Polacy, lepiej łapcie się za kieszeń. Ceny emisji CO2 wybiją nam finansowe zęby

W tym roku ceny emisji CO2 w europejskim systemie handlu ETS zachowują się niczym legendarny skoczek o tyczce Siergiej Bubka, który aż 17 razy pobijał rekord świata. Tyle że tutaj nikt w Polsce braw z tego powodu nie bije, a raczej coraz bardziej nerwowo liczy pieniądze.

Jeszcze 18 stycznia 2021 r. za wyemitowanie tony dwutlenku węgla w systemie EU ETS trzeba było zapłacić 31,61 euro. W porównaniu z sytuacją sprzed dwóch-trzech lat całkiem niemało. Ale też nie na tyle dużo, żeby od razu bić na alarm i w tak uzależnionych gospodarkach od węgla, jak polska szykować się na astronomiczne podwyżki cen energii.

Tylko że od tego czasu sytuacja zmienia się dynamicznie i bardzo wyraźnie widać trend wzrostowy, jeżeli chodzi o ceny emisji CO2. Dzisiaj padł kolejny rekord – ponad 44 euro. Biorąc pod uwagę zaś kolejne przyspieszenia w kierunku Zielonego Ładu UE, lepiej jakby rząd premiera Mateusza Morawieckiego szybko pogodził się z wcześniejszymi analizami Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami. Te wszak wskazują, że jeszcze w tym roku cena emisji dwutlenku węgla może osiągnąć pułap 50 euro.

Ceny emisji CO2 – trwa rekordowy marsz w górę

Tylko w 2021 r. cena emisji CO2 wzrosła o ponad 32 proc. Porównując tę obecną do najniższej w historii (17 kwietnia 2013 r.), mówimy już o 16-krotnym wzroście. W grudniu 2020 r. udało się pobić rekord z czerwca 2008 r. i przebić magiczną barierę 30 euro. Dzisiaj nie ma ani po niej śladu, ani po tej na poziomie 40 euro. Analizy z kolei wskazują, że granica 50 euro też wcale nie jest bezpieczna. Bloomberg przekonuje, że dzieje się tak, bo giełdowi spekulanci koncentrują się na bardziej rygorystycznej polityce w celu osiągnięcia celów redukcji emisji. Chociaż ostatni spór na linii Rada Europejska a Parlament Europejski o nowy cel klimatyczny pokazuje, że o konsensus w tej sprawie wcale może nie być tak łatwo.

Tylko czy to faktycznie stanie na przeszkodzie wyższym cenom emisji? Komisja wysokiego szczebla Stiglitza i Sterna ds. cen węgla już wcześniej przecież stwierdziła, że w 2020 r. cena emisji CO2 powinna osiągnąć przedział 40-80 dol., a w 2030 r. – 50-100 dol. Niewiele od tych prognoz różni się przywoływana już tutaj analiza Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami. Tamte wyliczenia mówią, że cena 50 euro za tonę dwutlenku węgla może nastać już w III lub IV kwartale 2021 r. Maksymalna zaś wartość w 2030 r. to nawet 72 euro.

ETS z metanem i progiem cenowym

Do tego wszystkiego dochodzą coraz głośniejsze sygnały o zmianach, jakie miałyby nastąpić w europejskim systemie handlu emisjami ETS. Obejmuje on ok. 40 proc. całkowitych emisji w UE. Pozostałe 60 proc., w tym emisje pochodzące z transportu, budynków i rolnictwa, nie podlegają obecnie ustalaniu cen emisji, a tylko minimalnym stawkom podatków energetycznych w całej UE (dyrektywa w sprawie opodatkowania energii). Bruksela jest coraz bliżej, żeby zmienić ten stan rzeczy. Jednym z elementów rozszerzania ETS byłoby też włącznie do systemu także emisji metanu. 

