umownych

– ogłosił prezes UOKiK Marek Niechciał.

Efekt? Pełnomocnik pozwanego banku stwierdził na antenie radiowej Trójki, że:

„Na szczęście to nie prezes UOKiK orzeka w tej sprawie, a sądy…”

No i właśnie we wtorek SOKiK przypomniał wszystkim bankowcom o swoim istnieniu, a także o tym, że jeśli banki zamierzają grać niefair, to będą płacić po pierwsze za przegrane procesy ze swoimi klientami, a po drugie Skarbowi Państwa za głupie decyzje jak straszenie i wprowadzanie kredytobiorców w błąd.

Afera większa niż Amber Gold

Czasu na podjęcie mądrej decyzji, czyli próby dogadania się z klientami, było naprawdę sporo, ale sensownych propozycji ze strony banków frankowicze wciąż się nie doczekali.

Zanim 15 stycznia 2015 roku urządził na foreksie pokaz fajerwerków, frank szwajcarski gwałtownie się umocnił w reakcji na zadymę na rynkach po upadku Lehman Brothers, a potem kryzys zadłużeniowy w strefie euro i epopeję z PIIGS-sami w roli głównej. Kryzys 2008-2009 wywindował kurs szwajcarskiej waluty z 2 zł w połowie 2008 r. do niecałych 3,2 w drugiej połowie 2010 r.

W trakcie 2011 roku frank umocnił się do 3,70 zł, a potem 15 stycznia 2015 roku Narodowy Bank Szwajcarii uwolnił kurs do euro i się zaczęła jazda bez trzymanki, bo helwecka waluta na krótki moment przebiła nawet granicę 5 zł. Od połowy 2018 r. frank chyba ani razu nie spadł poniżej 3,70 zł, a ostatnio znów bliżej mu do 4 zł niż 3,50.

Jak to się przekłada na sytuację kredytobiorców? Osoby, które zadłużyły się w 2008 roku na 300 tys. zł i płaciły wtedy raty w wysokości 1300-1400 zł, teraz płacą 1800-1900 zł, a do spłacenia mają nawet 400 tys. zł. A banki od 11 lat twierdzą, że w ogóle na tej sytuacji nie skorzystały. Wcale mnie nie dziwi, że są osoby, które to, co banki wyszykowały Polakom, pakując ich w kredyty walutowe, nazywają największą aferą finansową III RP.