Dłuższe urlopy i krótsza praca za te same pieniądze to już konieczność. Reakcja Polaków? Szokująca

Chcielibyście pracować tylko cztery dni w tygodniu za tę samą pensję co dziś? Albo po 6,5 godziny dziennie zamiast ośmiu? A może należałoby wydłużyć roczny płatny urlop, żeby ludzie mniej pracowali? Tak? Dziwni jesteście. Prawie połowa Polaków wcale tego nie chce. Nawet wprowadzenie rocznych limitów na zużycie energii dla gospodarstw domowych ma mniej przeciwników, a to przecież mogłoby oznaczać, że jak zużyjesz cały przydział przed końcem roku, to w grudniu już nie zrobisz prania. Ale co to w ogóle za pomysły? Takie, które za chwile mogą okazać się konieczne, żeby ratować świat przed katastrofą i przed Putinem.

Agata Kołodziej, Bizblog: 48 proc. Polaków mówi, że wcale nie popiera pomysłu, by za to samo wynagrodzenie pracować mniej. 3 proc. w badaniu przeprowadzonym przez PIE powiedziało, że należy wręcz wydłużyć czas pracy i jednocześnie nie zwiększać za to wynagrodzenia. Te wyniki wywołały ostatnio na Twitterze burzę, że coś tu nie gra, to niemożliwe, to oblany test na inteligencję i owe 3 proc. to zagrożenie dla każdej firmy, bo nawet nie rozumie prostych pytań. Albo że sami może i by chcieli pracować krócej, ale sąsiad albo szwagier to jednak powinien tyrać jeszcze więcej. Albo że to pracodawcy odpowiadali za nich. A nawet, że Polacy podważyli właśnie tezę, że z niewolnika nie zrobisz pracownika i najwyraźniej niewolnictwo mamy we krwi. Polacy zwariowali?

Paweł Śliwowski, kierownik zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego: To nie tak. Przede wszystkim celowo nie zapytaliśmy: „czy chciałbyś pracować mniej za tę sama pensję”, bo wtedy właściwie nie pytasz ludzi o to, co oni generalnie uważają o konkretnym elemencie rynku pracy w Polsce, a pytasz raczej o ich osobistą sytuację. Jak pytasz ludzi, czy chcieliby pracować mniej, to nie wiesz, czy oni mówią o poglądach na pewien standard godzinowy na rynku pracy, czy raczej o tym, że czują, że poświęcają za mało czasu dzieciom albo pasjom.  

O co więc dokładnie zapytaliście Polaków?

Najpierw przypomnieliśmy, że kodeksowy czas pracy wynosi 40 godzin, żeby każdy wiedział, jaki czas pracy ocenia. Po tym zapytaliśmy, czy bez zmiany wynagrodzenia właśnie ten czas pracy należałoby „bardzo skrócić”, „trochę skrócić”, pozostawić bez zmian”, „trochę wydłużyć”, „bardzo wydłużyć”. Pytanie miało więc jasny punkt odniesienia (40 godz. pracy tygodniowo) i było celowo bezosobowe. Nie dotyczyło więc wprost tego, „czy ty chciałbyś pracować mniej”.

Praca dla Polaków to nie tylko źródło zarobkowania

I tak fakt, że prawie 50 proc. Polaków uważa, że wcale nie należałoby skracać czasu pracy przy jednoczesnym nieredukowaniu pensji jest co najmniej zaskakujące. Wszyscy tak się martwią o produktywność? Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

W naukach behawioralnych jest coś, co nazywa się „efektem status quo”. Duża część ludzi w różnych sytuacjach życiowych wybiera to, co jest, a nie sięga po coś nowego. Mówimy przecież często, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka i wygląda na to, że to właśnie się w tym badaniu częściowo ujawnia.

Widać to również, kiedy zestawimy te wyniki z drugim pytaniem, w którym dodaliśmy informację, że zmiana czasu pracy wiązałaby się z proporcjonalną obniżką lub podwyżką pensji. Wówczas z 3 do 14 proc. zwiększyła się grupa, która uważa, że należałoby wydłużyć czas pracy. Natomiast z 50 proc. do 16 proc. zmniejszyła się grupa, która chciałaby skrócenia czasu pracy. A tych, którzy uważali, że należy czas pracy pozostawić bez zmian, urosła do 70 proc.

Kiedy sprawdzimy, jak ludzie odpowiadali na oba te pytania – niezależnie czy wynagrodzenie miałoby się zmieniać czy nie – to wychodzi, że co trzecia osoba nie chce zmian w czasie pracy niezależnie od tego, co stanie się z pensją. I te ok. 30 proc. to jest twarda grupa, która wybiera utrzymanie status quo niezależnie od pieniędzy.

