Dług publiczny przebił bilion. Ale możemy spać spokojnie, Polska nie będzie drugą Grecją

Ze względu na upodobanie do okrągłych liczb od paru dni hucznie obchodzimy w kraju przekroczenie przez polski dług publiczny kwoty biliona złotych. Na koniec marca dług sięgnął 1 biliona 5 miliardów złotych z groszami. Wprawdzie z ekonomicznego punktu widzenia ekscytacja taką nominalną wartością jest bez sensu, ponieważ istotne jest tylko to jak ten dług ma się do innej wartości, czyli PKB, ale jednak ludzie są tylko ludźmi i nieczęsto zdarza im się w życiu obserwować jak coś przebija się przez bilion. Jesteśmy więc emocjonalnie usprawiedliwieni.

Fot, Dalibor Tomic/Flickr.com/CC BY 2.0

Emocje mają jednak to do siebie, że czasami trudno nad nimi zapanować, więc może się zdarzyć, że przy okazji tego biliona możemy z rozpędu dojść do wniosku, że zmierzamy w stronę Grecji, czyli, że nasz koniec będzie smutny, bo Grecja była bardzo mocno zadłużona i potem zbankrutowała, a następnie naród grecki cierpiał ekonomiczne katusze i znalazł się na granicy katastrofy humanitarnej.

Na szczęście Polska nie zmierza w stronę Grecji. Nie jest nawet tego bliska.

Oto pięć różnic między nami teraz, a Grecją wtedy, które przesądzają, że nie zostaniemy drugą Grecją:

Po pierwsze tempo, w jakim rośnie polskie zadłużenie publiczne w niczym nie przypomina tego, co działo się w Grecji przez 30 lat, od początku lat osiemdziesiątych  ubiegłego stulecia. To jest zasadnicza i najważniejsza różnica, pozostałe będą też ważne, ale nie tak bardzo jak ta.

Zobacz także

Grecja w latach od 1995 do 2013 miała tylko jeden rok, w którym jej deficyt budżetowy był mniejszy niż 5 procent PKB. To było w roku 2000 i wtedy wyniósł on 4,1% PKB. Wcześniej było podobnie, ale szereg danych, który mam do dyspozycji kończy się akurat na 1995, więc skupiam się na tym, co było potem. To absolutnie nieporównywalne z Polską, która wprawdzie też ma rok w rok deficyty, ale takie powyżej 5% PKB to miała raptem pięć: w latach 2002-2004 i potem w 2009-2010 roku.

Co ważne – w tym pierwszym przypadku był to okres prawie-że-recesji ze stopą bezrobocia w okolicach 20 procent. W tym drugim przypadku wychodziliśmy wraz z całym światem z kryzysu finansowego po upadku Lehman Brothers. Tak więc tu i tu wyższy deficyt można było uzasadnić niecodzienną sytuacją wymagającą prób rozkręcenia gospodarki ze strony państwa w sytuacji, w której biznes prywatny jest zbyt wystraszony, żeby inwestować i iść do przodu.

To, co w Grecji przez dekady było normą, u nas zdarzało się sporadycznie.

,W Grecji w 1980 roku dług do PKB sięgał 20%, a w 1990 już 80%. W Polsce w 2006 było niecałe 50% i w 2019 dalej jest niecałe 50%, chociaż po drodze raz prawie zahaczyliśmy o 55% i musieliśmy wykastrować OFE. Ale generalnie nigdy nie przekroczyliśmy nawet 60%, czyli poziomu, który Grecja minęła w czasach, gdy u nas rządził generał Jaruzelski.

Po drugie Grecja weszła do strefy euro i to jeszcze w fatalnym momencie szczytowego euroentuzjazmu. Wchodząc tam pozbawiła się możliwości reagowania na przyszłe kryzysy stopami procentowymi i kursem walutowym, zostawiając sobie w zanadrzu tylko ewentualne manewry polityką fiskalną, czyli podatkami i deficytem budżetowym. Euroentuzjazm początku XXI wieku utwierdzał z kolei Greków w przekonaniu, że wszystko jest super, bo kapitał zagraniczny napływa, stopy procentowe spadają, a dzięki procesowi „konwergencji” w ramach Unii, o którym wtedy wszyscy mówili, Grecy już za kilka lat będą zarabiać tyle samo co Niemcy i staną się tak samo bogaci jak Brytyjczycy. To po co zaciskać pasa?

