Efekt Ryanaira. Drogie linie w Europie zamieniają się w lowcosty

Stało się. Szef Ryanaira miał rację, efektem pandemii nie będzie podniesienie cen. Wręcz przeciwnie, wszyscy, wzorem Irlandczyków, desperacko rzucą się do cięć. I teraz, do niedawna całkiem ekskluzywnymi liniami, możemy latać za 100-200 zł.

Obniżymy ceny, aby ludzie znów się poruszali. Kiedy zaczniemy latać w lipcu, będziemy sprzedawać za wszelką cenę, aby zapełnić jak najwięcej miejsc

– pamiętacie jeszcze te słowa Michaela O’Leary?

Bizblog.pl poleca

Menedżer Ryanaira okazał się wizjonerem. Podczas gdy eksperci zastanawiali się, czy linie lotnicze będą chciały odbić sobie straty, czy obniżą ceny, O’Leary jako jedyny głośno i wyraźnie artykułował, w jakim kierunku pójdzie w przyszłości branża lotnicza.

Ryanair, mimo ciągłego zamieszania z zamykaniem i otwieraniem granic, cały czas zasypuje rynek atrakcyjnymi ofertami. Na początku września przewoźnik rzucił milion biletów po 5 euro, potem dorzucił do tego 750 tys. kolejnych – tym razem za pół ceny. Niedawno Irlandczycy wpadli natomiast na kolejny ekscentryczny pomysł, dodając do zakupionych miejscówek drugi bilet gratis. Tego typu promocje kojarzyliśmy do tej pory raczej z batonami i napojami w marketach niż kosztującymi setki złotych biletami lotniczymi.

Dlaczego Ryanair narzucił takie tempo? Wydaje się, że Irlandczycy chcą w ten sposób wykończyć konkurencję, która zmuszona jest grać na ich zasadach. Pula klientów linii zmniejszyła się pandemię w drastycznym stopniu.

Zapaść branży lotniczej

Stowarzyszenie Airports Council International Europe szacuje, że w tym roku przychody branży spadną o prawie 60 proc, co przekłada się na straty rzędu 30-40 mld dol. kwartalnie. Z rynku wyparowało ok. 5,6 mld pasażerów. To liczby, które trudno ogarnąć wyobraźnią.

Tymczasem wielu przewoźników wciąż trzyma się na rynku. Mimo zapowiedzi dotyczących rychłych bankructw, na liście zaktualizowanej 21 sierpnia przez branżowy blog Allplane.tv widniało 26 nazw. Tylko osiem z nich to linie lotnicze ze Starego Kontynentu. Reszta została w tym czasie dofinansowana przez rządy swoich państw lub walczy o przetrwanie, trwoniąc resztki oszczędności.

To oznacza jedno. O dostęp do kurczącego się tortu walczy coraz więcej chętnych. Część z nich jest już na granicy śmierci głodowej. Wybór jest prosty. Trzeba podjąć walkę, nawet jeżeli będzie to bitwa o okruszki, które zostały na stole.

Tymi okruszkami są dzisiaj turyści. Owszem, jest ich zdecydowanie mniej niż w ostatnich latach, ale to głównie dzięki nim samoloty mają dzisiaj powód, by w ogóle odrywać się od ziemi. Klasa biznes, podstawa dochodu regularnych linii lotniczych, całkowicie zamarła.

W przeciwieństwie do biznesmenów wakacyjni podróżnicy mają jednak to do siebie, że rozważnie oglądają każdą złotówkę. I tu zaczyna się dramat ekskluzywnych linii lotniczych. Jedyną szansą na przyciągnięcie klientów w czasie kryzysu okazuje się dla nich rywalizacja z Ryanairem, Wizzairem czy easyJetem. Czyli przewoźnikami, którzy przez lata opanowali politykę cięcia kosztów do perfekcji.

Drogie linie jak tani przewoźnicy

Regularne linie podjęły jednak rękawicę. W Polsce na duże ustępstwa cenowe w wakacje poszły PLL LOT. Do Burgas, Korfu czy Dubrownika można było polecieć od 99 zł w górę. Według danych fru.pl, różnice między tanimi przewoźnikami a regularnymi liniami zmniejszyły się do 256 zł. Że to wciąż dużo? To spójrzcie na to, co stało się później.

Wraz z zakończeniem wakacji i rosnącą liczbą zachorowań w całej Europie, linie zaczęły się czuć coraz bardziej dociskane do ściany. Efekty zmierzyła firma ForwardKeys, która zajmuje się branżą podróżniczą.

Analiza objęła cztery rynki kluczowe z punktu widzenia większości linii – Francję, Wielką Brytanię, Holandię i Niemcy. Ekspertów interesowało to, o ile spadły ceny połączeń do krajów, które w chłodne jesienne dni cieszą się wzmożonym zainteresowaniem podróżnych, czyli do Grecji, Włoch, Portugalii i Hiszpanii.

I teraz uwaga – w sierpniu średnie obniżki cen (rok do roku) na tych kierunkach przekraczały 15 proc. W okresie wrzesień-grudzień dochodzi jednak do gwałtownego tąpnięcia. Z Wielkiej Brytanii do Grecji będzie można polecieć o 35 proc. taniej. Nobliwe British Airways sprzedaje dzisiaj miejscówki na loty do Włoch i Grecji po 35 funtów, niskokosztowy easyJet – za 30 funtów.

Analitycy policzyli także, że połączenia z Niemiec do Grecji i Portugalii, z Francji do Grecji oraz z Holandii do Hiszpanii są dzisiaj o jedną czwartą tańsze niż jeszcze rok temu o tej samej porze.

Czy Polacy skorzystają?

Jak ma się to do polskich klientów? Niestety Polacy odczują to w zdecydowanie mniejszym stopniu. LOT zakończył już letnią promocję, pozostali regularni przewoźnicy mają nad Wisłą znikomy udział w rynku. Być może dlatego nie palą się również z ogłaszaniem przecen.

Z drugiej strony, do Londynu, Manchesteru czy Dortmundu Ryanair lata do końca listopada z Katowic za 40-70 zł w jedną stronę. Inwestując nieco czasu i pieniędzy można się więc na to szaleństwo załapać i polecieć taką maszyną w cenie biletu jak u taniego przewoźnika:

Olivier Ponti, wiceprezes ForwardKeys uważa jednak, że samo cięcie cen nie wystarczy.

„Efekt atrakcyjnych cen ma swoje ograniczenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wielu konsumentów nadal obawia się, że ich plany zostaną anulowane, a w przypadku odwołania lotu linie nie oddadzą im pieniędzy. Przywrócenie zaufania konsumentów jest warunkiem wstępnym przyciągnięcia ludzi z powrotem do latania” – przekonuje.