Absurdy walki z koronawirusem po polsku. Historia ze Śląska, która nie mieści się w głowie

Prywatnie wykonał test na COVID-19. Wynik? Pozytywny, więc kwarantanna. A co z żoną i synem? Sanepidu to już nie obchodzi, ale najlepiej jakby wszyscy siedzieli w domu. Historia rodziny z jednego ze śląskich miast pokazuje jak na dłoni absurdy systemowej walki z epidemią COVID-19 w Polsce.

Chorzy i mogący innych zarażać ludzie często zostają z tym kłopotem sam na sam. Co bardziej operatywni, jakoś sobie poradzą, ale tych mniej ogarniętych czeka droga przez mękę. Zobaczcie, jak realia polskiej kwarantanny wyglądają na przykładzie pewnej śląskiej rodziny.

Bizblog.pl poleca

Damian i Dorota są szczęśliwym i spełnionym małżeństwem. Ich syn Rafał coraz lepiej radzi sobie w szkole (wszystkie imiona bohaterów zmienione). Życie służbowe też rozwija się w dobrym kierunku. I wszystko było w jak najlepszym porządku, gdyby nagle nie musieli się zderzyć z rzeczywistością COVID-19. Wtedy czar prysł i pokazał biurokratyczny ocean, funkcjonujący jak zawsze bez krzty logiki i bez wyobraźni, nawet w stanie epidemii. 

Ich historia miejscami mrozi krew w żyłach, ale przede wszystkim czarno na białym pokazuje, że walka nad Wisłą z koronawirusem prowadzona jest partyzanckimi metodami. Tyle że przed akcją w nocy w lesie ktoś wszystkim wyciągnął amunicję z broni, która tym samym jest już wyłącznie stalowym straszakiem. W tej pandemii ludzie jeszcze jakoś dają radę, ale instytucje i wypracowane procedury zawodzą na całej linii. 

COVID-19: chcesz wiedzieć, to rób test prywatnie

Ta historia zaczyna się pod koniec lipca. Wtedy, tuż przed weekendem, Damian zaczyna się źle czuć: osłabienie mięśni, bóle stawów, lekki kaszel, podwyższona temperatura. Następnego dnia skoro wcale nie jest lepiej, to trzeba dzwonić do lekarza. Z diagnozy zdalnej wynika, że Damian ma grypę. Dostaje zwolnienie z pracy na tydzień. Ma leżeć i odpoczywać oraz dużo pić. Po weekendzie wcale nie jest lepiej. Dochodzi utrata smaku i węchu. Nie ma podwyższonej temperatury, ale Dorota zaczyna się bać i sama też nie idzie do pracy. 

Damian znowu konsultuje się z lekarzem telefonicznie. Ten zaczyna podejrzewać COVID-19 i o swoich obawach informuje Powiatową Stację Sanitarno-Epidemiologiczną w jednym ze śląskich miast. Damian ma czekać na kontakt z ich strony i na wykonanie wymazu. Ponieważ w poprzednim tygodniu w pracy spotykał się z wieloma ludźmi, to nie chce czekać, nie wiadomo ile i decyduje się testy wykonać samemu, za własne pieniądze.

Damian wynik też sprawdza sam – na stronie laboratorium. Jest pozytywny. Po kilkunastu minutach prób (żaden z podanych numerów telefonicznych do sanepidu nie odbiera) wreszcie się dodzwaniają. Pani epidemiolog spokojnie oznajmia, że jeszcze wyniku Damiana nie dostała, ale zapisuje sobie numer telefonu.

Swoje trzy grosze o dziwo wtrąca Dorota. No bo w takiej sytuacji za bardzo nie wie co robić. Ma iść do pracy, czy nie wychodzić z domu? Co z synem? Sanepid takich rozterek w ogóle nie ma. Osoby, z którymi w międzyczasie kontaktowała się Dorota, w ogóle ich nie obchodzą. No, chyba że pracuje w żłobku, przedszkolu lub szpitalu. Nie pracuje? To nie ma tematu.

Dla Damiana i Doroty jednak jest. Na własną rękę informują o wszystkim swoich pracodawców. Ci finansują testy dla pozostałych pracowników. Sanepid w tym czasie cały czas milczy, najwyraźniej możliwość pojawienia się w dwóch firmach ognisk zakażeń spływa po nich jak po kaczce. 

Koronawirus wzrusza ramionami i atakuje Dorotę

Mija weekend i poniedziałek. Wtorek Dorota wita podobnymi objawami co kilka dni wcześniej Damian. Dochodzi jeszcze bardzo uciążliwy ból głowy. Mija kolejny dzień. Damian i Dorota sobie chorują. Na szczęście syn nie ma jeszcze żądnych objawów.

W czwartek wreszcie odzywa się przedstawiciel sanepidu. Pani przez telefon dziwi się, że zgłoszono pozytywny wynik testu Damiana, ale ona w swojej ewidencji takiego wcale nie widzi. Dorota przypomina, że wysłała je mailem. Pani z sanepidu prosi jeszcze o wskazanie osób, z którymi Damian miał kontakt na tydzień przed objawami, czyli dwa tygodnie wcześniej. 

