Oni już też mają dość Polskiego Ładu. Morawiecki rozwścieczył pracowników szkół wyższych

Pracownicy uczelni piszą do premiera, domagając się wzrostu nakładów na szkolnictwo wyższe. Rektorzy mają dość obietnic bez pokrycia i wskazują, że podczas gdy Polacy się bogacą, wynagrodzenia profesorów i doktorów niemal stoją w miejscu. Doszło już do tego, że płaca minimalna niemal dogoniła zarobki asystentów.

O buncie budżetówki mówi się od lat. Rząd z zadowoleniem opowiadał o szybkim wzroście płac w gospodarce, podkreślał rosnące wydatki budżetowe, ale pracownicy zatrudnieni w instytucjach finansowanych ze Skarbu Państwa tych korzyści niemal nie odczuwali. W końcu doszło do przesilenia.

To kolejna grupa po lekarzach, nauczycielach, pracownikach ZUS czy KAS, która zaczęła głośno upominać się o podwyżki. Rektorzy zrzeszeni w Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) wystosowali list do premiera Morawieckiego. Domagają się w nim m.in. zwiększenie nakładów na szkolnictwo wyższe o 15 proc. w tym roku (ok. 3,4 mld zł) i o kolejne 15 proc. w przyszłym. Połowa z tych środków miałaby trafić na konta osób zatrudnionych na uczelniach wyższych w postaci podwyżek wynagrodzenia.

Na liście żądań jest również zwiększanie minimalnego wynagrodzenia profesora do wysokości 3-krotnej płacy minimalnej. Owe minimum krajowe zdaje się zresztą stać ością w gardle całemu środowisku.

Zarobki na uczelniach. Ta praca nie popłaca

Rektorzy podkreślają, że stosunek minimalnego wynagrodzenia do płacy zasadniczej profesora spadł od 2018 r. z 3,05 do 2,13. Po styczniowej podwyżce płacy minimalnej do 3100 zł brutto wynosi ona już 47 proc. wynagrodzenia polskiego profesora. Uczelnie mówią o pauperyzacji zawodu uczonego.

Podobnie sytuacja wygląda z pracownikami stojącymi niżej w uczelnianej hierarchii. Kwota 3100 zł stanowi równo 64 proc. zarobku adiunkta (4680 zł brutto) i jest niemal równa wypłacie asystenta, który miesięcznie może liczyć na 3205 zł brutto.

Bizblog.pl poleca

Powoduje to brak zainteresowania podjęciem pracy w szkołach wyższych przez najzdolniejszych i najbardziej kreatywnych absolwentów

– twierdzą autorzy listu

Drugim problemem, który podnoszą pracownicy uczelni, są zawirowania związane z Polskim Ładem. Możliwe zresztą, że to właśnie one okazały się tą słynną kroplą co przelewa czare goryczy.

KRASP pisze, że reforma uderzyła po kieszeniach ponad 24,6 tys. pracowników. Łącznie stracą oni rocznie ok. 80 mln zł. Z drugiej strony PŁ miał pozytywny wpływ na zarobki 28,6 tys. osób. Ich zyski sięgają jednak tylko 50 mln zł, co oznacza, że w ogólnym rozrachunku uczeni są 30 mln zł do tyłu.

Na podwyżki pensji ma pójść jednak tylko połowa dodatkowych środków. Budżety uczelni stają się bowiem coraz bardziej napięte także przez wydatki na prąd, wodę i podwyżki cen usług zewnętrznych.

Łączna wartość szacowanych zwiększonych kosztów funkcjonowania uczelni biorących udział w badaniu wynosi w 2022 roku ok. 1 035 mln zł (wartość dla 74 jednostek)

– tłumaczy premierowi KRASP

Coraz więcej Polaków na pensji minimalnej

Protesty środowiska uczelni wyższych pokazują przy okazji, że rosnąca w szybkim tempie płaca minimalna nie przekłada się na wyższe uposażenia pracowników, którzy zarabiają więcej.

Agata pisała, że pensje minimalną otrzymuje w Polsce już 2,2 mln pracowników. W ciągu roku – od końca 2020 r. do końca 2021 r. – przybyło nam na ustawowym minimum 637 tys. osób, a w ciągu dwóch lat pandemii przybyło ich w sumie 715 tys.

Dla setek tysięcy Polaków ten wzrost jest więc bez znaczenia. Ich zarobki stoją w miejscu. Ba, jak widać na przykładzie uczelni, podnoszenie płacy minimalnej może wręcz frustrować. Bo skoro asystent zarabia dzisiaj tyle, ile mógłby zarobić praktycznie w każdym innym miejscu, to właściwie dlaczego miałby pójść akurat w naukę, a nie zasiąść na kasie w sklepie?