Ceny mieszkań oszalały. Ani kupić, ani wynająć, Polacy są w potrzasku

W ciągu roku ceny najmu w największych polskich miastach poszły w górę tak, że średnia pensja krajowa przestaje wystarczać, by móc wyprowadzić się od rodziców. Większość Polaków zostało dzisiaj zapędzonych w ślepą uliczkę. Nie stać ich na zakup mieszkania za gotówkę, banki odmawiają im kredytu, a wynajem zwykłej kawalerki staje się powoli dobrem luksusowym.

Warszawa, Gdańsk, Kraków, Wrocław, Poznań – w analizowanych miastach za wynajem mieszkań trzeba zapłacić od 20 do 50 proc. więcej niż rok temu o tej samej porze. W stolicy największe wzrosty cen zaliczyły najtańsze lokale.

Według danych zebranych przez morizon.pl zwykła kawalerka to teraz wydatek 2800 zł miesięcznie. Dwanaście miesięcy temu na wynajem niewielkiego mieszkania wystarczyło tymczasem niecałe 1900 zł. Warto przy tym dodać, że użytkownicy korzystający z tego serwisu zazwyczaj umieszczają w końcowej cenie czynsz, więc wszystkie stawki odzwierciedlają z grubsza ostateczną cenę najmu. Z wyjątkiem opłat za media oczywiście.

Ceny najmu mieszkań w Polsce wariują

Próba znalezienia mieszkania na wyłączność (bo nawet nie na własność) jest też trudna w Krakowie. Jednopokojowe lokum to wydatek 2100 zł w porównaniu do 1500 zł w sierpniu 2021 r. Odpowiednio 2300 zł i 2400 zł trzeba wydać na ten sam cel we Wrocławiu i Gdańsku. Najtaniej jest w Poznaniu. W stolicy Wielkopolski ceny poszły w górę tylko o 20 proc. i najtańsze nieruchomości można wynająć już w granicach 1800 zł.

Drogo? Dla przeciętnego Polaka nawet bardzo. W II kwartale tego roku GUS wyliczył średnią krajową na 6150 zł brutto, czyli mniej niż 4,5 tys. zł netto. Oznacza to, że w wielu wypadkach czynsz oddawany co miesiąc wynajmującemu przekracza połowę wysokości wynagrodzenia. A dokładniej mógłby przekraczać, bo nasi rodacy kombinują przecież, jak mogą i mieszkania wynajmują w kilka osób.

Za miarę zamożności Polaków można byłoby wziąć też medianę. Ostatnie dane pochodzą wprawdzie z 2020 r. ale mediana co do zasady lepiej oddaje poziom zarobków statystycznego Kowalskiego.

Patrząc z tej perspektywy, pracownicy zarabiają w naszym kraju średnio 4700 zł brutto, czyli ok 3,4 tys. do ręki. W ciągu dwóch lat te wartości poszły bez wątpienia w górę. I całe szczęście, bo trzymając się, ich moglibyśmy dojść do wniosku, że połowa Polaków nie ma możliwości wynajęcia mieszkania bez względu na to, jak mocno zaciśnie pasa i ograniczy wydatki. Kilkaset złotych rezerwy, jaka zostałaby po opłaceniu czynszu, to przecież w najlepszym razie koszt samego wyżywienia.

Jeszcze pesymistyczniej to wygląda, gdy zajrzymy w większe metraże. Dwa pokoje w stolicy to już 3500 zł. Za trzy trzeba dać 4600 zł, a wynajem czteropokojowego mieszkania wiąże się z wydatkiem – uwaga – 6100 zł. W pozostałych miastach stawki za cztery pokoje są w granicach 4,9-5,7 tys. zł (poza Poznaniem). Kosmos.

Nieruchomości tylko dla najbogatszych

Rok temu Polski Instytut Ekonomiczny policzył, że aby wejść do grona 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków, trzeba zarabiać 7,2 tys. zł brutto. I tu dochodzimy do smutnej konkluzji. Nawet będąc w czołówce najlepiej opłacanych etatowców (bo to ich obejmuje metodologia GUS-u) ciężko się dzisiaj wziąć za bary z rynkiem najmu, celując w cokolwiek innego niż kawalerkę.

I jak żyć? Polacy znaleźli się w potrzasku. Alternatywa w postaci kredytu hipotecznego też odpada. W II kwartale tego roku liczba pożyczek udzielanych przez banki na zakup mieszkania spadła o 87 proc. Dlaczego? Wytłumaczenie jest proste – konsumenci zwyczajnie nie mają już wystarczającej zdolności kredytowej. A nie mają jej, bo nie dość, że stopy procentowe poszły w górę, to jeszcze deweloperzy twardo trzymają się cen mieszkań ze szczytu górki popytowej.

Bizblog.pl poleca

Według danych NBP pod koniec pierwszego półrocza ceny transakcyjne u deweloperów rosły w porównaniu z I kwartałem 2021 r. Odczuwalne dla kieszeni spadki zanotował tylko Gdańsk, Katowice, Opole i Rzeszów. W innych miastach o stawkach za metr kwadratowy sprzed półtora roku można tylko pomarzyć.

Najgorsze jest jednak to, że nadziei na szybką poprawę sytuacji mieszkaniowej Polaków raczej nie widać. Pierwsze obniżki stóp procentowych prognozowane są na koniec przyszłego roku. Wraz ze spadkiem WIBOR-u w dół mogą też polecieć ceny najmu, bo kredytobiorcom zostaną w kieszeniach dodatkowe pieniądze. Przez ten czas, jak to radził prezydent Andrzej Duda, trzeba będzie chyba po prostu zacisnąć zęby.

Czytaj także: Ukraińcy wyjadą i znów będzie można przebierać w mieszkaniach? Najemców czeka szok