Niemcy rezygnują z węgla i atomu. Polacy za to zapłacą

Już za trzy lata Niemcy mają zamknąć wszystkie elektrownie atomowe, ale poważniejsze konsekwencje będzie miała ich późniejsza rezygnacja z węgla. To nie tylko stwarza ryzyko zwiększenia wpływów Rosji, ale także oznacza wyższe ceny prądu nad Wisłą.

Prawdopodobny jest powrót Polski do roli eksportera energii netto do Niemiec. Będzie to dobra wiadomość dla spółek energetycznych, gorsza dla odbiorców – ceny energii w Polsce wzrosną

– mówi Biztok.pl Aleksander Śniegocki, kierownik projektu energia i klimat w think tanku WiseEuropa.

Angel Merkel zareagowała na niedawny odpływ wyborców do Zielonych w wyborach europejskich zapowiedzią mocniejszego skrętu w stronę zielonej energii. Nie wiadomo na razie, jakie „przełomowe” decyzje mają zapaść jesienią, ponieważ na razie powstają dwie rządowe ekspertyzy na temat polityki klimatycznej.

Rewolucja energetyczna za Odrą w najlepsze trwa już jednak od dłuższego czasu. Już w 2022 roku ostatecznie wygaszone mają zostać wszystkie reaktory atomowe. Taką decyzję kanclerz Niemiec podjęła po katastrofie w japońskiej elektrowni jądrowej w Fukushimie w 2011 roku.

Zobacz także:

313 miejscowości przestało istnieć

Zbliżający się szybkimi krokami koniec niemieckiej energetyki jądrowej wzbudza nad Renem coraz większe napięcia. Przedstawiciele biznesu oraz eksperci coraz głośniej wzywają rząd federalny do przełożenia tej decyzji. Niedawno taki apel do kanclerz Merkel skierowali między innymi szefowie Volkswagena i Continentala.

Niemcy są wprawdzie prymusem, jeśli chodzi o udział energii odnawialnej w miksie energetycznym, ale na węgiel wciąż przypada około jedna trzecia produkcji prądu.

Mało tego, Niemcy są największym na świecie producentem węgla brunatnego, który jest nie tylko wyjątkowo mało ekologicznym paliwem, ale także jego wydobycie wiąże się z ogromną ingerencją w krajobraz. Szacuje się, że górnictwo odkrywkowe przeorało już 1,8 tys. kilometrów kwadratowych Niemiec i dosłownie zmiotło z powierzchni ziemi 313 miejscowości.

Krytycy szybkiego odejścia od atomu wskazują, że to właśnie węgiel w największym stopniu zastąpi jego obecny 13 proc. udział w rynku. Rozwój zielonej energii aż tak szybki w Niemczech nie jest.

Przyspieszone odejście od atomu może opóźni plany porzucenia węgla, ale także i to paliwo ma całkowicie zniknąć z menu energetycznego Niemiec. Niedawno specjalna rządowa komisja oceniła, że musi to nastąpić najpóźniej do 2038 roku, a już za 10 lat moc węglowych elektrowni ma być zmniejszona o połowę.

Ostatnia kopalnia zamknięta

Symbolem odejścia Niemiec od węgla było niedawne zamknięcie ostatniej czynnej kopalni węgla kamiennego. Produkcja w działającym od 1863 roku zakładzie Prosper-Haniel w Zagłębiu Ruhry została wygaszona z końcem 2018 roku.

Wydobycie węgla kamiennego w Niemczech było oczywiście skrajnie nieopłacalne. Sama kopalnia Prosper-Haniel wymagała miliarda euro rocznie z rządowej kasy, by móc funkcjonować. Według Bloomberga przez ostatnie dwie dekady Niemcy utopiły w tej branży 40 mld euro.

Energetyka jest jednak bardzo specyficzną gałęzią gospodarki, w której czysto biznesowe kryteria czasem muszą ustąpić priorytetom politycznym. Tak jest szczególnie w naszym położeniu geopolitycznym, gdzie Rosja używa swoich surowców energetycznych jako podstawowego narzędzia nacisku na inne kraje.

Po zamknięciu ostatniej kopalni węgla kamiennego w Niemczech całe zapotrzebowanie na ten surowiec będzie zaspokajane przez import, oczywiście głównie z Rosji. O skali tego importu może świadczyć fakt, że już w 2017 roku Niemcy z Rosji sprowadziły prawie 20 mln ton węgla.

Można się spodziewać, że po likwidacji atomu Niemcy w jeszcze większym stopniu będą posiłkować się gazem z Rosji, wykorzystując do tego obie nitki gazociągu Nord Stream. Czy to musi oznaczać uzależnienie Niemiec od Rosji?

Polska eksporterem netto

„Zmiany w miksie energetycznym Niemiec będą prowadziły do znaczącego wzrostu zapotrzebowania energetyki na gaz w przyszłej dekadzie. Jednocześnie Niemcy dążą do wzmocnienia swojej pozycji na europejskim rynku gazu, czemu ma służyć m.in. projekt Nord Stream 2. Trudno jednak mówić o całkowitym uzależnieniu energetycznym Berlina od Moskwy” – wyjaśnia Aleksander Śniegocki z WiseEuropa.

Jak to argumentuje? „Po pierwsze, nie jest wcale pewne, że dojdzie do istotnego wzrostu całkowitego popytu na gaz w Niemczech – tutaj wiele będzie zależało od powodzenia działań na rzecz poprawy efektywności energetycznej oraz wycofywania paliw kopalnych poza energetyką, szczególnie w ogrzewaniu budynków. Po drugie, Niemcy będą mogły również liczyć na import gazu z innych kierunków, czemu służyć ma m.in. projekt budowy pierwszego niemieckiego gazoportu” – tłumaczy ekspert.

Zmiany za Odrą będą miały duże znaczenie dla realiów energetycznych Polski. Według Aleksandra Śniegockiego w kolejnej dekadzie Polska w dużym stopniu straci możliwość importowania taniej energii elektrycznej z Niemiec, a nawet stanie się eksporterem energii netto do Niemiec.

„Będzie to dobra wiadomość dla spółek energetycznych, gorsza dla odbiorców – ceny energii w Polsce wzrosną” – zwraca uwagę ekspert. Śniegocki uspokaja, że będzie to jednak zjawisko przejściowe, które zaniknie do lat 30. wraz z dalszą rozbudową instalacji OZE w Niemczech oraz wzrostem cen uprawnień do emisji CO2, który pogorszy konkurencyjność polskich elektrowni węglowych.

Rewolucja energetyczna nie musi pociągać za sobą negatywnych konsekwencji, o ile jest robiona z głową.

Aleksander Śniegocki wskazuje przykład Wielkiej Brytanii, która wprawdzie także postawiła na rozbudowę źródeł odnawialnych, jednak nie wygasza elektrowni jądrowych. Dzięki temu będzie mogła całkowicie odejść od węgla już za kilka lat, w połowie kolejnej dekady.