Czy już każdy bunt przedsiębiorców musi zdegenerować się w ruch antycovidowo-antyszczepionkowy?

Zaczyna się od postulatów wolnościowych, wolnorynkowych czy legalistycznych, a kończy się na wykrzykiwaniu spiskowych teorii o zaplanowanej przez jakieś tajemne siły akcji niszczenia Polaków fałszywą pandemią i śmiercionośnymi szczepionkami. Wiosenny „strajk przedsiębiorców” szybko okazał się kolejną mutacją zbieraniny antyszczepionkowców i antycovidowców, a szef nowo narodzonego ruchu „Góralskie Veto” już zdążył popłynąć w tę stronę.

Fot. Radosław Botev/Wikimedia (CC BY-SA 4.0)

Przyznajmy na wstępie: powodów do wściekłości przedsiębiorcy mają co niemiara – polityka rządu próbującego balansować między skuteczną walką z koronawirusem a ratowaniem gospodarki i zapewnieniem obywatelom jakiejś namiastki normalności jest często chaotyczna, niespójna, niesprawiedliwa i łamiąca podstawowe reguły stanowienia i egzekwowania prawa.

Bizblog.pl poleca

To zastrzeżenie jest dla naszych czytelników zbędne, bo wielokrotnie w Bizblogu krytykowaliśmy rząd za fatalną politykę wobec biznesu. Ogólne wrażenie jest takie, że rząd w pewnych sferach życia z premedytacją dokręca śrubę za mocno, jakby kalkulował, że ludzie i tak będą obostrzenia do pewnego stopnia ignorować, więc w ten sposób osiągnie pożądany efekt.

Niestety przykładem takiego nadmiernego rygoryzmu w walce z koronawirusem jest zamknięcie stoków narciarskich i całej bazy noclegowej. Wszyscy widzimy, że stoki, szlaki turystyczne i kurorty zimowe wcale nie opustoszały, bo – pomijając szarą strefę – tysiące Polaków wybrało turystykę jednodniową, saneczkowo-spacerową.

Może rząd to wkalkulował w swój zakaz, bo ludzi w górach i tak jest o wiele mniej niż zwykle o tej porze. Problem jest jednak taki, że ten rodzaj turystyki nie generuje dla lokalnej społeczności prawie żadnych dochodów – jednodniowi turyści zapłacą może za parking, za jakieś jedzenie na wynos czy zrobią drobne zakupy w sklepie, ale to kropla w morzu potrzeb lokalnego biznesu.

Wściekłość przedsiębiorców wynikającą z obostrzeń uniemożliwiających normalną działalność wzmaga rządowa polityka „tarczowa”, która w drugiej fali epidemii jest mocno spóźniona i wybiórcza. Wystarczy mieć „niewłaściwy” kod PKD, by pomimo rzeczywistego zamrożenia biznesu i dramatycznych strat finansowych nie załapać się na choćby symboliczną pomoc państwa.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że przedsiębiorcy się burzą, a następnie organizują w regularny ruch oporu. Najnowszym i najgłośniejszym ruchem jest inicjatywa Góralskie Veto, o której Agata pisze w swoim dzisiejszym tekście. Przedsiębiorcy z Podhala (i nie tylko), zachęceni głośnym wyrokiem sądu w sprawie fryzjera z Opola, postanowili masowo zbojkotować rządowe zakazy, argumentując, że i tak nie mają nic do stracenia.

Na czele Góralskiego Veta stanął niejaki Sebastian Pitoń, który z dnia na dzień stał się człowiekiem cytowanym przez agencje prasowe i zapraszanym na wywiady do mediów głównego nurtu. Niestety przywódca buntu Górali-przedsiębiorców oprócz racjonalnych argumentów już szafuje tezami, które są mocno utopione w teoriach spiskowych. Aż strach się bać, co będzie, gdy te myśli rozwinie jeszcze bardziej.

Podczas wtorkowej rozmowy w Radiu Zet Sebastian Pitoń jechał ostro i wręcz grubiańsko, nazywając wicepremiera Jarosława Gowina „płotką”, z którą nie ma o czym rozmawiać. Uznajmy to jednak za przywilej buntownika i zignorujmy, bo inne wypowiedzi Pitonia już nie zasługują na taką wyrozumiałość.

„Ja jestem człowiekiem bardzo racjonalnym. Nie mogę przyjąć narracji o pandemii. Fakty jej nie wytrzymują” – zaczął lider Góralskiego Veta, architekt z wykształcenia.

Uważam, że żadnej pandemii nie ma. Twierdzę na podstawię danych GUS o ilości zgonów i danych Ministerstwa Cyfryzacji. Sam chorowałem na koronawirusa. To lekka, przyjemna choroba

– wypalił Sebastian Pitoń.

Pitoń stwierdził, że w najgorszym okresie tylko ok. 3 proc. Polaków umierało ze zdiagnozowanym covidem. „Z czego przypuszczam, że znaczna część to były diagnozy lipne” – zaznaczył. „Gdyby przyjrzeć się suchym liczbom, to okaże się, że narracja o pandemii jest socjotechniczną operacją, która ma na celu zmydlenie nam oczu i przejście do kolejnej fazy, która zakończy się zmianami własnościowymi” – ocenił.

W tej sytuacji nie mogło oczywiście zabraknąć wątku spiskowego i sugestii, że za całą „fałszywą pandemią” stoją opłacani przez nieokreślone siły zła eksperci, a polski rząd jest jedynie wykonawcą jakichś odgórnych poleceń. Dowody? Bez żartów, to przecież dobrze zakamuflowany spisek, który przejrzeli tylko niektórzy.

Znam opinie wielu wirusologów, epidemiologów. Ci rządowi eksperci nie mają racjonalnych argumentów. Działają w złej wierze. Ktoś im płaci, są zależni i robią to, co im każą

– mówił Sebastian Pitoń.

Wystarczy. Można powiedzieć, że ręce opadają, gdy słyszymy takie brednie, ale chyba jednak bardziej budzą one wściekłość, że kolejny raz racjonalne argumenty przedsiębiorców degenerują się w funta kłaków warte spiskowe teorie, co odbiera powagę całemu ruchowi społecznemu. Drodzy przedsiębiorcy, z takimi liderami nie zdziałacie zbyt wiele.