Czy da się ukraść mieszkanie? Hiszpanie już wiedzą jak, a Polacy pewnie zaraz zaczną kombinować

Patologie na ryku mieszkaniowym mają różne oblicza. Jesteście ciekawi, jakie pato będzie w Polsce? Cierpliwości, wkrótce z pewnością się przekonamy, bo politycy zupełnie nie są zainteresowani, żeby temu zapobiec, a zamiast tego jedynie wypychają nas w ramiona banków.

Bańka czy nie – fakt jest taki, że ceny mieszkań w ciągu ostatnich pięciu lat rosły średnio po 9 proc. rocznie. Kto w tym czasie dostał jakąkolwiek podwyżkę? No właśnie… Mieszkań brakuje i nawet ci, którym marzy się, żeby Polska w 2050 r. liczyła 50 mln obywateli, nie fatygują się, żeby zastanowić się, gdzie ci wszyscy ludzie będą mieszkać. Amsterdam też się nie zastanawiał i dziś ma protesty na ulicach. W Hiszpanii z kolei uznają, że jak posiedzisz gdzieś 48 godzin, to możesz sobie tam już mieszkać, nieważne, że po prostu ukradłeś to mieszkanie.

Dziś już mówienie Polakom: zmień pracę, weź kredyt i kup mieszkanie to za mało. Jesteśmy w innym miejscu, ale ciągle nie tam, gdzie Holendrzy czy Hiszpanie. Na szczęście.

W Polsce dyskusja na temat rynku mieszkań to ciągle dyskusja ciotki z wujkiem przy schabowym, libków z lewakami na Twitterze, a nie prawicy z lewicą w Sejmie. Albo może łatwiej: rządu z opozycją.

Polskie mieszkania przeludnione

Polska jest jednym z najbardziej przeludnionych krajów w Europie w kontekście mieszkań, jak wynika  z ostatnich danych Eurostatu. Co to znaczy? Europejski urząd statystyczny uznaje, że gospodarstwo domowe jest przeludnione, jeśli nie posiada minimum jednego pokoju dla gospodarstwa domowego, jednego pokoju na parę, jednego pokoju dla każdej osoby samotnej w wieku 18 i więcej lat, jednego pokoju na parę osób samotnych w wieku 12-17 lat i/lub jednego pokoju na parę dzieci w wieku poniżej 12 lat.

Według takiej definicji najgorzej jest w Czarnogórze – tam 63 proc. gospodarstw domowych jest przeludnionych. Za nią jest Rumunia – 54,1 proc. – i Polska – 37,6 proc. Dodam, że średnia dla całej Unii Europejskiej to 17,1 proc.

Źródło: Statista.com

Ale u nas to ciągle nie jest problem polityczny, bo rząd woli zajmować się nowelizacją prawa telekomunikacyjnego, żeby zgarniać jakieś 100 mln zł z resztek na kartach SIM, których konsumenci nie wydzwonili i zostawiają na kontach po kilka czy czasem kilkanaście złotych operatorom komórkowym. Wkrótce te pieniądze ma zbierać rząd.

No dobrze, mówiąc bardziej uczciwie, rząd ma się czym zajmować: pandemia, reforma podatkowo-składkowa, a teraz jeszcze różne grupy zawodowe na ulicach żądające podwyżek. Nudy nie ma. Tylko że niedocenienie rosnącego problemu mieszkaniowego może skończyć się tym, że za jakiś czas kolejne grupy wyjdą na ulice.

Bo ceny mieszkań rosną w ciągu ostatnich pięciu lat średnio po 9 proc. co roku. Że pensje też rosną szybko? Kto z Was dostał w ciągu ostatnich pięciu lat podwyżkę? Nie każdy. Wzrost wynagrodzeń to średnia statystyczna. A mieszkania drożeją wszystkie.

Bo mimo że deweloperzy budują najwięcej od Gierka, to nadal za mało, żeby istotnie zasypywać dziurę, jaką mamy na rynku mieszkań – tych ciągle brakuje i brakować będzie jeszcze długo.

Bo rząd nam wmawia, że czas podnieść głowy i żyć godnie, że każdy ma prawo mieć własne mieszkanie (nie mylić z prawem do mieszkania) i sam dodatkowo rozbudza w nas oczekiwania, że powinniśmy kupić własne M.

„Nie jestem krową, więc przestań doić”

Jak to się kończy, kiedy rząd ignoruje politykę mieszkaniową, uważając, że rynek sam się wyreguluje? Wiedzą to doskonale holenderscy politycy, gdzie mieszkania już stały się problemem politycznym. Pisał o tym niedawno nawet „Financial Times”, bo to zjawisko, którego nie da się dłużej ignorować. Holendrzy wyszli właśnie z tego powodu na ulice Amsterdamu z hasłami: „Domy dla ludzi, nie dla zysku”, „Nie jestem krową, więc przestań doić”, „Ten znak jest tak mały, jak moja szansa na mieszkanie”.

Tylko w ciągu pierwszego kwartału 2021 r. w Holandii ceny nieruchomości wzrosły o 11,3 proc., według Eurostatu. Ceny rosną tam najszybciej od dwóch dekad, w ciągu ostatniej dekady liczba bezdomnych się podwoiła, a setki tysięcy Holendrów czekają w kolejce na przydział mieszkania.

„Rodziny opuszczają miasto. Ludzie, którzy uczą nasze dzieci, policjanci i motorniczy – po prostu nie stać ich na życie tutaj” – mówił „FT” Gert Jan Bakker, konsultant w agencji wsparcia najemców WOON w Amsterdamie.