Coraz częściej mówi się też o wprowadzeniu dolnego progu cenowego dla emisji CO2, poniżej którego handel nie byłby dozwolony. Takie mechanizmy już zresztą funkcjonują. Np. w Wielkiej Brytanii od 2013 r. obowiązuje Carbon Price Floor (CPF). Ze względu na niekorzystną sytuację konkurencyjną przedsiębiorstw i konieczność zmniejszenia rachunków za energię końcową – w 2016 r. zawieszono CPF na poziomie 18 funtów. O podobnym mechanizmie myślano też w Holandii. Chodzi o dolną granicę ceny emisji CO2 dla instalacji przemysłowych. 

Nie brakuje też głosów, że dolny próg cenowy dla cen emisji CO2 mógłby stać się skutecznym zabezpieczeniem przed dalszym spadkiem cen paliw kopalnych. Takie rozwiązanie miałoby zapewnić większą przejrzystość systemu ETS i sprzyjałby inwestycjom niskoemisyjnym.

Polską gospodarkę czeka upadek?

Wydaje się więc bezsporne, że w kolejnych latach cena emisji dwutlenku węgla będzie tylko rosła. Do rozstrzygnięcia pozostaje jedynie to, jak szybko będzie to następować. To zaś dla polskiej gospodarki w blisko 70 proc. uzależnionej od węgla (jeszcze w 2020 r. to było ponad 73 proc.) oznacza spore kłopoty. Odczuje je też każdy z nas zdecydowanie wyższymi rachunkami za prąd. Już w tamtym roku szef górniczej Solidarności Bogusław Hutek przestrzegał, że jeżeli dojdzie do podniesienia nowego celu klimatycznego z redukcji emisji na poziomie 40 do 50 proc., to blisko co piątą polską elektrownię i kopalnię czeka upadek. 

Przy limicie na poziomie 60 proc. nie mamy w ogóle o czym mówić

– twierdzi Hutek.

Tymczasem cel klimatyczny do 2030 r. na poziomie 55 proc. jest już przesądzony. Eurodeputowani chcą nawet wyżej powiesić poprzeczkę i przegłosowali 60 proc. redukcję. Na to jednak nie do końca chcą zgodzić się szefowie poszczególnych państw członkowskich. Trwają negocjacje.

Rząd prosi Komisję Europejską o sprawdzenie spekulacji

Przedstawiciele Zjednoczonej Prawicy nie od dzisiaj wypowiadają się o unijnym systemie ETS tylko źle. Dla eurodeputowanej Anny Zalewskiej to nic innego jak „giełda, gdzie rządzącą tak naprawdę banki”. Z kolei były wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski wprost mówił, że bez zdecydowanych działań ze strony polskiego rządu ETS może spowodować, że za 3-4 lata polskie zakłady energetyczne zaczną po prostu bankrutować. 

Unijny system handlu emisjami jest unijnym parapodatkiem. To nic innego jak spekulacyjny i niebezpieczny mechanizm, który opodatkowuje energię elektryczną i ciepło wytwarzane z węgla

– tak z kolei ETS określa Janusz Kowalski, były wiceminister aktywów państwowych.

Nic więc dziwnego, że po ostatnich podwyżkach cen emisji CO2 w polskim rządzie zapaliła się czerwona lampka. Padły posądzenia o spekulacje. Dlatego Ministerstwo Klimatu i Środowiska poprosiło Komisję Europejską o pilne zbadanie tej sprawy. „Spadek zapotrzebowania na energię spowodowany wybuchem COVID-19 sugeruje, że zapotrzebowanie na uprawnienia powinny również ulec zmniejszeniu” – czytamy w liście.

Michał Kurtyka, szef resortu klimatu i środowiska jednocześnie podkreśla, że „zbyt wysokie ceny uprawnień na tym etapie mogą wywołać szereg negatywnych skutków m.in. ograniczenia utraty płynności wielu firm, co stawia pod znakiem zapytania ich wiarygodność finansową”. W podobnym tonie swój apel do KE skonstruowała również Polska Grupa Energetyczna. W ich stanowisku też padają argumenty o niekontrolowanym wygaszaniu bloków energetycznych i o utracie bezpieczeństwa dostaw energii.