Z bazaru na Grzybowskiej do ubierania Keanu Reevesa. Historia CD Projekt RED

CD Projekt RED to polskie dobro narodowe. Skąd wzięli się twórcy serii o Wiedźminie i Cyberpunka 2077?

Fot. Youtube

Jedna z najbardziej znanych polskich firm powstała w czasach transformacji.

CD Projekt zaczął się na warszawskiej giełdzie oprogramowania.

W czasach kiedy w Polsce nie słyszano jeszcze o prawach autorskich w centrum stolicy wyrósł bazar nowych technologii. Nowe były one niestety tylko z nazwy, bo do Warszawy sprowadzano gry i sprzęt, które na Zachodzie zdążyły już zdobyć popularność. Dla kraju wychodzącego z komuny był to jednak oddech świeżości i spojrzenie w przyszłość, które jednym dostarczało rozrywkę niedostępną w PRL-u, a drugim możliwość dobrego zarobku.

Wśród prywaciarzy na Grzybowskiej znaleźli się Marcin Iwiński i Michał Kiciński – koledzy z licealnej ławki. Pierwszy dbał o kontakty zagraniczne i zajmował się ściąganiem gier z zagranicy, a drugi zajmował się sprzedażą.

Michała spotkałem w ławce szkolnej w liceum. Wszedłem do klasy, było wolne miejsce, więc usiadłem. Po zakończeniu liceum mieliśmy wspólne nieobecności z powodu urywania się, żeby pograć w gry. Zdecydowaliśmy się na założenie firmy. To był przełomowy moment, bo wtedy wchodziły pierwsze gry na nośnikach CD. Sprowadzaliśmy po kilka sztuk, sprzedawaliśmy to na giełdzie

wspomina Marcin Iwiński, wiceprezes i współzałożyciel CD Projektu.

W 1994 roku weszła w życie ustawa o prawie autorskim.

Nie można było sprzedawać już piraconych gier i użytków. Policja robiła naloty na giełdy, a dealerzy zostali wyjęci spod prawa.

Iwiński i Kiciński zmienili profil działalności. W 1994 r. założyli CDP.pl, która importowała oprogramowanie z Zachodu. Wszystko w 100 proc. legalnie. Zaczęło się od gier American Laser Games, producenta interaktywnych filmów, w których strzelaliśmy do wrogów na ekranie za pomocą laserowego pistoletu.

Później Polacy stali się dystrybutorami Acclaim, Blue Byte, Interplay czy tak znanego dziś Blizzarda.

Polski rynek growy zaczyna się rodzić.

W 1996 roku w Warszawie zorganizowano targi gier komputerowych. Nazwy użyczył im kultowy magazyn – Gambler:

Jedną z firm wystawiających się na kolejnych edycjach Gambleriady było właśnie CD Projekt. Iwiński i Kiciński wprowadzali bowiem na rynek zupełną nowość – importowane tytuły w polskich pudełkach i z polskimi instrukcjami. Tak, gry kiedyś sprzedawano w papierowych pudełkach, a nie pobierano ze Steama.

Gry po polsku – Baldur’s Gate.

Wrota Baldura okazały się punktem zwrotnym w rozwoju CD Projektu. Po raz pierwszy nad Wisłą dystrybutor zdecydował się na pełną lokalizację gry komputerowej. Przetłumaczono więc nie tylko wszystkie napisy, ale również od zera nagrano ścieżkę dźwiękową z plejadą polskich aktorów: Krzysztofem Kowalewskim, Piotrem Fronczewskim, Wiktorem Zborowskim, Marianem Opanią i Janem Kobuszewskim.

Pierwszego dnia sprzedano 18 tysięcy sztuk. W sumie ponad 150 tys. kopii.

