Awantura na Bliskim Wschodzie wywinduje cenę ropy i da się najeść polskiej inflacji?

To było do przewidzenia: po zabójczym ataku na irańskiego generała cena ropy wystrzeliła. Wróciła już nawet do poziomu z września 2019 r., gdy doszło do potężnego ataku na rafinerie w Arabii Saudyjskiej. Analitycy ostrzegają, że sytuacja jest na tyle dynamiczna, że tak naprawdę możliwy jest każdy scenariusz.

Ostatni raz co najmniej 70 dolarów za baryłkę ropy trzeba było płacić tuż po wakacjach, kiedy drony (wystrzelone znad granicy między Irakiem a Iranem) zaatakowały dwa ośrodki wydobywcze w Arabii Saudyjskiej w Bukajk i Churais

Saudom udało się jednak, wbrew wcześniejszym dosyć powszechnym analizom, szybko powrócić do wcześniejszych poziomów produkcji i panikę na paliwowym rynku mogli tym samym dosyć szybko zdusić w samym zarodku. 

Teraz może być jednak zupełnie inaczej. Po udanej misji amerykańskich wojsk i zabiciu generała Kasema Sulejmaniego początkowo ceny ropy poszły w górę o 4 proc. Kolejne dni zamiast jednak uspokojenia sytuacji przyniosły jej kolejną eskalację. W efekcie paliwo jest już w sumie droższe na światowych rynkach o ok. 7 proc., a za baryłkę trzeba już zapłacić nie mniej niż 70 dolarów. Za chwilę wszyscy możemy to odczuć we własnych kieszeniach.

Cena ropy wyżej nie podskoczy, bo rośnie produkcja?

Chociaż dzisiaj nie brakuje ekspertów, którzy przekonują (i mogą mieć rację), że za chwilę baryłka ropy może być warta przynajmniej 80 dolarów (warto pamiętać, że w 2011 r., za czasów „arabskiej wiosny”, jedna baryłka kosztowała ponad 118 dol.), to jednak donioślejszy wydaje się głos wskazujący, że sufitu na wysokości 70 dol. za bardzo nie da się przebić.

Tak przynajmniej przekonują analitycy z Goldman Sachs i UBS. Uważają, że w tym roku rynek ropy będzie charakteryzować nadpodaż. I chociaż eskalacja konfliktu na linii USA – Iran już tradycyjnie determinuje cenę ropy, to wszystko powinna zbilansować wyższa jej produkcja – głównie w Stanach Zjednoczonych i Norwegii. Dlatego przekonują, że obecne wzrosty są krótkotrwałe, a cena za baryłkę w ciągu kilku dni powinna spaść w okolice 65 dol. 

Paul Donovan, główny ekonomista UBS Global Wealth Management, twierdzi, że wahnięcia ceną ropy po ataku amerykańskich sił wojskowych na irańskiego generała są „raczej reakcją z lat 70.”, która „być może nie jest odpowiednia na rok 2020”.

To też pretekst dla polskiej inflacji

Trzeba jednak przyznać, że z przewidywaniem ceny ropy w najbliższych miesiącach sprawa jest równie trudna co z kreśleniem przyszłych relacji na linii Waszyngton – Teheran. Chociaż nikt za bardzo nie chce prowokować losu i bić w najostrzejsze tony – to jednak dzisiaj pod rozwagę brany jest każdy scenariusz, w tym bodaj ten najbardziej kontrowersyjny, czyli irańska blokada tak istotnej dla światowego handlu ropą cieśniny Ormuz. 

Na razie na polskich stacjach paliw trudno wypatrywać coraz gorętszej atmosfery na Bliskim Wschodzie. To się zmieni, o ile obecne wzrosty utrzymywałyby się przez co najmniej kilkanaście dni i więcej. Taki zaś scenariusz mógłby stać się też znaczącym determinantem inflacji nad Wisłą. Ta, zdaniem GUS, powinna w 2020 r. jednak stopniowo spadać – do poziomu ok. 2,5 proc. na koniec roku. 

Nie brakuje jednak takich ekonomistów, którzy wyliczają, że tegoroczny wzrost cen za towary i usługi może być nieco wyższy. A to za sprawą droższych opłat za śmieci, wzrostu akcyzy na alkohol i papierosy, czy wyższych także cen energii. Swoje dołożyć mają też coraz większe koszty pracy. A teraz, na domiar złego, do tego wszystkiego możliwe, że dołączy ropa.

Ropa nam nie groźna jak poprawimy nastroje

Urszula Cieślak z BM Reflex w rozmowie z Bizblog.pl już przy okazji wrześniowego ataku na saudyjskie rafinerie przekonywała, że ów incydent będzie miał „negatywny wpływ na nasz krajowy rynek paliw”. I nie inaczej ma być teraz. Niewiadoma jest jedynie skala podwyżek ropy, co z kolei uzależnione jest w głównej mierze od dalszej eskalacji konfliktu między Stanami Zjednoczonymi i Iranem. 

Ale zdaniem Eryka Łona, członka Rady Polityki Pieniężnej, nawet takie czynniki nie muszą oznaczać tym samym w Polsce wzrostu cen towarów i usług. Zwraca uwagę, że już teraz inflacja trochę spadła i znajduje się już w bezpośredniej bliskości celu inflacyjnego – ustalonego przez RPP na poziomie 2,5 proc. Przekonuje jednocześnie, że obecnie musimy się w Polsce głównie koncentrować na nastrojach konsumenckich oraz wskaźniku PMI w przemyśle. 

Jeśliby okazało się, że wskaźnik PMI w przemyśle wzrósłby powyżej 50 pkt., a nastroje konsumenckie powróciłyby do trendu wzrostowego, to gotów jestem zrezygnować ze składania wniosków o obniżkę stóp procentowych – stwierdził Eryk Łon w rozmowie z PAP Biznes.