Ceny uprawnień do emisji CO2 pobiły kolejny rekord. Jak tak dalej pójdzie, za prąd zapłacimy krocie

Ceny uprawnień do emisji CO2 jeszcze nigdy nie były tak wysokie. Rekord pobijany jest co kilka tygodni. To bardzo istotne dla takich gospodarek jak nasza — w dużej mierze uzależnionych od węgla. Będziemy przez to musieli wszyscy znaczniej głębiej sięgać do kieszeni, gdy przyjdzie nam opłacić rachunki za prąd.

Na europejskiej giełdzie ICE padł wczoraj kolejny rekord cenowy uprawnień do emisji CO2. Ostatnie najwyższe notowanie pochodziło z 2 lipca. Wtedy za możliwość wyemitowania 1 tony dwutlenku węgla trzeba było zapłacić 29,69 euro. Od wczoraj już więcej – 29,75 euro.

Czytaj też:

Co ciekawe, kontrakty na pozwolenie na emisję CO2 za okres dwóch lub trzech lat generują wzrosty cenowe w okolicach 450–500 procent.

Taką tendencję wzrostową widać od pierwszych miesięcy 2018 r. Wtedy ceny uprawień do emisji CO2 kształtowały się na poziomie 5–6 euro za tonę. Kolejne miesiące mijały na coraz bardziej odważnych deklaracjach politycznych o zmianie klimatu, czemu towarzyszył wzrost cen pozwoleń na emisję dwutlenku węgla.

Uzależnieni od czarnego złota

Wielomiesięczne zamieszanie wokół rządowych rekompensat do rachunków za prąd nie było niczym innym spowodowane, jak właśnie wzrostem cen uprawnień do emisji CO2. Nie mogło też być inaczej, skoro gospodarka nad Wisłą jest uzależniona od czarnego złota w ok. 77 proc.

Bo właśnie na tym ma polegać unijna polityka zmuszająca krajowe gospodarki do zmiany energetycznej i skupianiu się bardziej na OZE niż na węglu. I nie jest to wcale takie nowe rozwiązanie. Unijny system handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS) powstał przecież w 2005 r. 

Zmiany cenowe, jakie obserwujemy, to nic innego jak pokłosie wcześniej przyjętych uzgodnień. Rada Europejska w ramach polityki klimatyczno-energetycznej ustaliła bowiem, że do 2030 r. ograniczy emisję gazów cieplarnianych o 40 proc. w porównaniu z 1990 r.

Ponad rok temu, w lutym 2019 r. Rada Europejska zatwierdziła reformę ETS po 2020 r. Jak najbardziej wpisuje się ona we wcześniej określone cele redukcji emisji CO2. Zakłada: redukcję (co roku o 2,2 proc.) pułapu całkowitych emisji, czy podwojenie do końca 2023 r. liczby uprawnień przenoszonych do rezerwy stabilności rynkowej. 

Reforma zmieniła również zasady przydziału bezpłatnych uprawnień. Założono, że sektory najbardziej zagrożone przeniesieniem produkcji poza UE otrzymają pełne bezpłatne przydziały. Dzięki temu już za rok emisje z sektorów objętych systemem mają być o 21 proc. niższe niż w 2005 r. 

A może to gra spekulantów?

Chociaż wydaje się, że wzrost cen uprawnień emisji CO2 ma swoje przełożenie przynajmniej na polityczne deklaracje, to jednak nie dla wszystkich do końca jest jasne, dlaczego bity jest pod tym względem rekord za rekordem. Nie brakuje też takich, którzy widzą w tym wszystkim jedną, wielką spekulację, albo kilka mniejszych.

Na rynku handlu uprawnieniami do emisji działają różne firmy. Mogą uprawnienia kupować, zgromadzić, podnosić cenę i potem sprzedawać. To typowa spekulacja. Ona już nieco się uspokoiła, ale nie zniknęła

– mówi serwisowi BiznesAlert.pl prof. Władysław Mielczarski z Instytutu Elektroenergetyki Politechniki Łódzkiej.

Ekspert ocenia, że zadziałały „złe mechanizmy” samego handlu emisjami, a wina leży także po stronie organów unijnych, które wykazały się biernością. Podkreśla, że Komisja Europejska wprawdzie nie może ręcznie powstrzymać wzrostu cen, ale może wszcząć śledztwo w tej sprawie. Dodaje, że spekulantów może powstrzymać nawet samo zainteresowanie brukselskich urzędników.

Milczarski uważa, że za wzrost cen energii odpowiadają również nasze firmy energetyczne, gównie elektrownie, które także zaczęły spekulować. „Cena pozwoleń wzrosła o 5 euro, to my cenę energii podniesiemy o 10 euro” – pisze ekspert.

Minister energii się pomylił

Przy okazji osiągnięcia przez ceny do uprawnień emisji CO2 poziomu blisko 30 euro za tonę swoje poglądy w tym zakresie musi zweryfikować szef resort energii. Wszak jeszcze w październiku 2018 r. przekonywał, że owe ceny nie urosną więcej niż 20 euro za tonę.

Wejście powyżej 20 euro może być dużym kłopotem gospodarczym w całej Europie — twierdził z przekonaniem minister energii Krzysztof Tchórzewski.