Chytry plan Trumpa nie wypalił? Niektóre firmy w Chinach kpią sobie z sankcji i liczą rosnące zyski

Sankcje wprowadzone przez Amerykanów i wojna handlowa, która rozgorzała, sprawiły, że wiele chińskich firm popadło w finansowe tarapaty, tracąc rynki zbytu zbytu lub tanich podwykonawców. Niektóre jednak w nieoczekiwany sposób wymyśliły się na nowo i teraz tryumfują.

Chińczycy robią to, co kiedyś Polacy. Rodzimi sadownicy starali się pobudzić lokalny popyt na jabłka i szukali nowych rynków zbytu po wprowadzeniu ceł przez Rosjan. Wszystkim nam w pamięć zapadły takie akcje jak #jedzjablka.

Teraz chińskie firmy odkrywają, że równie dobrze jak za granicą mogą sprzedawać na lokalnym rynku. Marża będzie może mniejsza, ale rynek ok wiele większy, bo Amerykanów jest kilka razy mniej niż mieszkańców Państwa Środka.

Bizblog.pl poleca:

Chińczycy też kupują roboty sprzątające

Przykłady?

Masutek to jeden z drugoligowych graczy na rynku robotów sprzątających. Aby wejść do czołówki producentów, brakowało mu patentów, o które w 2017 roku toczył wojnę z jednym ze światowych liderów, czyli iRobotem. Kiedy Amerykanie wprowadzili 25-procentowe cła importowe na chińskie towary, sprzedaż w Stanach spadła o 20 proc. Firma zamknęła 11 linii produkcyjnych w Chinach.

Właśnie to było impulsem do znalezienia nowej strategii. Masutek postanowił skupić się na lokalnym rynku, który spenetrowany miał w zaledwie 1,5 proc. Dla odmiany roboty sprzątające w USA posiada aż 17 proc. mieszkańców.

Masutek odświeżył swoją markę — Jiaweishi — i skoncentrował się na sprzedaży przez internet. Jak donosi Reuters, obecnie firma cieszy się ze sprzedaży 100 tys. egzemplarzy swoich sprzętów i planuje otworzenie dwóch z 11 zamkniętych linii.

Szklane kieliszki z Pakistanu

Anhui Deli powstała w 2002 roku, a w 2011 zadebiutowała na giełdzie w Shenzhen jako pierwsza firm zajmująca się sprzedażą produktów szklanych — kubków i naczyń. Po zaostrzeniu konfliktu chińsko-amerykańskiego jej wzrost załamał się dramatycznie. Stany były kluczowym rynkiem dla chińskiego potentata. Po wprowadzeniu ceł ceny naczyń zdrożały o 40 proc., czyniąc zakup w USA kompletnie nieopłacalnym.

Anhui Deli postawił na internet, co okazało się strzałem w dziesiątkę i przyniosło potrojenie sprzedaży. Kolejnym krokiem było otworzenie fabryki w Pakistanie, czym kompletnie zaskoczyła rynek. Kraj targany jest konfliktem wewnętrznymi, na dodatek od kilkudziesięciu lat spiera się z Indiami o Kaszmir, no i leży dość daleko od Fengyang koło Szanghaju, gdzie Anhui Deli ma siedzibę. Nie jest jednak tajemnicą, że Pakistan to chiński sojusznik, a oba kraje starają się integrować infrastrukturalnie.

Wietnam stanie się dla Chin tym, czym Chiny dla reszty świata?

Bloomberg informował, że wielu technologicznych gigantów (w tym Foxconn i Samsung) rozważało rozszerzenie swojej obecności w północnym Wietnamie, który znajduje się bardzo blisko chińskiej Doliny Krzemowej. Firmy z Państwa Środka również tam inwestują. Tylko w ciągu pięciu miesięcy tego roku inwestycje zagraniczne w Wietnamie wzrosły o 69 proc. w porównaniu do analogicznego okresu rok temu. Przełożyło się to na 16,7 mld dol., z czego 42,5 proc. pochodzi z chińskich kieszeni.

Trump nie chce jednak pozwolić, że aby chińskie firmy unikały jego ceł, sprzedając swoje towary za pośrednictwem Wietnamu. Już zapowiedział, że rozważa objęcie cłami importowymi produktów wietnamskich.

Cześć firm zyskało. Ale większość traci

Zdecydowana większość.

Huawei jest tu koronnym przykładem. Ofiary znaleźć możemy jednak po obu stronach Pacyfiku. Yahoo wymienia całą ich listę: Ford stracił ponoć 1 mld dol., General Motors jeszcze więcej, Caterpillar 350 mln dol., a Whirlpool 300 mln dol. Taryfy uderzają również w konsumentów. „New York Times” podaje przykład pralki, która w 2016 roku kosztowała 499 dol. Dziś jest 100 dol. droższa.

W grę wchodzą ogromne kwoty: 75 mld dol. chińskich ceł i 300 mld dol. amerykańskich. Oznacza to, że po obu stronach oceanu ceny będą rosły błyskawicznie.