Elektrownia Ostrołęka to studnia bez dna. Pochłonie kolejne setki milionów złotych

Myślicie, że serial dotyczący łożenia publicznej kasy na rzecz budowy węglowej Elektrowni Ostrołęka ma się ku końcowi? Spokojnie, możecie dokupić parę paczek czipsów, bo wychodzi na to, że to jeszcze nie jest finał tego wyjątkowego widowiska. Jak donosi serwis Politico, dotychczasowe prace i rozbiórka pochłoną nawet 1,3 mld zł.

Jeszcze w grudniu ub.r. senator Krzysztof Brejza pytał premiera Mateusza Morawieckiego o koszt rozbiórki dwóch potężnych pylonów i innych elementów niezrealizowanej koniec końców inwestycji w Elektrowni Ostrołęka. W odpowiedzi usłyszał, że „Minister Aktywów Państwowych, reprezentujący akcjonariusza Skarb Państwa, nie dysponuje dodatkowymi informacjami”.

Bizblog.pl poleca

Wcześniej zaangażowana w projekt spółka Energa nie odpowiedziała na podobne pytania, zasłaniając się tajemnicą przedsiębiorstwa. „Przedmiotowa interwencja została skierowana w niewłaściwy sposób, do niewłaściwego podmiotu oraz bez wskazania sprawy, które ma dotyczyć” – odpisała Energa senatorowi na odchodne. Teraz rąbka tajemnicy trochę wreszcie uchyla serwis Politico, który wylicza, że dotychczasowe prace razem ze zleconą już rozbiórką pochłoną 283 mln euro, czyli w okolicach 1,3 mld zł.

Elektrownia Ostrołęka, czyli kosztowna polityka

Elektrownia Ostrołęka dla PiS była niczym węglowa enklawa, która skutecznie będzie bronić tradycyjne paliwa kopalne przed ekologicznymi i klimatycznymi wymysłami Brukseli. Zwłaszcza że coraz większymi krokami zbliżał się termin wyłącznie z eksploatacji wybudowanej w 1972 r. Ostrołęki B. I chociaż eksperci wskazywali, że to bardzo dobra okazja do zastąpienia węgla jakimś OZE, to PiS postawił na swoim i budowę przyszłego bloku węglowego w Ostrołęce obrał za jedną ze swoich taktyk wyborczych, która opierała się na uzdrowieniu polskiego górnictwa węglowego. 

Zresztą to nie był tak naprawdę pomysł Jarosława Kaczyńskiego i jego ekipy. Takie plany miał przecież wcześniejszy rząd Donalda Tuska. W 2012 r. stosowny projekt trafił ostatecznie na półkę, bo eksperci przekonali rządzących, że kolejna, liczona w miliardach złotych, inwestycja w węgiel po prostu nijak się nie opłaca. Gwarantuje za to rosnące w kolejnych latach obciążenie finansowe. Ale następcy z PiS w rządzie byli zgoła odmiennego zdania. Nawet kandydujący na urząd prezydenta Polski Andrzej Duda grzmiał, że rezygnacja z budowy węglowej Elektrowni Ostrołęka C, to zbrodnia wycelowana w polskie bezpieczeństwo energetyczne.

Gaz ziemny ma zastąpić węgiel

Wszystko zaczęło się sypać pod koniec 2019 r., kiedy z inwestycji okrakiem wycofała się Polska Grupa Energetyczna. Potem dołączyły do niej spółki Enea i Energia. W końcu nie ma co udawać, że projekt ma dalej rację bytu i zaczyna się oficjalna rozbiórka tego, co się udało do tej pory wybudować. Najbardziej na taki obrót sprawy kręcą nosem górnicy. Np. Dominik Kolorz, przewodniczący śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, uważa, że „jako państwo ponieśliśmy tam już zbyt duże koszty, żeby w tej chwili marnotrawić parę miliardów złotych”. 

Jednak na powrót węgla do Ostrołęki nie ma już żadnych szans. Wyraźnie mówi o tym minister aktywów państwowych Jacek Sasin, który przypomina, że rząd nie może być ślepy i głuchy na dynamicznie zmieniającą się politykę klimatyczną. To wcale nie znaczy, że Ostrołęka już zupełnie traci na energetycznym znaczeniu na mapie Polski. Teraz bowiem plan jest taki, że zamiast elektrowni węglowej – powstanie gazowa z udziałami podzielonymi miedzy Orlen (51 proc.) i PGNiG (49 proc.). PGNiG jednocześnie gwarantuje dostawy gazu na potrzeby tej elektrowni do końca 2027 r. O ile nic nie stanie na przeszkodzie i zastrzeżeń nie będą miały urzędy antymonopolowe – do 30 czerwca powinna powstać nowa spółka celowa, która będzie realizować to zadanie.

Przyszłość gazu też nie jest do końca znana

A czy gaz ziemny nie jest też paliwem kopalnym, któremu Bruksela najchętniej też zamknęłaby drzwi przed nosem? Owszem, polski rząd robi co może, żeby Komisja Europejska uznała gaz za paliwo przejściowe w procesie polskiej (i nie tylko) transformacji energetyczno-górniczej. Zgoda Brukseli na taki scenariusz znowu nie jest przesądzona. Wydaje się ponownie, że największe szanse na główną rolę w tych ustaleniach ma polityka najwyższych lotów. Wszak dla Niemców alternatywą dla wyłączanej w 2022 r. energetyki jądrowej ma być m.in. przesyłany przez Nord Stream 2 właśnie gaz ziemny. 

A o tym, że ze zdaniem Berlina trzeba się w UE liczyć – nie trzeba nikogo przekonywać. W opublikowanych w lutym br. uwarunkowaniach technicznych dotyczących pomocy covidowej przedsiębiorstwom KE stwierdza, że gaz ziemny – z pewnymi zastrzeżeniami – może być uznany za „nieszkodliwy” dla łagodzenia zmian klimatycznych. Tym samym jest też zielone światło dla inwestycji gazowych. Jak przyznaje KE pieniądze „mogą być wyjątkowo przyznawane w poszczególnych przypadkach w państwach członkowskich, które stoją przed poważnymi wyzwaniami związanymi z odchodzeniem od wysokoemisyjnych źródeł energii”.