Pandemia zniszczyła najpiękniejszy wynalazek współczesnego kapitalizmu

Gdy 21 miesięcy temu dotarła do Polski pandemia koronawirusa, reakcja wielu Polaków była podobna. Rzucili się do sklepów, robiąc zapasy. Tak na wszelki wypadek, bo przecież nie wiadomo, co będzie za dwa tygodnie, czy za miesiąc. Czy na przykład nie zamkną sklepów.

Po kilku dniach sytuacja się uspokoiła i pozostały po niej tylko dane NBP o nadzwyczajnym wzroście wypłat gotówki z bankomatów i oddziałów bankowych w połowie marca 2020. One też były tak na wszelki wypadek. Mogłoby się to skończyć paniką bankową, jak to się wielokrotnie zdarzało w minionych stuleciach, ale na szczęście dziś jest już na takie sytuacje lekarstwo. Wkroczył bank centralny i udostępnił bankom tyle pieniędzy, ile trzeba, żeby nikt nie musiał się obawiać, że ich zabraknie i żeby takie obawy nie przerodziły się w panikę, która doprowadzi do katastrofy. W efekcie ani paniki, ani katastrofy nie było.

W sytuacji, w której trudniej niż zwykle przewidzieć scenariusz na kolejne miesiące, niewykluczone stają się też scenariusze najgorsze, ludzie więc starają się wtedy przed nimi zabezpieczać. Prawie dwa lata później sytuacja wygląda bardzo podobnie, tylko że występuje w nieco innym miejscu.

Teraz zapasy na wszelki wypadek robią przedsiębiorstwa.

Ale motyw jest ten sam. Lepiej teraz kupić więcej, tak naprawdę za dużo, niż potem zderzyć się z brakiem towaru na rynku.

Bizblog.pl poleca

Świetnie widać to w opublikowanych w ostatnich dniach danych. Najpierw okazało się, że PKB Polski, które urosło w trzecim kwartale o 5,3 proc. rok do roku jest ciągnięty w górę właśnie przede wszystkim przez wzrost zapasów w przedsiębiorstwach. Udział tego czynnika we wzroście PKB był największy od 2006 roku

Potem opublikowano wskaźnik PMI, który obrazuje aktywność biznesową w polskim przemyśle. Okazało się, że zakupy wszystkiego na zapas odbywają się w tej chwili na największą skalę w całej sięgającej lat 90. XX wieku historii tego badania. Jednak motywem, który zmusza firmy do takiego zachowania nie jest strach przed tym, że wszystkich tych towarów zabraknie, ale obawa przed inflacją, a więc przed tym, że staną się one jeszcze droższe.

Najciekawszy akapit w raporcie PMI brzmi tak:

Tymczasem szybki wzrost cen wpłynął na aktywność zakupową producentów. Firmy starały się kupować towary, gdy tylko było to możliwe, aby zniwelować wpływ inflacji i niedoborów podaży w nadchodzących miesiącach. Wzrost zakupów odnotowano dwunasty miesiąc z rzędu, a firmy sygnalizowały, że znaczna część ich obecnej aktywności zakupowej ma na celu wzmocnienie zapasów. Według najnowszych danych wzrost netto zapasów środków produkcji i półfabrykatów był najsilniejszy w ponad 23-letniej historii badań

Wspomniany przez ekonomistów Pekao SA efekt w postaci większych inwestycji w zwiększanie powierzchni magazynowych będzie oczywiście pozytywnym i zaskakującym efektem całego tego zamieszkania z zapasami, ale niestety mogą pojawić się też efekty negatywne.

Problem polega na tym, że w ten sposób tworzy się błędne koło. Im więcej sztuk, ton i litrów najróżniejszych materiałów, surowców, podzespołów firmy kupują tak na wszelki wypadek w obawie przed tym, że może ich zabraknąć, tym bardziej rośnie prawdopodobieństwo, że faktycznie ich zabraknie. A im bardziej rośnie, tym bardziej zamaszyście firmy zapasy sobie budują.