Holandia jest jednym z krajów, które Oxford Economics uznaje za najbardziej ryzykowne, jeśli chodzi o rynek nieruchomości. Zaraz za nią jest Kanada, gdzie również właśnie rozgorzała dyskusja polityczna, bo premier Justin Trudeau zaproponował wprowadzenie dwuletniego zakazu kupowania domów przez obcokrajowców i podatek antyflippingowy.

Jeszcze inaczej z rosnącym problemem mieszkaniowym radzą sobie Hiszpanie. 

Mieszkaniowe mafie

„Do tradycyjnych ruchów anarchistycznych i antysystemowych, promujących zajmowanie cudzych nieruchomości w celu rzekomej ochrony praw osób bez dachu nad głową, dołączyły dobrze zorganizowane mafie lokatorskie” – mówi właśnie w wywiadzie dla PAP przewodniczący krajowej organizacji osób poszkodowanych przez dzikich lokatorów (ONAO) Tony Miranda.

Powód? Brak polityki mieszkaniowej państwa i przestarzałe, idiotyczne prawo lokatorskie, które pozwala ci mieszkać w lokalu, jeśli zajmujesz go min. od 48 godzin. Tak, godzin!!! Jeśli mieszkasz w lokalu mniej niż dwa dni, możliwa jest szybka eksmisja niewymagająca wyroku sądu. Ale i z tym dzicy lokatorzy nazywani „okupas” sobie radzą, organizując na przykład rachunki za zamówienia jedzenia na podany adres, by udowodnić policji, że mieszkają w danym mieszkaniu od dawna.

Lokalne media co chwilę pokazują takie absurdalne przykłady: 90-letnia kobieta po powrocie ze szpitala zorientowała się, że nie ma gdzie mieszkać, bo w międzyczasie jej pomoc domowa zmieniła zamki i zasiedliła lokal. Co pozostaje staruszce? Iść do sądu i czekać długie miesiące na wyrok.

To stało się w Hiszpanii poważnym problem politycznym.

„Obecny socjalistyczno-komunistyczny rząd Hiszpanii wspiera dzikich lokatorów, a przestępcy korzystają z tego, włamując się do mieszkań, zajmując je, a później nawet podnajmując za opłatą” – mówi PAP Miranda reprezentujący właścicieli mieszkań.

Według niego ten problem istnieje, ponieważ:

„lewica chce, by istnieli „okupas” (…), wszystkie propozycje parlamentarne ze strony prawicowych ugrupowań – Partii Ludowej, Vox i Ciudadanos – w celu rozwiązania problemu są systematycznie odrzucane przez lewicę”

– wyjaśnia w rozmowie z PAP.

To oczywiście wojna ideologiczną. Ale ciekawe, że znalazła ona sobie front właśnie na rynku mieszkań. Według organizacji ONAO w Hiszpanii nielegalnie zajętych jest obecnie co najmniej 120 tys. domów i mieszkań należących do banków, funduszy inwestycyjnych i osób prywatnych.

To nie jest margines. To już jest wojna o prawo do własności prywatnej, kiedy okazuje się, że można tak po prostu ukraść mieszkanie i wcale nie uciekać przed policją. A wszystkiemu winne długoletnie beztroskie podejście państwa do kwestii mieszkaniowych.

50 mln Polaków na 2050 rok. Tylko gdzie oni będą mieszkać?

I tak mi się skojarzyło, że ostatnio Bartosz Marczuk, obecnie wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju, wcześniej wiceminister odpowiedziany za politykę prorodzinną w resorcie kierowanym przez Elżbietę Rafalską publicznie odgrzał ideę „50 mln Polaków na 2050 r.”. No dobrze, powiedział dosłownie 45-50 mln Polaków.

To nie jest nowy pomysł, już wcześnie mówił o nim m.in. Marcin Piątkowski, ekonomista związany z Bankiem Światowym, wizytujący m.in. na Uniwersytecie Harvarda i w London Business School uznawany za lewicowego. Ale z drugiej strony tę ideę podłapały też organizacje gospodarcze, którym blisko do prawej strony sceny politycznej.

Argument za? W skrócie: jak nas będzie dużo, to gospodarka będzie miała większy potencjał, będzie się szybciej rozwijać i wszystkim będzie się żyło lepiej. Głosów przeciwnych w tej debacie nie brakuje, ale ja tu nie o tym.

Na razie społeczeństwo się kurczy, a i tak brakuje mieszkań. Rząd nie ma żadnego pomysłu, jak ten problem rozwiązać oprócz wpychania nas w kredyty hipoteczne i wyścig o mieszkania, których zwyczajnie jest za mało.

Ten sam rząd walczy o podniesienie wskaźnika dzietności, żeby Polska się nie starzała i nie wymierała. I przy okazji tego wątku dalej nie ma pomysłu, jak tym nowo narodzonym ludziom zapewnić mieszkania.

A na koniec wjeżdża koncepcja, by Polska liczyła 50 zamiast 38 mln mieszkańców. Gdzie mieliby mieszkać? W namiotach? Deweloperzy, stając obecnie na głowie, odtwarzają zaledwie ok. 2 proc zasobów mieszkaniowych rocznie, a nie liczę tych zasobów, które się degradują i wypadają z puli.

A my w Polsce nadal nie mamy poważnej politycznej dyskusji na temat problemu mieszkaniowego. Rząd uznaje, że problem za niego załatwią banki i najwyraźniej postanowił czekać do momentu pojawienia się transparentów na ulicach czy mafii mieszkaniowych w lokalach.