Dostaniemy Nobla z ekonomii! Oto recepta rządu na kryzys: zabrać chorym, oddać bogatym

W kasie państwa brakuje pieniędzy. Ale zamiast ukrócić populistyczne rozdawanie 500+ komu popadnie, rząd szuka pieniędzy w zasiłkach chorobowych, bo zorientował się, że Polacy zaczęli pobierać zbyt dużo świadczeń z funduszu chorobowego ZUS. Fakt, wydatki wzrosły nagle o jedną czwartą, ale może komuś obiło się o uszy, że mamy pandemię?

Od mieszania herbata nie robi się słodsza? A jednak! To właśnie strategia rządu PiS. Mimo poważnych dziur w budżecie rząd nie ma zamiaru skończyć z rozdawnictwem, absolutnie nikomu w PiS nawet nie przejdzie przez myśl ograniczenie 500+ dla najlepiej zarabiających, którzy tych pieniędzy nie potrzebują. Nikomu też do głowy nie przyjdzie, że wypłata 13. i 14. emerytury to może nie najlepszy pomysł w obecnej sytuacji. Ale pieniądze skądś trzeba wziąć!

Bizblog.pl poleca

A możemy by tak zabrać je chorym? – wpadło Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Oczywiście nie można ciąć wydatków na finansowanie służby zdrowia, bo wybuchłby taki skandal, że PiS mógłby się już z niego nie pozbierać. Ale jakby tak namieszać systemie ubezpieczeń społecznych, którego przeciętny Polak i tak nie rozumie, a dokładniej w zasiłkach chorobowych, to już może się udać.

A to zaskoczenie! W czasie pandemii Polacy więcej chorują

W 2020 roku wydatki na świadczenia z funduszu chorobowego w ZUS wzrosły aż o 24 proc. r/r i wyniosły 28,2 mld zł. Same zasiłki chorobowe kosztowały w ubiegłym roku ZUS 13,3 mld zł i były o 15 proc. wyższe niż rok wcześniej. W tej kwocie mieszczą się świadczenia związane z COVID-19, które kosztowały ZUS ok. 1,8 mld zł.

A do tego przecież w czasie pandemii rząd wypłaca zasiłki opiekuńcze, które w 2020 r. kosztowały 4 mld zł – to aż o 271 proc. więcej niż rok wcześniej. Wszystko oczywiście z winy tych dodatkowych świadczeń związanych z COVD-19, które kosztowały 3 mld zł.

Skąd na to wszystko brać pieniądze? Ze składek nie wystarcza, przez co fundusz chorobowy od lat notuje deficyt. W 2020 roku dziura ta wyniosła aż 13,9 mld zł. Łatać musi ją oczywiście budżet państwa. Tylko że budżet państwa sam ma wielką dziurę i nie specjalnie chce. Co więc wymyślił rząd? To proste! Trzeba ograniczyć wypłaty z funduszu chorobowego, wtedy dziura będzie mniejsza.

I jak pomyślał, tak robi. O tym, jak rząd zamierza namieszać w zasadach wystawiania L4 i wypłacaniu zasiłków chorobowych pisał niedawno Michał Tabaka. Dzięki przykręceniu śruby zbyt często, zdaniem rządu, chorującym, ZUS ma zaoszczędzić 700 mln zł.

Rząd zaoszczędzi na waciki

I o ile można się zgodzić, że wymówka Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które stoi za nowelizacją przepisów, jest częściowo słuszna – Polacy uciekają na długotrwałe fikcyjne zwolnienia chorobowe i to nieuczciwe, o tyle to tylko część problemu. A resort zamiast uszczelnić system i wyplenić z niego patologie wylewa dziecko z kąpielą, ograniczając wypłaty zasiłków również dla chorych, którzy ich naprawdę potrzebują.

Jasne jest, że chodzi wyłącznie o pieniądze.

Ale żeby oszczędzać kosztem chorych? I to w samym środku pandemii? I to bijąc się o grosze? Bo cóż to jest 700 mln zł dla budżetu, który stać na dotację w wysokości 2 mld zł dla telewizji publicznej, której misja jest służenie propagandzie? Cóż to jest wobec kiełbasy wyborczej za ponad 26 mld zł – bo tyle właśnie będzie kosztowała budżet państwa wypłata 13. i 14. emerytury w 2021 roku.

Ba! Cóż to jest przy ponad 40 mld zł wypłacanych rocznie w ramach programu Rodzina 500+?

Lepiej bezsensownie wydawać pieniądze niż wystawić piłkę opozycji

Nie, nie chodzi o to, żeby 500+ w ogóle zlikwidować. Ale skoro tak bardzo brakuje pieniędzy, że zabiera się je chorym, może należy jednak w pierwszej kolejności ograniczyć zasięg programu? Bo na razie to wygląda tak, że rząd zabiera chorym, by oddać bogatym,

Jakiś czas temu prof. Modzelewski, były minister finansów, szacował, że świadczenie 500+ nie ma znaczenia dla ok. 12 proc. beneficjentów tego programu. Licząc w uproszczeniu, 12 proc. z 40 mld zł to 4,8 mld zł. Tyle właśnie pieniędzy rozdajemy najbogatszym, którzy nawet tego nie zauważają. Przecież to jakaś straszna bzdura!

Wiem, wiem, zorganizowanie systemu, tak żeby wypłacać świadczenie według jakiegoś progu dochodowego, nie jest proste, a zarządzanie tym może być kosztowne. Ale jest łatwiejszy sposób. Okazuje się bowiem, że rozszerzenie świadczenia 500+ na pierwsze dziecko niezależnie od progu dochodowego, co wydarzyło się w 2019 roku, przysłużyło się właśnie najlepiej zarabiającym.

Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA wyliczyło, że 30 proc. zysków z wprowadzenia 500+ również na pierwsze dziecko trafiło do 20 proc. najbogatszych Polaków. Tam poszło 5,4 mld zł. Z kolei do 20 proc. najbiedniejszych Polaków trafiło tylko 4 proc. tych zysków – jakieś 800 mln zł.

Czy rząd nie mógłby powiedzieć: słuchajcie, w 2019 roku nie wiedzieliśmy, że przyjdzie pandemia, wywołując największy kryzys gospodarczy od II wojny światowej? Czasowo zawieszamy 500+ na pierwsze dziecko, bo nie mamy na to pieniędzy.

No nie mógłby, bo byłaby to PR-owa porażka wykorzystana natychmiast przez opozycję (która w swoich politycznych gierkach jest tak samo nieodpowiedzialna jak rząd). Lepiej więc zabrać pieniądze tam, gdzie ryzyko wizerunkowej wpadki będzie mniejsze niż tam, gdzie nakazywałaby logika. A stracą jak zwykle ci, którzy nie potrafią wystarczająco głośno krzyczeć.