Lokalizacja Baldur’s Gate okazała się ogromnym sukcesem na rynku zjadanym przez piractwo. Zyski pozwoliły CD Projektowi na rozszerzenie skali działalności. W portfolio pojawiali się kolejni producenci, tacy jak Disney czy Microsoft, ale Polacy planowali wejście na zupełnie nowy rynek.

Iwiński i Kiciński pozyskali silnik graficzny od Bioware (Aurora) i prawa do zrealizowania gry komputerowej na motywach Wiedźmina od Andrzeja Sapkowskiego (który wolał przelew z góry…).

Grę o Geralcie zrealizować miało nowo-powstałe studio CD Projekt RED.

W produkcję zaangażowano ponad 100 osób, które przy budżecie 20 mln zł pracowały nad Wiedźminem 4 lata. Do najbardziej znanych należą Tomasz Bagiński (twórca świetnego intro), Przemysław Truściński (autor komiksów) i Vader, zespół heavy metalowy.

Gra trafiła na półki pod koniec 2007 roku i okazała się hitem.

Oczywiście jak na miarę debiutującego studia. Średnie oceny oscylowały w okolicach 80 proc. a sprzedaż dobiła do dwóch milionów egzemplarzy, dając nadzieję na kontynuację.

Zanim jednak na półkach pojawił się Zabójca Królów do sieci zawitał sklep – Good Old Games, czyli w skrócie: GOG. W odróżnieniu od Steama, nie sprzedawał premierowych hitów, ale dostosowane do nowych komputerów klasyki. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę, choć teraz na GOG-u znaleźć możemy również najnowsze tytuły, to fani nostalgicznych podróży w przeszłość mają czego szukać na polskiej platformie.

Pora na drugiego Wiedźmina.

Produkcja kontynuacji przygód Geralta zbiegła się niestety ze światowym kryzysem finansowym, który sprawił, że Polski developer dostał zadyszki. Musiał znacznie zmniejszyć zatrudnienie (z 300 do 150 osób) i sprzedać oddziały na Węgrzech i w Czechach.

Oddechem okazało się połączenie z Optimusem i wejście na warszawski parkiet, którego CD Projekt jest dziś gwiazdą. Produkcję drugiego Wiedźmina udało się ukończyć mimo opóźnień, ale konwersja pierwszej części na konsole została na zawsze pogrzebana.

Zabójca Królów podniósł poprzeczkę ze średnią ocen na poziomie 88 proc.

Z firmy odchodzi Michał Kiciński.

W 2012 roku z CD Projektem pożegnał się jego największy udziałowiec. Dziś Kiciński pozostaje inwestorem, ale już nie angażuje się bezpośrednio w działania firmy. Bardziej zajmuje go tematyka rozwoju osobistego.

Choć drogi współzałożycieli już się rozeszły, to nie wpłynęło to negatywnie na jakość dowożonych produktów. Wręcz przeciwnie.

Wkrótce zapowiedziano Cyberpunk 2077.

Gra do dziś pozostaje w produkcji, choć wczoraj zyskała datę premiery.

Wiedźmin 3 okazał się ogromnym hitem.

Trzecia część przygód Geralta wyniosła CD Projekt do pierwszej ligi twórców gier i grona jednej z najbardziej znanych polskich firm na całym świecie.

W beczce miodu związanej z zachwytami całego świata na Cyberpunkiem i wzdychaniem do Dzikiego Gonu można jednak znaleźć łyżkę dziegciu. CD Projektowi nie do końca wyszła karcianka, Gwint – nie stała się ona e-sportowym klasykiem i nie zbudowała wystarczająco dużego środowiska graczy. Firma stała się również obiektem krytyki pod kątem warunków pracy – nadgodzin czy złej atmosfery. GOG-owi zaś wciąż daleko do największych platform cyfrowej dystrybucji.

Nie zmienia to jednak faktu, że Polacy właśnie teraz są na fali, a przyszłość może należeć do RED-ów, którzy cieszą się uznaniem fanów. Jeszcze nigdy ich nie zawiedli.