Nad polskim fotowoltaicznym boomem zbierają się chmury. Rząd zaczyna mieszać w przepisach

Fotowoltaika od paru lat w Polsce rozwija się w takim tempie, jakby była na sterydach. Ale za chwilę możemy mieć do czynienia z ostrym hamowaniem. Rząd zaczyna mieszać w przepisach.

Polska w 2020 r. pod względem instalacji fotowoltaicznych zajęła 4. miejsce w UE i była bardzo blisko pierwszej dziesiątki na świecie. Głównym napędzającym miał być rządowy program „Mój Prąd” (od 1 lipca do 20 grudnia 2021 r. planowany jest kolejny nabór). I w tym roku jest podobnie. Instytut Energetyki Odnawialnej wylicza, że do końca roku może dojść w sumie 2 GW nowych mocy i wtedy łącznie będzie u nas już blisko 6 GW mocy instalacji fotowoltaicznych.

W tej beczce miodu jest jednak solidna łycha dziegciu. Jak informuje „Rzeczpospolita”, w rządzie też się bacznie temu słonecznemu boomowi przyglądają. I podobno Ministerstwo Klimatu i Środowiska ma sposób na to, jak na rozwoju energetyki słonecznej w kraju mógłby zarobić Skarb Państwa.

Fotowoltaika: nadchodzi zmiana prawa?

Dzisiaj jest tak: wyprodukowana przez domową instalację fotowoltaiczną nadwyżka energetyczna trafia z powrotem do wspólnej sieci. Kiedy Słońce jest zasnute chmurami albo w nocy można bezpłatnie pobrać do 80 proc. tej oddanej puli. I właśnie te zasady chce zmienić resort klimatu i środowiska. Od przyszłego roku miałby obowiązywać zupełnie inny mechanizm. Na czym by polegał? Nadwyżka energetyczna miałaby być sprzedawana firmom zajmującym się obrotem energią. Cenę determinowałaby średnia cena sprzedaży prądu na rynku konkurencyjnym w poprzednim kwartale. Teraz to byłoby 256,22 zł/MWh.

Bizblog.pl poleca

Jak można byłoby tę nadwyżkę – wedle najnowszych propozycji – na nowo skonsumować? Tylko drogą zakupu na rynku. W minionym roku średnia cena energii dla gospodarstw domowych wyniosła 537,4 zł/MWh. To ponad dwa razy więcej niż cena sprzedawanej nadwyżki, która tym samym producentów energii ze słońca skazuje na wieczną stratę. Rząd tłumaczy, że takie zmiany w prawie wymusza konieczność dostosowania się do regulacji UE. I w międzyczasie pojawi się więcej modyfikacji, dzięki którym nadwyżkę energetyczną będzie można nie tylko sprzedawać firmom zajmującym się handlem prądem, ale też innym odbiorcom.

Zasada 10H już pokazała jak można wyhamować z OZE

Część komentatorów wskazuje, że prędzej czy później musiało dojść do takich zmian. Odnawialne źródła energii coraz bardziej wchodzą w rynek i muszą przy tej okazji pozbawić się rządowych bonusów i dopłat. Ale nie brakuje też takich, dla których proponowane zmiany będą wielkim hamulcowym. I od razu podają inny przykład: zasady 10H, która od lat bardzo skutecznie wstrzymuje rozwój energii z wiatru na lądzie. Obowiązujące od 2016 r. przepisy mówią, że nowe wiatraki na lądzie muszą być oddalone od zabudowań mieszkalnych o dystans odpowiadający co najmniej 10-krotnej wysokości wiatraka wraz z łopatami. I dopiero teraz: we wrześniu lub październiku mamy zobaczyć projekt zmian zasady 10H. Na tej samej zasadzie, zdaniem części ekspertów, na podobną, wieloletnią stagnację rząd chce wysłać teraz fotowoltaikę.

Stawianie tylko na ceny energii bardzo ryzykowne

Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej, przekonuje, że o tym, czy te zmiany będą faktycznie niekorzystne dla właścicieli paneli słonecznych – w sporym stopniu zdecydują ceny energii. Tę hurtową mamy najwyższą w UE od kwietnia 2020 r., kiedy z fotela lidera zepchnęliśmy Grecję. I raczej nie należy się spodziewać jakieś zmiany w najbliższej przyszłości w tym zestawieniu. Zwłaszcza, że ceny emisji CO2 w unijnym systemie ETS od miesiąca pozostają na poziomie ponad 50 euro za tonę dwutlenku węgla. W styczniu Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami wyliczał, że w 2030 r. cena emisji jednej tony CO2 mogłaby już kosztować 72 euro. Teraz coraz częściej mówi się o cenie na poziomie nawet 100 euro. I to znacznie szybciej niż dopiero za dekadę. Dla uzależnionej ciągle od węgla Polski to oznacza kłopoty.