Częściowy lockdown w Polsce to już kwestia czasu. Analitycy Pekao przewidują „europejski standard”

Nie pytaj: „czy?”, lecz „kiedy?” i „w jakim zakresie?”. Po eksplozji epidemii koronawirusa w pierwszej połowie października, która szybko doprowadziła system ochrony zdrowia do granic zapaści, pytania o kolejny lockdown powróciły ze zwielokrotnioną siłą. Rząd rytualnie zapewnia, że „na chwilę obecną” nie ma takich planów, ale nie wierzą mu nawet analitycy państwowych banków.

„Europejski standard zapewne: bary, restauracje, zgromadzenia” – pisze na Twitterze zespół ekonomistów Banku Pekao S.A. w dyskusji na temat nowego lockdownu. Co znaczące, analitycy państwowego banku zupełnie pominęli pytanie „czy będzie?” i od razu przeszli do snucia przewidywań o zakresie ponownego zamrożenia gospodarki.

Lockdown w Europie

Co dzisiaj oznacza „europejski standard”? Oto garść świeżych przykładów z niektórych państw Starego Kontynentu:

  • Czechy: stan wyjątkowy; zamknięcie restauracji, barów i klubów nocnych. Szkoły przechodzą na naukę zdalną, a spotkania ograniczone do sześciu osób.
  • Słowacja: stan wyjątkowy; zamknięte lokale gastronomiczne działają tylko „na wynos”, zamknięte baseny, parki wodne i sauny, limity osób w centrach handlowych, spotkania do 6 osób.
  • Holandia: gastronomia działa tylko w trybie „na wynos”, większość imprez masowych zakazana, spotkania ograniczone do 4 osób, można przyjąć maksymalnie 3 osoby w domu dziennie.
  • Wielka Brytania: trzypoziomowy lockdown; w strefach największego zagrożenia zamknięte puby i bary, a także siłownie i miejsca rekreacji, zakaz spotkań z osób spoza gospodarstwa domowego. Irlandia Północna wprowadza niemal pełny lockdown na 4 tygodnie.
  • Hiszpania: rząd Katalonii w środę podejmie decyzję, czy zamknąć gastronomię do końca października.
  • Francja: w środę wieczorem prezydent orędziu ma ogłosić zakaz wychodzenia z domu po 20:00 lub 22:00 w najbardziej zagrożonych miastach, możliwe inne obostrzenia.

Choć polski rząd wciąż zapewnia, że na razie nie ma planów wprowadzenia kolejnego lockdownu, pierwszym krokiem w tym kierunku było objęcie całego kraju żółtą strefą.

W ten sposób po zaledwie kilku tygodniach obowiązywania nowego systemu z lokalnymi obostrzeniami powrócono do niemal jednolitych reguł dla całego kraju. Po wprowadzeniu ogólnego obowiązku noszenia maseczek w przestrzeni publicznej różnice pomiędzy żółtymi a czerwonymi strefami stały się niemal symboliczne.

Ponad 100 czerwonych stref

Kolejnym etapem wprowadzania pełzającego lockdownu będzie gwałtowny wzrost liczby powiatów zaliczonych do czerwonej strefy. Rzecznik Ministerstwa Zdrowia zapowiedział w środę, że „zmierzamy w kierunku ogłoszenia ponad stu powiatów jako stref czerwonych, będzie wśród nich dość dużo miast”.

O tym, jak iluzoryczną barierą przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa są obostrzenia w czerwonych strefach, świadczą zasady dotyczące organizowania wesel. Limit osób uczestniczących w takich imprezach cały czas wynosi 50 osób plus obsługa (tu nie ma limitu). Dla porównania, w stawiającej na odporność stadną Szwecji ogólny zakaz spotkań powyżej 50 osób obowiązuje niezmiennie od 29 marca.

W środę ogłoszono, że zanotowano 6526 nowych zakażeń koronawirusem, a z powodu COVID-19 lub chorób towarzyszących zmarło 116 osób. Obie liczby stanowią absolutny rekord od początku pandemii.

Bardziej niepokojąca jest rosnąca niewydolność systemu ochrony zdrowia i coraz trudniejszy dostęp do respiratorów. Według danych resortu zdrowia zajętych jest już 467 tych ratujących życie urządzeń, a na początku października było to zaledwie 169. Głównym problemem nie jest jednak sama liczba zajętych respiratorów, lecz brak lekarzy anestezjologów i „oiomowych” pielęgniarek.

O skali zagrożenia może świadczyć fakt, że minister zdrowia Adam Niedzielski wydał właśnie dyspozycję o uruchomieniu szkoleń personelu pielęgniarskiego do obsługi respiratorów i pomocy w opiece nad chorymi na COVID-19.

Panika rządu mówi sama za siebie. Obsługi respiratora nie da się nauczyć tak ad hoc. Był na to czas

– komentują lekarze z Porozumienia Chirurgów.

Nie ma pieniędzy na drugi taki lockdown

„Pierwszy lockdown na wiosnę nie był uzasadniony, a teraz kiedy jest potrzebny, władze umywają ręce i przekierowują winę na leniwych lekarzy, a Polacy niedługo będą płakać nad bliskimi, których można było uchronić od Covid i śmierci” piszą w środę lekarze z Porozumienia Chirurgów.

Jeśli rząd wprowadzi lockdown, nie spodziewajmy się powtórki z okresu marzec-maj, gdy niemal wszystkie firmy usługowe musiały zawiesić działalność. Jest to niemożliwe z prostego powodu – rząd praktycznie wyczerpał już możliwość zadłużania się, by znaleźć miliardy potrzebne na kolejne powszechne tarcze antykryzysowe i finansowe.

Prawdopodobne są jednak różnego rodzaju branżowe tarcze, podobne do tarczy turystycznej, która zostanie uruchomiona już we czwartek 15 października.

Paweł Borys, szef PFR, czyli instytucji obsługującej tarczę finansową w środowym wywiadzie dla Business Insidera wyliczył, że na ochronę miejsc pracy, wsparcie firm, służbę zdrowia i inwestycje publiczne wydanych zostało 142 mld zł.