Zaprojektowany przez klaunów nadzorowanych przez małpy. Tak o 737 MAX pisano w Boeingu

Producent samolotów został zmuszony do ujawnienia bogatej korespondencji swoich pracowników, która w dramatycznie złym świetle stawia proces projektowania i certyfikacji modelu 737 MAX. Po dwóch katastrofach maszyna została uziemiona, a postępujące dochodzenie coraz bardziej pogrąża amerykańskiego giganta.

Setki wiadomości, które krążyły pomiędzy pracownikami Boeinga, obnażają bardzo niewygodną prawdę o metodach pracy, jakie przyjęła spółka z Seattle. Jak na dłoni widać agresywne cięcie kosztów i próby wodzenia regulatorów za nos.

Bizblog.pl poleca:

Jak pisze Reuters, ujawnienie korespondencji miało pokazać urzędnikom FAA (Federalnej Administracji Lotnictwa), że Boeing w całym postępowaniu działa przejrzyście, ale nieuchronnie ściągnęło nowe gromy na spółkę.

Wysłałbyś swoją rodzinę w podróż samolotem, którego załoga była szkolona na symulatorze maxa? Ja nie – napisał jeden z pracowników Boeinga. Ja też nie – odpowiedział drugi.

Cała sytuacja już o ból głowy przyprawia nowego prezesa Davida Calhouna, który władzę w firmie obejmie w poniedziałek. Szef Boeinga będzie pod silną presją, by całkowicie zmienić dotychczasową kulturę korporacyjną Boeinga.

Godzinka na iPadzie i pyk

Wiadomości, jakie wymieniano w komunikatorach internetowych, wskazują na to, że Boeing starał się za wszelką cenę uniknąć szkolenia pilotów na symulatorach lotu, co jest zarówno czasochłonne, jak i kosztowne. Firma uważała, że wystarczy nawet godzinne szkolenie na iPadzie, by piloci poprzedniej wersji 737 (NG) poznali nowinki wprowadzone w generacji MAX.

”Chciałbym podkreślić, jak ważne jest twarde trwanie na stanowisku, że nie będzie wymogu poddania się żadnemu rodzajowi szkolenia na symulatorze, by przejść z NG na MAX-a” – pisał w 2017 roku w mailu główny pilot techniczny Boeinga. „Boeing się na to nie zgodzi. Staniemy twarzą w twarz z każdym regulatorem, który będzie próbował wprowadzić taki wymóg”.

Zaledwie tydzień temu Boeing radykalnie zmienił swoje stanowisko w sprawie przygotowania pilotów i teraz będzie rekomendował szkolenie ich na prawdziwych symulatorach, zanim ponownie zasiądą za sterami tego liniowca.

Pracownicy Boeinga na wiele miesięcy przed katastrofami 737 MAX wypowiadali się na temat tego bestsellerowego modelu w sposób lekceważący, ośmieszając projektantów i menedżerów, którzy brali udział w opracowaniu tej maszyny. W jednej z wiadomości ktoś pisze nawet, że to samolot został „zaprojektowany przez klaunów, którzy byli nadzorowani przez małpy”.

FAA wydało dość zachowawczy komunikat, w który zapewniono, że ujawniona korespondencja nie wskazuje na nowe zagrożenia dotyczące bezpieczeństwa, ale wyrażono ubolewanie, że język tych wiadomości jest „rozczarowujący”.

System MCAS ciągnie Boeinga w dół

Katastrofa w Indonezji, która wydarzyła się w październiku 2018 roku, początkowo wydawała się efektem błędu pilotów, dlatego nie zaszkodziła Boeingowi, który pozostawał poza wszelkim podejrzeniem. Kilka miesięcy później, 1 marca 2019 cena akcji spółki osiągnęła na giełdzie historyczne maksimum, dzięki czemu wartość Boeinga przebiła pułap 250 mld dol.

Świętowanie nie trwało długo, bo już 10 marca w Etiopii w podobnych okolicznościach, krótko po starcie runął kolejny niemal nowy egzemplarz 737 MAX. Wtedy stało się jasne, że problemy mogą wynikać z wad samego samolotu.

Wkrótce podejrzenia padły na zastosowany w tym modelu system MCAS (Maneuvering Characteristics Augmentation System), który miał uniemożliwiać tak zwane przeciągnięcie, czyli wprowadzenie samolotu w nadmierny kąt natarcia, po którym maszyna traci siłę nośną i sterowność.

System prawdopodobnie w pewnych okolicznościach działał wadliwie, uniemożliwiając pilotom utrzymanie pułapu, wymuszając opadanie samolotu ku ziemi. 13 marca FAA nakazała uziemienie wszystkich MAX-ów i wszczęła dochodzenie, którego końca wciąż nie widać. Giełdowa wartość Boeinga spadła od 1 marca zeszłego roku o ponad 60 mld dol.