Bogusław B. z kolejnym wyrokiem na koncie. W latach 90. były szef Art-B żył jak polski Pablo Escobar

Były szef Art.-B Bogusław B. został skazany przez warszawski Sąd Okręgowy na karę 6 lat pozbawienia wolności. Zarzut? Pranie brudnych pieniędzy. Polski wymiar sprawiedliwości dopisał w ten sposób być może ostatni akt historii przedsiębiorcy, który na początku lat 90. był kreowany na „cudowne dziecko polskiego biznesu”.

Bogusław B. z żoną. Fot. Wikipedia/Bialysnieg CC BY SA 3.0

Bogusław B. wraz z Maciejem W. obracali 2,7 mln euro, które pochodziły z oszustwa dokonanego na szkodę jednej ze szwajcarskich firm. Wcześniej oszuści, których tożsamości nie znamy, podszyli się pod prezesa holdingu lotniczo-kosmicznego i wyłudzili od niej 9 mln euro. Część z nich trafiła potem na konta w Polsce.

Bizblog.pl poleca:

Niedawno Bogusław B. został także skazany na inny 6-letni wyrok. W tym drugim przypadku chodzi o zarzut kierowania piramidą finansową w latach 2005-2007. B. i jego wspólnik Maciej G. mieli oszukać 170 inwestorów na kwotę 33,5 mln zł.

To nie była prawdziwa działalność gospodarcza, chodziło tylko o wyłudzenie pieniędzy

– tłumaczyła sędzia Izabela Ledzion.

Biznesmen ma teraz zapłacić 100 tys. zł grzywny. Wyrok nie jest prawomocny.

Artyści Biznesu

Przygody Bogusława B. z polskimi sądami to niekończąca się telenowela. Tuż po transformacji gospodarczej przedsiębiorca, który swoją karierę zawodową zaczynał od strojenia instrumentów, wraz ze swoim wspólnikiem Andrzejem Gąsiorowskim prowadził spółkę Art.-B (skrót od „Artystów Biznesu”). Na początku lat 90. firma handlowała czym popadnie: kawą, herbatą, samochodami, sprzętem RTV. Towar sprowadzany z zagranicy kontenerami schodził na pniu.

Art.-B prawdziwe pieniądze zarobiła jednak w inny sposób.

Bogusław B. wraz ze swoim wspólnikiem Andrzejem Gąsiorowskim wpadli na prosty pomysł. Korzystając z luki w polskim prawie bankowym, wrzucali te same pieniądze do kilku różnych banków jednocześnie. Odsetki od kapitału rosły więc nieproporcjonalnie szybko, robiąc z obu biznesmenów milionerów.

Jakim cudem mogło się to udać? Pamiętajmy, że na początku lat 90. komunikacja między bankami odbywała się za pomocą poczty i kurierów. Mężczyźni zakładali lokatę, brali tzw. „czek potwierdzony” i szli z nim do kolejnego banku, gdzie od razu go realizowali. I zakładali kolejną lokatę. Mechanizm został ochrzczony nazwą oscylatora ekonomicznego.  

Po latach Bogusław B. narzekał, że z oscylatora na początku III RP korzystało wiele firm, ale to właśnie on i jego wspólnik stali się twarzami tego procederu. Zapomniał dodać, że w ciągu 2 lat dzięki samym odsetkom wzbogacił się o 10 mln dol., a on sam przenosił wirtualne pieniądze z banku do banku aż 6,2 tys. razy.

Działania obu panów szybko zostały dostrzeżone przez Głównego Inspektora Nadzoru Bankowego. Początkowo bez konsekwencji. Trudno przy tym nie zauważyć, że styl życia biznesmenów nie ułatwiał im zadania. Chętnie zapraszali warszawską elitę do swojego dworku w Pęcicach, w którym gromadzili dzieła wybitnych polskich (Malczewski), jak i zagranicznych malarzy (Picasso). Bywali tam zarówno ministrowie, jak i szefowie banków. Po latach wszyscy odżegnywali się od kontaktów z założycielami Art-B.

Na ówczesnym etapie znajomości mocno ułatwiały jednak życie. Art-B został pierwszą w Polsce prywatną firmą koncesją na handel bronią.

Miliony w bagażniku

Jeśli chodzi o rozrzutność, rozmach i bezczelność biznesmenów spokojnie można byłoby zestawić z Pablo Escobarem. Przedsiębiorcy potrafili przybyć do banku swoim prywatnym helikopterem i wykupili upadający Ursus… realizując jeden czek gotówkowy. Za jednym zamachem zainwestowali 200 mld zł (dzisiaj byłoby to 20 mln zł).

Resort gospodarki nie potrafił tego sprzedać, a tu przychodzi gość z teczuszką i mówi, że sobie zarobił na oszczędnościach z odsetek i chętnie kupi. To wzbudziło furię u premiera

– wspominał Gąsiorowski w książce „Ścigani” Piotra Pytlakowskiego.

Kontrahentom założyciele Art.-B błyskali przed oczami zieloną kartą American Express z limitem na 50 mln dol. Wspominali, że zdarzyło im się zajechać Mercedesem pod restaurację w Cieszynie z 5 mln dol. w bagażniku. Gdy jeden z nich chciał wyjąć kurtkę, wiatr porwał banknoty. Po latach opowiadali o tym z wyraźnym rozbawieniem.

Początek problemów

Coraz bardziej zuchwała postawa biznesmenów zaczęła zwracać uwagę organów państwa. Spółka obracała 300 mln dol. rocznie (obroty porównywalne z polskim budżetem), zatrudniała kilkanaście tysięcy pracowników. Intensywnie działała też na gruncie prywatyzacji państwowych molochów. Poza Ursusem w rękach Art-B znalazła się np. mleczarnia Laktopol. Bogusław B. wspominał też, że w grę wchodziło kupno Orlenu. Dowodów na to jednak nie ma.

Latem 1991 r. UOP wjechał do dworku w Pęcicach. Bogusława B i Andrzeja Gąsiorowskiego tam jednak nie było. Szefowie Art-B dostali cynk i uciekli do Izraela.

Zarzuty wobec Gąsiorowskiego już się przedawniły. Bogusław B. został jednak złapany przez Interpol w 1994 r. w Szwajcarii. Trafił do Polski, gdzie 6 lat później został skazany na 9 lat więzienia. Jako że w poczet kary został wliczony jego pobyt w areszcie, udało mu się wyjść na wolność już w 2004 roku.

Ostatnie wyroki pokazują jednak, że B. nie porzucił swoich zwyczajów. Tym razem „cudowne dziecko polskiego biznesu” może trafić za kratki na długie lata. On sam kwestię swojej winy rozpatruje jednak w innych kategoriach. Lubi podkreślać, że padł ofiarą wysokich rangą oficerów SB, którzy byli zazdrośni o jego finansowe sukcesy. Na pytanie Faktu, co z dzisiejszej perspektywy było jego i Gąsiorowskiego największym błędem odparł: Powinniśmy się później urodzić.