My oczywiście do strefy euro na razie się nie wybieramy, możemy więc z kryzysami walczyć. łagodząc politykę pieniężną obniżkami stóp, a także w razie potrzeby manipulując sobie kursem walutowym tak, aby polscy eksporterzy mieli łatwiej. A nawet jeśli do euro kiedyś trafimy, to siłą rzeczy bogatsi w doświadczenia, chociażby Grecji, będziemy ostrożniejsi. Greków nie miał, kto ostrzec, bo nikomu nie mieściło się w głowie, że za kilka lat przez bańkę na amerykańskich nieruchomościach posypie się globalny sektor finansowy i wszystko się zmieni.

Po trzecie nawiązując jeszcze do tych eksporterów: warto zauważyć, że polski eksport radzi sobie zdecydowanie lepiej niż grecki radził sobie kiedykolwiek. Mamy po prostu bardziej zróżnicowaną gospodarkę, lepiej powiązaną handlowo z najbogatszymi rynkami Europy z rynkiem niemieckim na czele. Nie mamy dużych deficytów handlowych, co dodatkowo będzie nas chronić w trudniejszych czasach przed napaścią złowrogich rynkowych spekulantów. Oni zawsze wolą kraje z dużymi deficytami handlowymi, mocno zadłużone w walucie obcej. Taki kraj jest w czasie kryzysu pod ścianą i najłatwiej można mu na rynku zniszczyć walutę zarabiając na tym krocie. Polska do tego nadaje się słabo. Znacznie lepsza do tego jest np. Turcja, albo inne RPA.

Po czwarte kwestia waluty długu.. Grecja padła, bo była zadłużona w euro, czyli w walucie de facto obcej – takiej, której nie mogła dodrukować i na którą nie miała wpływu. Polska zdecydowaną większość bilionowego długu ma w złotych i proszę mi wierzyć – w najbardziej podbramkowej sytuacji w środku najczarniejszej nocy – NBP będzie mógł tych PLN-ów wydrukować tyle, ile trzeba, aby spłacić ten dług. Oczywiście skutki uboczne takiej operacji w postaci utraty wiarygodności i zwiększenia niepewności w gospodarce mogłyby zaowocować może nawet i recesją, z kolei czysto monetarnie patrząc, groziłaby nam inflacja. To zapewne nie byłoby bezbolesne. Ale to jednak nie byłaby Grecja. Warto też pamiętać, że bank centralny dzisiaj może pieniądze nie tylko dodrukować, ale może je też oddrukować. Wciśnie „enter”. I tyle. To zresztą rozważania raczej teoretyczne, chodzi tylko o to, że problem z długiem może pojawić się wtedy, kiedy mamy dług w walucie obcej, a nie we własnej. Polska ma we własnej, a Grecja miała w obcej.

Po piąte kwestia reputacji i polityki. Nie mogę powiedzieć, że Polska jest dziś pupilem unijnych urzędników. Raczej nie jest. Ale daleko nam do sytuacji z 2010, kiedy okazało się, że Grecy od lat przy wykorzystaniu wynajętego do tego celu Goldman Sachsa fałszowali ważne dane gospodarcze, żeby lepiej wyglądały. Naszych danych nikt nie poddaje w wątpliwość. Po drugie, i nawet ważniejsze w Europie nie trwa publiczna debata o tym, czy nas wyrzucić z Unii Europejskiej czy nie. A w 2010 i 2011 trwała publiczna debata o tym, czy Grecję wyrzucić ze strefy euro. Nawet jeśli Grecja wtedy na to z jakiegoś powodu zasługiwała, to mówienie o tym publicznie było moim zdaniem zbrodnią i kolosalnym błędem, bo przez takie gadanie rynek finansowy faktycznie wpadł w panikę i to ta panika bezpośrednio przyczyniła się do bankructwa Grecji. Gdyby niemiecki minister finansów z kolegami nie dopuszczali się publicznie rozważań na temat trwałości strefy euro i tego, jak i kiedy może się ona rozpaść, to Grecja zapewne uniknęłaby bankructwa nawet przy kolosalnym zadłużeniu.