I dalej:

Im większe robią zakupy obawiając się wzrostów cen, tym szybciej ceny rosną

Czy tutaj ponownie zbliżamy się do jakiejś katastrofy? Pewnie niektórzy mogą stwierdzić, że już ją mamy, bo jak inaczej nazwać na przykład konieczność zamykania na wiele tygodni fabryk samochodowych w sytuacji, w której popyt na nowe samochody na świecie wciąż jest duży i niezaspokojony. Podobne problemy, chociaż w mniejszej skali występują w innych branżach przemysłowych. Często zdarzają się opóźnienia w produkcji, bo brakuje jakiejś kluczowej części. Trudno orzec, co jest przyczyną, a co skutkiem. Czy w danej firmie brakuje części, bo inne je wykupiły na zapas na wszelki wypadek, czy może odwrotnie: wszyscy próbują je wykupić na zapas na wszelki wypadek, bo ich brakuje. Czasami ich brakuje, bo produkcja danej części przestała się opłacać i materiały niezbędne do jej wyprodukowania podrożały tak bardzo, że produkcja stała się nierentowna. Tak dzieje się w tej chwili w Europie na przykład z nawozami azotowymi dla rolnictwa.

Przy okazji widać, jak wspaniałą cechą współczesnego pieniądza i systemu monetarnego jest to, że można go dodrukować. W sytuacji podbramkowej wkracza bank centralny, dosypuje, ile trzeba i problem znika natychmiast. Nie ma obaw, że pieniądz zniknie, niczym czipy komputerowe, nie trzeba więc go chomikować na zapas. Niestety na przykład blachy falistej czy też pigmentów do farb dajmy na to akrylowych nie da się dodrukować. Nie ma więc w tym przypadku prostej recepty na rozładowanie stresu na rynku. Taka sytuacja będzie zapewne trwać aż do momentu, w którym odpowiednio duża grupa przedsiębiorców dojdzie do wniosku, że bez względu na to, jaka jest sytuacja na rynku, mają już tyle zapasów, że więcej nie potrzebują. Taki wniosek uda się zapewne wysnuć dopiero wtedy, gdy da się zauważyć, że popyt na rynku na produkty, które ci przedsiębiorcy wytwarzają i sprzedają zaczyna spadać. Niestety jeśli faktycznie będzie on spadać, pewnie szybko okaże się, że zgromadzone wcześniej zapasy wszystkiego są o wiele za duże. Wtedy rynek będzie mógł szybko przejść z jednej nierównowagi w drugą – przeciwną.

Dziś wysiłki firm, aby zgromadzić jak największe zapasy, podbijają ceny tych wszystkich części i podzespołów, co podkręca inflację. Gdy rynkowe wahadło wychyli się w drugą stronę, ceny zapewne zaczną spadać, bo nagle okaże się, że podaż jest wyraźnie większa od popytu. Producenci drożejących dziś materiałów może nawet będą musieli wstrzymywać produkcję, bo nikt nie będzie przez pewien czas ich kupować – wszyscy na rynku będą przecież mieli ich duże, niewykorzystane zapasy. Możliwe więc, że dzisiejsze szaleństwo z chomikowaniem wszystkiego na zapas kiedyś tam skończy się epizodem recesyjnym. Oby krótkim i niegroźnym.

Dostawy just-in-time zastąpiły just-in-case

Dziś wygląda na to, że dzieło sztuki kapitalizmu, jakim był globalny system logistyki i dostaw just-in-time, który synchronizował wszystko szczegółowo i dzięki któremu produkcja była tańsza, bo nie trzeba było marnować pieniędzy na finansowanie zapasów niedopasowanych rozmiarami do potrzeb, rozpadł się na kawałki. Możliwe, że to jeden z najważniejszych skutków gospodarczych pandemii. System just-in-case jest znacznie droższy i mniej efektywny, co chyba wszyscy zdążyliśmy już odczuć.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.