Pal licho CO2. To metan pogrąży Polskę. Kopalnie pójdą wtedy pod nóż

Europejski System Handlu Emisjami (ETS) zmniejszył w latach 2005-2018 całkowite, stacjonarne emisje o 29 proc. Ale nakreślony do 2030 r. cel i tak będzie ciężko osiągnąć. Klimat będzie miał szansę na głębszy oddech, gdy w systemie znajdzie się też miejsce dla emisji metanu.

Powoli okazuje się, że tak naprawdę problemem dla ziemskiego klimatu nie jest dwutlenek węgla (który rzecz jasne też swoje za uszami w tej kwestii jak najbardziej ma), ale metan. Klimatolodzy od lat przekonują, że ów silny gaz cieplarniany ma znacznie silniejszy wpływ na globalne temperatury niż CO2. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) szacuje, że dla naszego środowiska jedna tona metanu odpowiada aż 30 tonom CO2. Zakłada się zaś, że w ubiegłym roku z nowych i nieużywanych kopalń węgla mogło wycieknąć nawet w sumie ok. 40 mln ton metanu. 

Do tej pory za emisję metanu najwięcej dostawało się hodowlom bydła, topniejącej faktycznej wiecznej zmarzlinie oraz niszczeniu terenów podmokłych i torfowisk. Dochodziły do tego wszystkiego jeszcze odwierty naftowe i gazowe, gdzie emisja metanu to też nic dziwnego. Ale pod tym kątem nikt wcześniej nie brał na celownik kopalń węgla kamiennego. 

Dwutlenek węgla? Przy metanie to waga piórkowa

Dave Jones, analityk z Climate Thinkank Sandbag, uważa, że przemysł węglowy jest jeszcze bardziej zanieczyszczający niż nam się wydawało. Jego zdaniem sytuacje mogą zmienić tylko i wyłącznie surowsze normy prawne. Ale zdaniem przedstawicieli IEA, jeżeli chodzi o emisji metanu do ziemskiej atmosfery, nie należy spodziewać się znaczącej poprawy do 2040 r. 

Obecnie stężenie tego gazu w atmosferze jest około dwuipółkrotnie wyższe od poziomu sprzed epoki przemysłowej i stale rośnie. Walka z tym zjawiskiem może okazać się wyjątkowo trudna.

Ograniczenie emisji metanu w kopalniach węgla jest problematyczne, ponieważ stężenie metanu w emisjach jest często bardzo niskie i może ulegać wahaniom pod względem jakości i ilości. Im niższe stężenie metanu, tym trudniejsze technicznie i ekonomicznie jest jego zmniejszenie

– uważają przedstawiciele IEA

ETS z metanem, czyli nowe reguły gry

Eksperci coraz częściej wzywają do rozliczania emisji pochodzących z produkcji węgla, w tym wycieku metanu. Nie jest tajemnicą, że największym źródłem metanu są chińskie kopalnie węgla. Nie najlepiej pod tym względem jest również w Rosji, Stanach Zjednoczonych, Australii i Indiach. Ale podobnie jak w przypadku emisji CO2 – gdzie też najwięksi emitenci znajdują się poza Europą – tak i jeżeli chodzi o ograniczenie emisji metanu, pierwsze skrzypce stara się grać Stary Kontynent. Jeśli zostanie ona włączona do europejskiego handlu emisjami, to zdaniem reprezentujących polską branże węglową, będzie to w krótkiej perspektywie czasowej oznaczać koniec polskiego górnictwa węglowego. Nad Wisłą aż 80 proc. kopalń to kopalnie metanowe. I wtedy koszt produkcji w Polsce węgla wzrósłby nawet o 1 mld zł.

Nie mamy szans funkcjonować przy takich wysokich kosztach produkcji węgla. Jeśli tak się stanie, to za 15 lat w tym gronie już na pewno się nie spotkamy

– stawia sprawę jasno Janusz Olszowski, prezes Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej

ETS pędził, ale właśnie zwalnia

Dzięki ETS od 2005 do 2018 r. udało się zmniejszyć emisję CO2 o 29 proc. W dalszych latach trzeba jednak liczyć się ze znacznie wolniejszym tempem. Do 2030 r. emisje mają zmaleć w sumie o ok. 7 proc. Przy zastosowaniu dodatkowych środków gdzieś uda się jeszcze znaleźć dodatkowe 5 proc. Ale i tak licząc optymistycznie, w porównaniu z 2005 r. redukcja emisji w 2030 r. osiągnie ok. 41 proc. Nieco poniżej celu: 43 proc. 

Na to wyhamowanie w najbliższej dekadzie wpływy będą miały różne czynniki. Ale nie bez znaczenia jest zastępowanie elektrowni jądrowych w Belgii nowymi kopalniami węgla. Albo planowany wzrost produkcji energii o wysokiej emisji dwutlenku węgla, co ma mieć miejsce m.in. w Irlandii, Danii, czy na Malcie. Z kolei w Polsce, Rumunii, czy na Litwie przewiduje się wzrost emisji z procesów przemysłowych.

Handel emisjami przyszedł zza wielkiej wody

ETS to jeden z tych unijnych instrumentów, który ma wpłynąć na krajowe gospodarki, by te znacznie odważniej zaczęły odwracać się od węgla. O handlu emisjami głośno zaczęto mówić przy okazji przyjętego w 1997 r. Protokołu z Kioto. Pierwszy system opracowano w USA i tam też – w Chicago wystartowała pierwsza giełda emisjami. 

Ten mechanizm był wzorem dla Komisji Europejskiej, która w 2003 r. opracowała dyrektywę wprowadzającą Emission Trading Scheme (ETS) w Unii Europejskiej. W Polsce nikt tym za bardzo się nie interesował, kiedy za tonę CO2 trzeba było płacić 5-6 euro. Sytuacja zmieniła się diametralnie, jak ogłoszono unijną neutralność klimatyczną i ceny podskoczyły do poziomu zbliżającego się do 30 euro za tonę wyemitowanego dwutlenku węgla. W efekcie w oczy gospodarek zbytnio uzależnionych od węgla zajrzała wizja dużo droższej energii. W Polsce z tej okazji zorganizowano rytualne tańce legislacyjne i indywidualnych odbiorców udało się do końca 2019 r. przed tym zjawiskiem uratować.