Dzisiaj Grecja zadłużona jeszcze bardziej niż wtedy.

Jednak nikt się o nią nie boi, bo nie ma tematu rozpadu strefy euro. Dlatego to, co się politycznie dzieje wokół danego kraju także ma ogromne znaczenie i pod tym względem też Polska w 2019 różni się zasadniczo od Grecji z lat 2011-2012.

Swoją drogą proszę sobie wyobrazić, że nagle mamy sytuację, w której Niemcy czy Francuzi zupełnie na serio i publicznie mówią, że trzeba wyrzucić Polskę z UE. Proszę sobie wyobrazić, co się wtedy dzieje na polskim rynku. Katastrofa byłaby pewna i to niezależnie od tego, czy nasz dług wynosi bilion, trzy biliony, czy pół biliona.

Wracając do tematu: nie, nie zmierzamy w stronę Grecji, nic na to nie wskazuje i pod żadnym względem nie przypominamy Grecji i jej gospodarki. Są też znikome szanse na to, że kiedykolwiek będziemy ją przypominać.

A, że dług przekroczył bilion? No cóż. To tylko okrągła liczba. W stosunku do PKB nasze zadłużenie w ostatnich latach spada, a nie rośnie.

Polski dług jest też wyraźnie poniżej średniej dla całej Unii.

A to, że on nominalnie rośnie jest najzupełniej normalne. Trudno sobie wyobrazić, żeby przy nominalnym wzroście PKB dług publiczny również się nie zwiększał. Większa gospodarka oznacza, że jest w niej więcej kapitału, którego spora część ma być inwestowana w instrumenty bezpieczne (bo tak chcą prywatni właściciele tego kapitału). W dzisiejszych czasach najbezpieczniejszym miejscem na rynku finansowym są rządowe obligacje, czyli dług publiczny. Tak więc w rosnącej gospodarce rośnie także zapotrzebowanie sektora prywatnego na dług państwa. Jest ono nawet większe jeśli dzieje się jedna z dwóch rzeczy: rynek obawia się nadchodzącego kryzysu, albo społeczeństwo dość szybko się starzeje (ludzie tuż przed emeryturą i na emeryturze raczej nie są skłonni do ryzykowania na rynku finansowym, więc potrzebują długu państwa, aby przechowywać w nim oszczędności)

W Europie w ostatnich latach mamy do czynienia i z jednym i z drugim dlatego dziś praktycznie każde państwo jest w stanie sprzedać nawet spore ilości swojego długu po niezłej cenie, i to bez względu na to jak bardzo już wcześniej było zadłużone. Duży popyt na dług sprawia, że jest on dość nisko oprocentowany i jest to sytuacja trwała (chyba, że zasadniczo zmieni się coś w demografii). Polski rząd sprzedaje dziś obligacje pięcioletnie z odsetkami na poziomie 2,5 procent rocznie. Polskie PKB rośnie nominalnie w tempie około 6 procent rocznie, tak więc polska gospodarka spokojnie zarabia na obsługę tego długu. Aby to się zmieniło, to przy 2procentowej inflacji realne tempo wzrostu musiałoby spaść prawie, że do zera. Ale w takiej sytuacji popyt na obligacje jeszcze by wzrósł, więc wtedy koszty obsługi nadal byłyby mniejsze. Niewykluczone, że zerowe, tak jak to się dzieje dziś w kilku krajach strefy euro.

Te fundamentalne zmiany powodujące, że popyt na dług publiczny rośnie w gospodarce światowej w sposób trwały, także sprawiają, że niezwykle trudno byłoby nam stać się drugą Grecją. Naprawdę musielibyśmy się niesamowicie mocno postarać. Znacznie bardziej niż teraz, zwłaszcza że teraz wcale się o to nie staramy. Scenariusz grecki nam nie grozi. Już bardziej prawdopodobne jest to, że skończy nam się latem woda albo zimą zadusi nas smog.