Taka sytuacja. Bank chce wyjść z Polski i umorzyć klientom kredyty. Tylko chętnych na to brak

Bank DNB Nord oferuje swoich klientom przewalutowanie części kredytu po średnim kursie NBP. Szaleńcy? Przecież właśnie PKO BP, a zaraz ING Bank Śląski dają klientom prezent w postaci kursu z dnia zaciągnięcia, czyli biorą całe ryzyko walutowe na siebie, a DNB upiera się, by przerzucać je na klientów. Ale, ale! Bank daje im w zamian zupełnie inny prezent. (Fot.: Shutterstock/Konektus Photo)

Historia DNB Nord jest zupełnie inna niż pozostałych banków posiadających portfele kredytów walutowych. DNB po prostu chce się jak najszybciej wynieść z Polski, dlatego kombinuje, jak uwolnić się od polskich klientów.

Dotąd uwolnił się od tych, którzy mieli u niego konta, karty i pożyczki, ale został mu jeszcze nieszczęsny portfel kredytów w euro i we frankach szwajcarskich. I od jakiegoś czasu próbuje namówić klientów, żeby spłacili te kredyty szybciej i poszli sobie gdzie indziej.

Damy ci 10 proc., tylko idź już sobie

Pomysł jest taki, że bank nakłania klientów, by spłacili swoje zadłużenie trochę szybciej, a w zamian umorzy im część zadłużenia. Spłacisz 10 proc. kapitału, bank umorzy ci 1 proc. długu, spłacisz 20 proc., bank umorzy 2 proc. itd. Jeśli spłacisz cały kredyt na raz, bank daruje ci 10 proc. Oczywiście mało kto ma taką gotówkę pod ręką, więc można spłatę sfinansować kredytem z innego banku. Kluczowe jest to, że spłata miałaby nastąpić po obecnym średnim kursie NBP.

Bizblog.pl poleca

Ta oferta obowiązuje w DNB Nord od miesięcy i miała wygasnąć pod koniec września, bank jednak właśnie ogłosił, że ją przedłuża do 10 grudnia 2021 r. To oznacza, że raczej ma niewielu chętnych. 

Kiedy pisałam o tej ofercie w lipcu, bank twierdził, że może ją przedłuży, jeśli zostaną mu jeszcze wolne środki na dopłaty przeznaczone na redukcję zadłużenia klientów. Skoro przedłuża, znaczy, że zostały. A jak zostały, znaczy, że było mniej chętnych niż się spodziewał.

Bo umorzenie 10 proc. kredytu brzmi kusząco, ale umówmy się, jednocześnie klient po prostu musi zrealizować stratę walutową. To oznacza, że jeśli zaciągnął kredyt we frankach w 2006 r., czyli wcale jeszcze nie w najgorszym momencie, bo CHF kosztował wówczas ok. 2,5 zł, na 200 tys. zł, to jego zadłużenie wynosiło wówczas 80 tys. franków.

Dziś 80 tys. franków to 344 tys. zł, a więc aż o 70 proc. więcej niż w monecie podpisywania mowy kredytowej. Nawet te 10 proc. w prezencie od banku przy całkowitej spłacie kredytu to niespecjalnie dużo, a w gratisie jest jeszcze brak nadziei, że saldo zadłużenia kiedykolwiek się zmniejszy, bo frank się osłabi.

Kowalskiemu może się przydać strategia banków centralnych

Zastanawiacie się jednak, czy może warto skorzystać? Bo przecież i tak nie będziecie walczyć w sądzie o unieważnienie umowy, a frank zawsze może być jeszcze droży, więc cięcie strat może nie jest takim złym pomysłem?

Może.

Ale tu jeszcze mała wskazówka. Kiedy DNB Nord chciał pozbyć się innych produktów jak karty kredytowe czy konta osobiste, zaoferował klientom 300 zł, by zerwali z nim umowę. Potem jednak podbił stawkę do 800 zł, a potem jeszcze do 1 tys. zł.

Może warto więc zastosować tu strategię banków centralnych: wait-and-see.