Rekompensaty za ceny prądu. Przepisy niby są, ale utknęły w Ministerstwie Klimatu

Wicepremier i szef resortu aktywów państwowych Jacek Sasin zapewnia, że przepisy rekompensujące coraz wyższe ceny za prąd są przygotowane. Słyszymy to już od pół roku. Nie wiadomo zresztą, czy rekompensaty w ogóle się pojawią, bo rząd nie ma pieniędzy na dopłacanie do rachunków.

Jacek Sasin, ten sam, który do tej pory przy każdej nadarzającej się okazji obiecywał, że nikt nad Wisłą wyższych rachunków za prąd nie będzie płacił – dzięki rządowym rekompensatom – zaczyna sugerować, że może stać się zupełnie inaczej.

Bizblog.pl poleca

Bezpiecznie przekazuje, że ostateczna decyzja nie należy do kierowanego przez niego Ministerstwa Aktywów Państwowych (wtedy byłaby już dawno podjęta), a do całego rządu. Jednocześnie wskazuje, że obecnie on i jego współpracownicy nie mają żadnego wpływu na przygotowane rozwiązania. 

Dzisiaj Ministerstwo Klimatu jest dysponentem tego projektu

– przekonuje wicepremier Sasin.

Rekompensaty? Recesja, głupcze

Skąd ta nagła zmiana tonu i zdecydowanie bardziej asekuracyjna postawa szefa aktywów państwowych względem rządowych rekompensat za ceny prądu? Przecież jeszcze przed wyborami prezydenckimi Jacek Sasin bił się w pierś i zastrzegał, że wszystkim Polakom gwarantuje dotychczasowy poziom rachunków. I już pal licho, że od początku roku energia w Polsce jest jednak droższa – o jakieś 12 proc. Gorzej, że teraz Sasin wycofuje się ze swoich słów, efektem czego za chwilę możemy mieć nad Wisłą energetyczny armagedon. 

Jednocześnie wicepremier w rozmowie z RMF FM twierdzi, że nie odpowiada za wszystkie sprawy w rządzie. I że w ekipie Mateusza Morawieckiego są różne zdania na temat tych rekompensat. A jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. I tutaj prawdopodobnie jest tak samo.

Rząd po prostu w końcu policzył, ile stracił na lockdownie wywołanym pandemią COVID-19, przeanalizował, ile jeszcze straci i wyszło, że na te zapowiadane rekompensaty zwyczajnie może zabraknąć pieniędzy. Zwłaszcza że tym razem w tym celu trzeba byłoby sięgnąć po większe środki.

Granica 30 euro za tonę CO2 za chwilę pęknie

Najwyraźniej pandemia koronawirusa nieco przyhamowała europejski system handlu emisjami. W ostatnich miesiącach pojawiały się nawet głosy, by w czasie kryzysu gospodarczego wywołanego zagrożeniem epidemicznym, ów system zawiesić albo całkowicie z niego zrezygnować. Nic takiego jednak nie miało miejsca. A teraz, na dokładkę, okazuje się, że Bruksela zaczyna podejmować swoje instrumenty, dzięki którym Nowy Zielony Ład ma zaprowadzić całą Unię Europejską do neutralności klimatycznej w 2050 r.

Pod koniec sierpnia za emisję tony CO2 trzeba było płacić już blisko 30 euro. Na tym jednak nie koniec. Ceny uprawnień do emisji mają systematycznie rosnąć, zmuszając tym samym poszczególne gospodarki krajowe do podjęcia energetycznych zmian. W 2025 r. mają osiągnąć poziom 34 euro za tonę CO2, a pięć lat później już 52 euro. Jeżeli Komisja Europejska zdecyduje się jednak an większą redukcję emisji – na poziomie 55 proc. – to już w 2025 r. emisja tony dwutlenku węgla kosztować będzie 41 euro, a w 2030 r. – 76 euro.

Ceny prądu w Polsce ciągnie w górę węgiel

W Polsce parę lat temu drastycznie zaczęły rosnąć ceny za prąd, bo mamy go głównie z węgla. Sytuacja skomplikowała się, gdy ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla wzrosły z około 5 do 25 euro. Polskie spółki energetyczne mogły na to odpowiedzieć tylko w jeden sposób: wyższymi rachunkami za prąd.

Rząd od początku przyjął taktykę zawracania Wisły kijem. I zaczął walczyć ze skutkami, a nie przyczynami takiego zjawiska. Parasolem ochronnym dla polskich kieszeni były rządowe rekompensaty za zbyt drogi prąd z węgla. I tak Polacy mieli suchą stopą omijać europejski system handlu emisjami. Teraz wychodzi na to, że być może już tak dalej nie będzie.