Ja nadal otwieram oczy ze zdumienia, że aż tak dużo. Spodziewałeś się takich wyników?

Dla mnie to też było duże zaskoczenie. Nie znalazłem badań z dokładnie takim samym pytaniem postawionym respondentom, żeby móc to porównywać 1:1, ale podobne badanie zrealizowano przed rokiem w Wielkiej Brytanii. Z tą różnicą, że Brytyjczycy pytali wprost o czterodniowy tydzień pracy, a dodatkowo sformułowali pytanie w bardzo rozległy sposób, wyjaśniając respondentom, że jesteśmy w trakcie pandemii, a jednym z pomysłów na odbudowę gospodarki i miejsc pracy jest skrócenie tygodnia pracy, żeby więcej ludzi mogło mieć zatrudnienie itd. Równocześnie przedstawiono im argumenty nie tylko „za”, ale też zastrzeżenia przedsiębiorców.

I co?

Około 60 proc. ankietowanych Brytyjczyków poparło czterodniowy tydzień pracy. Ale też nie wszyscy, a była tam również duża grupa przeciwników.

Jeszcze inne światło na nasz wynik rzucają odpowiedzi z badań CBOS, w których Polaków pyta się, czy przez pracę zdarza im się zaniedbywać inne obszary życia i tam odpowiedzi „nigdy” i „bardzo rzadko” przekraczają łącznie 50 proc., a w niektórych obszarach nawet 60 proc.

Mam jeszcze inną intuicję, nie wynikającą wprost z naszego badania, ale z badań socjologów. Dla wielu ludzi praca jest czymś więcej niż tylko źródłem dochodu. Wieli ludzi uważa pracę za wartość samą w sobie, dla niektórych praca to również styl życia, czy wyznacznik statusu. Znów można tutaj sięgnąć po badania CBOS. W latach 90. około połowa ankietowanych deklarowała, że wykonywana praca daje im poczucie, że ich zadania są ważne i mają sens. Od kilku lat ten odsetek utrzymuje się powyżej 80 proc. Podobne wnioski płyną z Europejskiego Sondażu Społecznego, który pokazuje, jak duże znaczenie w życiu Polaków zyskała praca w okresie transformacji.   

Nie pytaliście konkretnie o to, czy Polacy chcieliby czterodniowego tygodnia pracy czy myśląc o skrócenia czasu pracy woleliby pięć dni w tygodniu, ale po 6 godzin zamiast 8?

Najpierw zapytaliśmy ogólnie: jak oceniamy ten 40-godzinny tydzień pracy. Czy trzeba go skrócić czy wydłużyć. Celowo pytanie było neutralne. Dopiero w kolejnej części ankiety zapytaliśmy, które z rozwiązań byłoby najkorzystniejsze, gdyby rzeczywiście do zmiany doszło: skrócenie dnia pracy z 8 do 6,5 godziny, czterodniowy tydzień pracy czy większy wymiar urlopu z skali roku? Widać wyraźnie, że żadna z opcji nie ma zdecydowanej przewagi. 37 proc. odpowiedziało, że lepiej pracować mniej godzin każdego dnia, 34 proc. wybrało czterodniowy tydzień pracy, a dłuższy płatny urlop cieszył się najmniejszym zainteresowaniem. To też potwierdza intuicję, że jesteśmy na wczesnym etapie tej dyskusji i nie warto zakotwiczać tematu przy tym jednym rozwiązaniu, ale rozmawiać o szerszym zbiorze możliwych rozwiązań.

Wzrost gospodarczy czas zastąpić dewzrostem

To teraz czas na kontekst. Pytaliście Polaków o opinie na temat skracania czasu pracy, bo to jeden z elementów idei dewzrostu, która mówi, że…

Że obecny model gospodarczy jest dysfunkcyjny i prowadzi do katastrofy, bo nie da się bez końca zwiększać produkcji i konsumpcji na planecie, której zasoby są skończone. Jeżeli nie potrafimy produkować i konsumować. tak by nie zwiększać poziomu CO2 w atmosferze i nie przekraczać innych granic planetarnych, na przykład niszczyć bioróżnorodności czy zanieczyszczać wód, to powinniśmy planowo ograniczyć produkcję i zmienić modele konsumpcji.

Osoby promujące ten model argumentują, że lepiej planowo i celowo pewne procesy przeprowadzić, niż wkrótce nagle wdrażać rozwiązania ratunkowe. Planowe ograniczenie konsumpcji i produkcji i tak będzie miało mniejszy negatywny efekt dla gospodarek, niż konsekwencje nieopanowanych zmian klimatu. 

To wielka rewolucja.

Tak. Zdaniem osób zaangażowanych w działania dewzrostowe w nagrodę ocalimy planetę, a dodatkowo możemy sprawiedliwiej dzielić dobra, zmniejszać nierówności społeczne i podnosić jakość życia.

