Szczepiąc na lewo, wyciągają minimum 3600 zł dziennie! Darkmed i patosystem – oto prawda o tym, co dzieje się w Polsce

Lekarze żądają 100 zł za wizytę online, która nawet się nie odbywa. O umówionej porze zamiast teleporady przychodzi SMS z numerem e-skierowania. Sloty co dziesięć minut, dostępność lekarza 12 godzin na dobę. Zakładając obłożenie terminów tylko w połowie, oznacza to dniówkę w wysokości 3600 zł. W miesiącu to 72 tys. zł i to licząc wyłącznie dni robocze. Tak właśnie w Polsce omija się kolejność szczepień i zbija kokosy na darmowych szczepionkach.

Troszkę zimno mi się robi, gdy słucham ministra Niedzielskiego, który mówi, że tylko 40 proc. osób w wieku między 60. a 70. rokiem życia przyjęło tę szczepionkę”

– powiedział w poniedziałek rano na antenie RMF FM prof. Andrzej Horban, szef Rady Medycznej przy premierze.

To dlatego, że wyszczepienie w tej grupie wiekowej jest jeszcze na zbyt niskim poziomie, rząd nie decyduje się na otwarcie szczepień masowych dla wszystkich. Decydują o tym za to sprytni Polacy, którzy samodzielnie znajdują sobie przychodnie z wolnymi terminami i mimo że jeszcze nie nadeszła ich kolej, szczepią się poza oficjalnym harmonogramem, o czym pisałam niedawno.

I właściwie może nie ma w tym nic złego. Może to nawet nie tylko nasza polska choroba, że nie udało się w krótkim czasie zorganizować dostaw szczepionek w taki sposób, że wszystkie punkty mają ich dokładnie tyle, ile potrzebują. W efekcie w jednych punktach ich brakuje albo jest na styk, za to w innych jest za dużo. A tam, gdzie jest za dużo, Polakom udaje się wcisnąć poza kolejnością.

Gdzie są takie punkty? Poczta pantoflowa w mediach społecznościowych regularnie o tym donosi. I może dobrze, że w ten sposób być może jakoś przyspieszamy wszczepienie jak największej części populacji, już niezależnie od wieku. Jest to niepoprawne politycznie, więc dzieje się nieoficjalnie, ale mam wrażenie, że przy cichej akceptacji rządu, który nic z tym nie robi.

Bizblog.pl poleca

Choć opowieści, że zaszczepiłem się, bo inaczej ta dawka wylądowałaby w koszu można włożyć między bajki. Większość z nich umawiana jest z wyprzedzeniem i na konkretny termin, a nie na zasadzie: przechodziłem i wpadłem z tragarzami, a tam pielęgniarz już stał przy koszu na śmieci.

Jak działa nowy darkmed?

Ale przecież… Żeby zostać zaszczepionym, trzeba mieć przede wszystkim e-skierowanie, a te wydawane są grupom wiekowym według harmonogramu przez system. Jak to więc możliwe, że na szczepionkowe wycieczki do Białegostoku masowo jeżdżą ludzie, którzy takich skierowań jeszcze nie powinni mieć?

Odpowiedź jest prosta: nowy medyczny czarny rynek, taki trochę darkmed.

Najpierw musisz od kogoś znajomego dostać nazwisko lekarza. Wielu z nich przyjmuje na platformie internetowej, przez którą udzielają konsultacji online. Oczywiście prywatnie. Wizyta kosztuje 100 zł. Wszystko zupełnie legalnie właściwie. To neurolog czy ortopeda – nieważne, co mówi o nim oficjalny opis. Jak do niego trafiasz, wiadomo, o co chodzi.

Rezerwujesz online termin wizyty. Oczekujesz, że połączysz się na jakimś czasie z lekarzem, nawet przygotowujesz sobie historyjkę z mrugnięciem okiem, żeby choć zachować pozory, że naprawdę z jakichś powodów akurat ty potrzebujesz szczepionki już teraz, a nie w czasie, który przewidział dla ciebie bezduszny rządowy system.

Wybija godzina teleporady. A tu nic. Twoja wymyślona historyjka idzie na marne, bo nawet nie musisz się z niczego tłumaczyć. Dostajesz po prostu sms z numerem e-skierowania na szczepienie przeciw COVID-19, termin szczepienia i sprawa załatwiona. Nie pasuje ci termin, bo musisz czekać jeszcze miesiąc? Żaden problem, wcześniejszy termin załatwisz już sobie sam, choćby w Białymstoku.