Po kolejnym dniu Damian i Dorota są zdziwieni, że nie otrzymali jeszcze oficjalnej decyzji o kwarantannie. W sobotę zamiast telefonu z sanepidu poranek wita ich wizytą policji. Damian dostaje SMS-em wiadomość, żeby zainstalował „aplikację kwarantanną”. Policjanci zapowiadają, że dwa razy dziennie będą oczekiwać, że Damian odmacha im ze swojego balkonu, a raz dziennie Dorota z synem. I jak mówią, tak robią. 

W poniedziałek, równy tydzień po przeprowadzeniu badania z pozytywnym wynikiem na obecność COVID-19, jest decyzja sanepidu: Dorota z synem na kwarantannę. A co z Damianem? Nic. Jest w izolacji, która dwa razy dziwnie sprawdza policja. Wystarczy. Nikt z sanepidu nawet nie myśli, żeby zapytać Damiana i Dorotą jak się czują. Nie radzą co robić, do kogo się zgłosić, jak samopoczucie będzie się dodatkowo pogarszać. 

Kwarantanna z zasadami, których nikt nie przestrzega

Zasada jest taka: pierwsza kwarantanna zawsze jest na dwa tygodnie. Następne trwają po tygodniu. Jeżeli członek rodziny ma dwa testy negatywne, to dopiero po 7 dniach bierze się wymaz od pozostałych domowników w kwarantannie. W ich przypadku wystarczy już tylko jeden negatywny test i zgodnie z procedurą po 24 godzinach od opublikowania przez laboratorium wyniku na stronie sanepidu kwarantanna automatycznie wygasa. Tyle teoria, a z praktyką różnie bywa.

U Damiana „wymazobus” był 7 sierpnia. Kolejny raz powinien go odwiedzić po 24-48 godzinach. Widocznie miał akurat nie po drodze i przyjechał dopiero 12 sierpnia. Tym razem udało się, bo oba wymazy nie wykazały obecności COVID-19. „Aplikacja kwarantanna” musiała to przewidzieć, bo sama z Damianem „pożegnała się” 9 sierpnia, na trzy dni przed drugim testem.

Od tego czasu, nie czekając na wyniki kolejnego wymazu, wypatrywanie Damiana na balkonie odpuściła sobie policja. Między 10 a 16 sierpnia dzwonili do Damiana i raz dziennie prosili o pokazanie twarzy przez okno. A Dorota i dziecko? To już nie problem stróżów prawa. Ich w swoim wykazie nie mieli. 

Policjanci musieli zdawać sobie sprawę, że ich działanie to prowizorka. Przekonali się o tym sami, jak w osiedlowej piekarni spotkali w trakcie zakupów Damiana. Wylegitymowali go i po sprawdzeniu numeru PESEL okazało się, że nie mają zleconego jego nadzoru. Wyszło na jaw wtedy, że tak naprawdę ten cały czas mieli sprawdzać nie Damiana, a jego syna Rafała. Coś tam się w systemie musiało pokiełbasić. 

Nierozstrzygający test matki niczego nie zmienia

Dorota jest uparta i wytrwała w dążeniu do celu. Tak skutecznie nękała na wszelkie sposoby sanepid, że ten dla spokoju 14 sierpnia wysłał do niej i jej dziecka wymazobus. Chłopak ma wynik negatywny, za to ona – nierozstrzygający, co równa się ze zleceniem kolejnego testy w przeciągu 24-48 godzin. 

Niestety, testu do dzisiaj nikt mi nie wykonał

– żali się Dorota, która nie wie w końcu, czy tego koronawirusa w sobie jeszcze ma, czy już nie.

Na dzisiaj więc stan gry przedstawia się następująco: Damian z Dorotą i synem rozpoczynają właśnie czwarty tydzień kwarantanny. Mija piąta doba od wykonania „nierozstrzygającego” testu Doroty. Jej pracodawca nie dostał żadnej informacji z sanepidu o jej powodach i nieobecności w pracy, zwolnienie lekarskie jej nie przysługuje. Oficjalnie zarażony COVID-19 Damian L4 musi załatwiać sobie sam, w ramach teleporad. 

Najgorszy niesmak, jaki pozostaje, to oczywiste przeświadczenie, że tak naprawdę twoim zdrowiem nikt się nie interesuje. Tylko i wyłącznie obchodzi ich izolacja

– mówi rozżalona Dorota.

Sama zastanawia się, czy nie lepiej było zrobić tak jak znajomy. Też wykonał prywatnie test i też wynik był pozytywny. Dziesięć dni siedzi już sam w domu, rodzina przeniosła się na ten czas w inne miejsce. Sanepid rzecz jasna milczy. I ten znajomy nie będzie na kontakt od urzędników czekał w nieskończoność. Akurat stać go na to więc za własne pieniądze wykona drugi test i w ten sposób będzie całkowicie poza systemem.