Brakuje kasy na obsługę 500+. W ZUS bunt, w gminach żałoba, tysiące Polaków chcą wyjść na ulicę

W ZUS wrze, pracownicy chcą wyjść na ulicę. Czują się traktowani gorzej niż psy, mają niekończące się nadgodziny, a rząd dowala im jeszcze więcej zadań. Za chwilę po przejęciu obsługi 300+, dostaną 500+. Wtedy już w ZUS zatyrają się na śmierć, a w tym samym czasie kilka tysięcy pracowników opieki społecznej wyląduje na bruku. To jakieś szaleństwo. (fot.: Elżsbieta Krzysztof / Shutterstock.com).

Witajcie w Polsce! W kraju, w którym przecież wystarczy nie kraść, żeby na wszystko znalazły się pieniądze. Znalazły się kilka lat temu na świadczenie 500+ i to na każde dziecko (wcale tego programu nie krytykuję). Potem znalazły się jeszcze na 300+, czyli na wyprawkę raz w roku dla każdego dziecka uczącego się w szkole.

Ale nagle ups! Pieniędzy najwyraźniej brakuje, żeby te programy obsługiwać od strony administracyjnej. Ktoś przecież musi przyjmować wnioski, ktoś musi je weryfikować. Dotąd robiła to armia pracowników społecznych zatrudnionych przez samorządy, a pieniądze na ich pensje wykładał budżet centralny. 

Ale kilka tygodni temu Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wpadło na pomysł, że przecież zamiast utrzymywać etaty w MOPS-ach i GOPS-ach, może całą robotę zwalić na ZUS. Trochę im coś tam za to zapłacić, ale znacznie mniej niż teraz. MPRiPS szacuje, że może w ten sposób zaoszczędzić 3,1 mld zł w ciągu 10 lat. I tak obsługa 300+ już została przerzucona na ZUS.

Bizblog.pl poleca

Tylko z jednej strony pracownicy samorządowi, którzy do tej pory zajmowali się obsługą 500+ nie będą już potrzebni i mogą stracić pracę, a mowa o prawie 12 tys. ludzi. Według stanu na koniec 2019 r. zajmowało się tym dokładnie 11934 pracowników zatrudnionych głównie na umowie o pracę. Reprezentujące ich związki zawodowe do tej pory pisały listy do ministrów i premiera, ale że to nic nie daje, to można się spodziewać, że zaraz zobaczymy ich protestujących pod Sejmem i Kancelarią Premiera.

Z drugiej strony pracownicy ZUS dostaną kolejne zadanie, a przecież wielkość zatrudnienia się nie zwiększy, bo inaczej oszczędności pójdą w piach. Ci sami ludzie będą mieli więcej pracy. No i miarka zaraz się przebierze.

500+ też przejmie ZUS. Zakład potrzebuje niewolników

Jeśli ktoś przejmuje dodatkowe zadania bez rekompensaty, bez wsparcia merytorycznego, do kresu wytrzymałości, to jaka to jest praca? Niezadowolenie jest ogromne

– mówi szefowa Związku Zawodowego Pracowników ZUS Beata Wójcik.

I próbuje rozmawiać z zarządem, ale jednocześnie ostrzega: urzędnicy są gotowi wyjść na ulice. Bo nie chodzi tylko o przerzucenie na nich obsługi 300+ czy 500+. Chodzi też o obsługę tarcz antykryzysowych, w efekcie pracę w nadgodzinach non stop.

Przełożeni mówią, że jesteśmy zobowiązani do służby społeczeństwu, że najważniejszy jest klient. Ale to wszystko się odbywa kosztem naszych rodzin i zdrowia

– mówi Beata Wójcik, przewodnicząca ZZ Pracowników ZUS.

I podkreśla, że problemem jest nie tylko ilość pracy, ale też jej sposób.

Mogłoby się wydawać, że w ZUS pandemia wygasła i poszła w zapomnienie, gdyby nie widok pracowników, którzy mimo upałów siedzą w maseczkach bez możliwości wypicia jakiegokolwiek płynu. Nawet pies przewodnik ma miskę z wodą, a pracownik SOK [sala obsługi klienta] nie ma nawet takich praw

– dodaje.

W końcu coś tu wybuchnie

No i szykuje się poważny protest. Bo czas na pisemne apele do prezes ZUS i do rady nadzorczej już był. Tylko że spotkania związkowców z zarządem nic nie dały, a rada nadzorcza grzecznie podziękowała urzędnikom za ich pracę, ale nic więcej z tego nie wynikło.

Kierownictwo ZUS-u nie odpowiada na apele Centrali OPZZ. Ta w kwietniu przekazała prezes ZUS szczegółową informację na temat warunków pracy, nastrojów pracowników i ich oczekiwań. Ale to nic nie dało, nie ma konkretów, a nawet dialog, zdaniem związkowców, jest pozorowany.

Prezes Uścińska zdaje sobie sprawę z tego, że sytuacja jest poważna i przyznaje, że wie o tym, iż są osoby gotowe przyjechać na centralną manifestację do Warszawy.

Tylko co ona może? Raczej niewiele, bo to rząd zamierza zamrozić wynagrodzenia w budżetówce. A ponieważ inflacja nie zapowiada się na niższą niż 4-5 proc., wszyscy pracownicy opłacani przez budżetowe pieniądze realnie znów stracą. To jakieś 560 tys. nie tylko urzędników, ale i nauczycieli czy policjantów.

Zrzeszające ich największe związki zawodowe domagały się podwyżki wynagrodzeń o 12 proc. Rząd obiecuje 0 proc.

Warszawo, szykuj się!