I ta idea dewzrostu, która wcale nie jest nowa, teraz szczególnie mocno wybrzmiewa, kiedy z powodu wojny w Ukrainie stajemy w obliczu kryzysu energetycznego. Międzynarodowa Agencja Energetyczna właśnie ostrzega, że Putin może całkowicie odciąć Europę od swojego gazu. Niemcy przyznają, że sytuacja jest poważna i ogłosiły już stan alarmowy. Agencja Bloomberg pisze nawet, że zbliżają się do racjonowania gazu. Wielka Brytania ma już nawet plan na zimę w razie czego – zamykamy elektrownie gazowe i zaczynamy racjonować prąd dla gospodarstw domowych. Energia elektryczna mogłaby być wyłączana w dni powszednie w godzinach szczytu, czyli między 7.00 a 10.00 i 16.00 a 21.00.

To, co zakładają dewzrostowcy, przez Putina może się wydarzyć i to w przyspieszonym tempie. Pojawiają się głosy, że w celu ograniczenia zużycia benzyny czas zrobić to, co zrobiliśmy podczas poprzedniego potężnego kryzysu energetycznego w latach 70., czyli wprowadzić zakaz jazdy samochodem w niedzielę. Takich postulatów regulacyjnych jest więcej. Co powiedzieliby Polacy na to, że rząd ustawowo wprowadza im na przykład roczne limity zużycia energii? Przez cały rok nie gasiłeś światła na noc, to w grudniu nie masz już prądu, żeby zrobić pranie. Albo wyłączasz lodówkę, a jedzenie przenosisz na balkon na dwa tygodnie.

Koncepcja, by regulować zużycie energii przez gospodarstwa domowe wcale nie jest nowa i pojawia się od kilkunastu lat. Jeden z wariantów, o których czytałem, miałby być wzorowany na handlu emisjami w przemyśle. Ludzie dostawaliby roczny budżet węglowy, w którym uwzględnione byłoby zużycie energii na wspomnianą pralkę czy lodówkę, na ogrzewanie domu, czy zużycie paliwa w samochodach. Jedziesz na stację, tankujesz auto, a przy kasie z osobnej karty węglowej obsługa ściąga ci odpowiednią liczbę punktów.

Ale żeby nie doszło do sytuacji, że nagle w listopadzie czy grudniu już nic ci na tej karcie nie zostało, więc wyłączasz lodówkę i pralkę i nie masz nawet światła w domu, tymi uprawieniami do indywidualnych emisji można byłoby handlować na specjalnych giełdach. Zawsze możesz coś dokupić, albo sprzedać i zarobić, jeśli jesteś oszczędny energetycznie.

Takie rozwiązanie analizowano w Wielkiej Brytanii. Przygotowano model, jakie jest zużycie energii gospodarstw domowych według decyli dochodowych i okazało się, że około 3/4 gospodarstw domowych o niskich dochodach w takim systemie zyskiwało. To znaczy, że ich styl życia jest taki, że nie zużywają przydzielonego im budżetu węglowego, więc mogliby zarobić, sprzedając prawa do emisji gospodarstwom z wyższych decyli dochodowych.

To zresztą zgodne z naszą wiedzą o tym, że emisje CO2 rozkładają się nierównomiernie w zależności od dochodów i zamożniejsze gospodarstwa domowe odpowiadają za większą emisję. W tym brytyjskim badaniu około 50 proc. gospodarstw z wyższymi dochodami zużywało cały przydzielony budżet węglowy i musiałoby dokupować prawa do emisji, żeby utrzymać swój styl życia i poziom konsumpcji.

Brzmi doskonale. Dlaczego Brytyjczycy tego nie wdrożyli w życie?

Bo sami autorzy tego badania podkreślają, że jest to bardzo trudne do wdrożenia z kilku powodów. Po pierwsze, trzeba zmierzyć i skatalogować wszystkie źródła emisji, wykonać niezwykle dokładne obliczenia. Później stworzyć system, w którym każdy ma swoje indywidualne konto, zarządzać nim, stworzyć giełdy, na których ludzie mogliby handlować prawami do emisji. To gigantyczny projekt, kosztowny i trudny do wdrożenia operacyjnie. Przeszkodą jest też opór społeczny – zrealizowano nawet badania dotyczące podobnych rozwiązań, które pokazały, że ludzie byli im przeciwni.

To wróćmy do Polski, bo PIE też zapytał Polaków, co oni na taki roczny limit zużycia energii.

W całym wachlarzu różnych rozwiązań regulacyjnych, które miałyby ograniczyć najbardziej emisjogenne typy aktywności gospodarczej, limity zużycia energii były tymi, które wzbudziły największy sprzeciw. To był jedyny postulat spośród tych regulacyjnych, który miał więcej przeciwników niż zwolenników. 44 proc. było „przeciw”, a 41 proc. „za”.

