Przed nami rekordowe podwyżki cen prądu. Nic nas nie uratuje

Stęskniliście się za emitowanym od czterech miesięcy serialem o cenach prądu? Niepotrzebnie. Szykuje się kolejny sezon. I już dzisiaj zdradzimy jego zakończenie. Za rok zapłacimy nowe, o wiele wyższe ceny za prąd.

Być może teraz się udało. Ale podwójny rok wyborczy do szczerości na linii władza – obywatel specjalnie nie zachęca. 

Jak już mleko się rozlało i wyszło, że przez wzrost kosztów emisji CO2 najbardziej będą cierpieć gospodarki w sporej mierze uzależnione od węgla, trzeba było zadziałać. Bo kto to widział, żeby na wynik wyborów wpływały ceny prądu?

Kolejni ministrowie uczestniczyli w wizerunkowej ofensywie i bijąc się w piersi zarzekali, że w tym roku gospodarstwa domowe żadnych różnic w cenie nie odczują. Może trochę przedsiębiorstwa, ale gabinet Mateusza Morawieckiego przecież pracuje nad systemem rekompensat. I przez moment mogło się nawet wydawać, że nowe ceny za prąd jakimś cudem Polskę ominą.

Eksperci psują zabawę i zrywają rządowi PiS maski.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że nawet jak bardzo będziemy się starać, przed podwyżkami cen za prąd nie uciekniemy. Zwłaszcza gdy sobie uzmysłowimy, że polska gospodarka w ok. 77 proc. uzależniona jest od węgla, a z kolei ceny uprawień do emisji CO2 tylko w ubiegłym roku urosły z 6 do ponad 20 euro. Na dodatek nikt specjalnie nie uspokaja, że to koniec i drożej nie będzie. 

Jeżeli wierzyć ekonomistom z Credit Agricole, ceny za prąd skoczą i to wyraźnie. Polskie przedsiębiorstwa już na początku 2020 r. mają borykać się z rachunkami wyższymi nawet o 40 proc. Skok cen odczujemy już w tym roku.

Ministerstwo Energii w odpowiedzi na poselską interpelację przyznało, że ceny za prąd w 2019 r. pozostaną na poziomie tych sprzed roku dla 65 proc. odbiorców. Co z resztą? Mają charakteryzować się “podwyższoną niepewnością”.

Ceny za prąd szybują w górę, bo więcej go zużywamy.

Najważniejsza zasada ekonomii mówi, że jak na coś jest zapotrzebowanie, to rośnie cena tego towaru. I dokładnie tak też jest z prądem.

W 2018 r. zapotrzebowanie polskich odbiorców na energię elektryczną przekroczyło 170 TWh i było najwyższe w historii. Rośnie również import energii, który w poprzednich 12 miesiącach pobił rekord z 1984 r.

Komisja Europejska ciągle grozi palcem.

Rząd w tym roku będzie pomagał odbiorcom energii elektrycznej, jak tylko będzie umiał. Ale podejmując kolejne decyzje, musi bacznie obserwować poczynania Komisji Europejskiej. Dzisiaj nie ma odważnych, którzy jasno stwierdzą, jak się zakończą te negocjacje dotyczące cen za prąd.

Możliwość zamrożenia cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych jest zgodna z europejskimi regulacjami, w przypadku odbiorców biznesowych to nieracjonalne – argumentuje Dominique Ristori, dyrektor generalny ds. energii Komisji Europejskiej. 

Co prawda Bruksela dopuszcza pomoc dla indywidualnych odbiorców, ale jeśli cena energii elektrycznej drastycznie wzrośnie dla firm, to zwykły Kowalski też to odczuje. I to dotkliwie.

Rekompensaty możliwe, ale w mniejszej skali.

Analiza specjalistów z Credit Agricole daje rządzącym nadzieję. W raporcie czytamy, że nawet jak KE uzna rekompensaty za niedozwoloną pomoc publiczną, to jeszcze nic nie jest straconego. Wsparcie rządu dotyczące cen prądu mogłoby być realizowane, ale w mniejszej skali. W ramach tzw. pomocy de minimis.

W takim przypadku warto pamiętać o warunkach brzegowych. Łączna rekompensata w tej formie nie może przekroczyć 200 tys. euro w okresie 3 lat. I to beneficjent musi zwrócić się o pomoc, która w żadnej mierze w tej formie nie jest automatyczna. Choćby tylko z tego wynika, że w Polsce z takiego wsparcia nie mogliby skorzystać wszyscy. Są przedsiębiorstwa, dla których 200 tys. euro w trzy lata na rachunki za prąd to kropla w morzu potrzeb.