Najdziwniejsze, że rezerwując teleporadę nie zaznaczyłeś nawet żadnej opcji, że chodzi ci właśnie o skierowanie, a i tak je dostałeś. Ewidentnie ten lekarz po prostu tylko tym się zajmuje, więc jak ktoś do niego trafia, wiadomo, o co chodzi.

Jeszcze bardziej pachnie to darkmedem, kiedy okazuje się, że twój kolega też miał tę „teleporadę”, ale widocznie system się zawiesił i on SMS-a z numerem skierowania nie dostał. A za wizytę (której też nie było) zapłacił oczywiście z góry. Co tu zrobić? Nic. Nie ma żadnego formularza kontaktowego, żeby zgłosić reklamację, żadnego e-maila ani telefonu. Trudno, stówka przepadła, tak się czasem kończy robienie szemranych interesów.

3600 zł dziennie za lewe e-skierowania

Może te interesy i szemrane, ale za to jakie dochodowe? Sprawdzam kalendarz wolnych terminów do wspomnianego doktora w sobotę. Terminy co 10 minut, co daje 6 pacjentów na godzinę. Dostępność? Od 8 do 20.00 więc potencjalnie przewinąć przez ten lewy e-gabinet może się 72 pacjentów dziennie.

Załóżmy, że obłożenie będzie tylko w połowie, a każdy z 36 pacjentów płaci 100 zł za wystawienie skierowania. Dniówka to 3600 zł. Zakładając, również bardzo ostrożnie, że lekarz pracuje tylko w dni robocze (choć w ostatnią sobotę też był dostępny), w miesiąc może w ten sposób zarobić 72 tys. zł. Nieźle.

Tu już jest dla mnie granicą, za którą zaczyna się wyłudzenie. Wykorzystanie okazji, że niektóre przychodnie mają za wiele szczepionek to jedno, ale nielegalne pozyskanie e-skierowania, to co innego.

Nie mówiąc o tym, że w ten sposób doprowadziliśmy do sytuacji, w której teoretycznie darmowe szczepionki, za które zapłacił rząd, są darmowe, ale i ciągle niedostępne dla wielu, którym się należą. Dla innych zaś mogą być na życzenie, o ile zapłacą. No i dla niektórych stały się sposobem za zarobienie bajońskich sum.

Czy takie szczepienia rzeczywiście są nielegalne?

Napisałam, że takie pozyskanie e-skierowania jest nielegalne, ale to nie takie proste. Wszystko odbywa się na granicy prawa. Co do zasady to system generuje e-skierowania dla grup, które przewidziane są w rządowym harmonogramie. Część osób, które obecnie nie powinny się jeszcze szczepić dostała legalnie takie skierowania podczas zamieszania z otwarciem szczepień dla 40- i 50-latków 1 kwietnia. Rząd wycofał się z tej decyzji w pewnym sensie, tzn. zarządził, że 40-latkowie szczepić się mogą, ale najwcześniej w drugiej połowie maja. A skoro mają już skierowania, to na własną rękę znajdują sobie w przychodniach wolne terminy już teraz.

Ale jest jeszcze jedna furtka. E-skierowanie zamiast bezdusznego systemu może wystawić również lekarz. Furtka ta został otwarta, żeby umożliwić wcześniejsze szczepienie osobom, którym metryka kazałaby czekać, ale ich stan zdrowia wskazuje, że powinny otrzymać priorytet. Chodzi na przykład o osoby chore na raka, podczas chemioterapii czy dializ. Tylko że nikt tego nie weryfikuje.

W ten sposób właściwie uznaniowo każdy lekarz, który ma oprogramowanie gabinetowe i nawet nie musi mieć umowy z NFZ, może wystawić e-skierowanie każdemu poza kolejką. I taki zdrowy 30-latek, który zapłacił 100 zł za wystawienie e-skierowania może nawet przez oficjalną infolinię zapisać się od ręki na szczepienie i nikt go nawet nie zapyta, patrząc na jego PESEL, dlaczego niby miałby szczepić się już teraz zamiast czekać na swoją kolej.

Kto ponosi za to odpowiedzialność? Niby lekarz, który nie powinien wystawić e-skierowania osobie nieuprawnionej. Ale też punkty szczepień, bo to do nich skierowany jest przepis, mówiący o kolejności szczepień. Tylko punkty, skoro mają dużo szczepionek, najwidoczniej postanawiają z nich korzystać, byleby wyszczepić jak najszybciej jak najwięcej ludzi – może i słusznie. I koło patosystemu się zamyka.