A te pozostałe regulacje, które mogłyby zostać narzucone nam przez rząd?

Na przykład zakaz reklamy linii lotniczych czy innych produktów i usług, które mają wysoki koszt środowiskowy analogicznie do zakazu reklamy papierosów czy alkoholu. 70 proc. badanych ten postulat poparło. W Polsce wydaje nam się to rewolucyjne, bo przecież taki zakaz oznaczałby na przykład brak promocji firm paliwowych, które dziś stanowią dużą część rynku reklamy. Ale takie rozwiązania wprowadza się już w Holandii, np. w Amsterdamie czy w Hadze w przestrzeni samorządowej, komunikacji miejskiej, czyli np. w metrze lub na przystankach nie można reklamować żadnych produktów czy usług opartych o silne wykorzystanie paliw kopalnych.

Co jeszcze?

Inne postulaty to dodanie do cen kosztów strat środowiskowych, które powstają przez produkty i usługi. Albo zakazanie akcji zachęcających do nadmiernej konsumpcji, jak „Black Friday”. Inne rozwiązania to zakazanie lub znaczące ograniczenie sprzedaży samochodów osobowych z dużymi silnikami spalającymi bardzo dużo paliwa. Albo zakaz publicznego wsparcia dla sektorów generujących duże koszty środowiskowe i to nie tylko górnictwa, ale też wysokotowarowego rolnictwa czy lotnictwa. Wszystkie te postulaty regulacyjne miały w naszym badaniu więcej zwolenników niż przeciwników.

Dziwne, że doskonale wiemy, co nas zabija i pozwalamy to reklamować, a nawet wspieramy z publicznych pieniędzy. Dziwne też, że w sumie nie ma przeciwko takim regulacjom wielkiego oporu społecznego, a jakoś nie mamy w Polsce nawet dyskusji na temat.

Z papierosami też nie było łatwo. Przecież pierwsze badania dowodzące szkodliwości palenia to przełom lat 60. i 70. w USA. A zanim zostały wprowadzone regulacje, gdzie można palić, a gdzie nie, ograniczenia handlu czy promocji, minęły dekady. I nadal jesteśmy w sytuacji, gdy nowe rozwiązania w tym zakresie wywołują żywe dyskusje. Na przykład Nowa Zelandia wprowadza ograniczenia polegające m.in. na tym, że osoby, które w 2027 r. będą miały 14 lat, nigdy w swoim życiu nie będą mogły legalnie kupić papierosów. I normalne, że w demokracji wokół takiego rozwiązania wybucha dyskusja, czy nie jest to zbyt silna ingerencja w wolność człowieka. Taka debata publiczna wokół kolejnych zmian mających chronić klimat czeka nas wcześniej czy później.

Kryzys klimatyczny. Nikt nie wie, co nasz czeka

A zdążymy zanim wszyscy się usmażymy na tej planecie?

Z raportów IPCC – Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu wynika, że scenariusz utrzymania wzrostu temperatury do 1,5 stopnia Celsjusza w porównaniu do epoki przedprzemysłowej będzie bardzo trudno zrealizować. Także zespół energii i klimatu PIE pokazał niedawno, że nawet Unii, która robi relatywnie dużo, trudno będzie osiągnąć neutralność w założonym terminie, Chinom czy Indiom zajmie to jeszcze więcej. Raczej idziemy w kierunku środkowych scenariuszy, mam nadzieję, że do tych najbardziej pesymistycznych nie dojdziemy.

A co właściwie oznacza ten najbardziej pesymistyczny scenariusz? 

Wzrost temperatury o 4 stopnie Celsjusza w porównaniu do epoki przedprzemysłowej. A to oznacza z kolei, że ekstremalne zjawiska temperaturowe, które kiedyś zachodziły raz na 10 lat, będą zdarzały się niemal co roku. Super ekstremalne temperatury, które w historii zdarzały się raz na pięćdziesiąt lat, będą się w półwieczu zdarzały 40 razy, czyli co kilkanaście miesięcy. To wszystko będzie negatywnie oddziaływać na ludzi i gospodarki. A trzeba też pamiętać, że w różnych raportach czytamy, że nie wiadomo do końca, jak zachowa się klimat po przekroczeniu tej granicy 1,5 czy 2 stopni i czy nie nastąpią dodatkowe negatywne trendy wynikające z kumulacji zjawisk. 

Będę bardziej obrazowa. Prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery z PAN kilka lat temu wyjaśniał, że pomiędzy Warszawą skutą pod dwoma kilometrami lodu, Warszawą, jaką znamy dziś i Warszawą bez wody i prądu, jest cztery, może pięć stopni różnicy.

Właśnie.