Wyrok w sprawie afery WGI to skandal. Urzędnicy się zbłaźnili, politycy mają sprawę w głębokim poważaniu

W aferze WGI poszkodowanych zostało według różnych źródeł od 1400 do nieco ponad 1800 osób. Na rzekomych transakcjach foreksowych klienci stracili w sumie 300 mln zł. Nikomu nie udało się ustalić, co stało się z kasą. Normalnie wyparowała. Postępowanie cywilne, w którym 600 poszkodowanych reprezentowała Komisja Nadzoru Finansowego, sąd umorzył. I teraz najlepsze: z winy KNF!

Fot. Btnmdt/Wikimedia.org./CC BY-SA 2.0

Poszkodowani w aferze Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej mają przerąbane. W ich sprawę nie jest zamieszany syn byłego premiera, politykom nie chce się powoływać komisji śledczej i chwalić się sukcesami w wyjaśnianiu tajemnic jednego z największych przekrętów w historii III RP.

Można odnieść wrażenie, że najchętniej zamietliby sprawę pod dywan. Pewnie odetchnęli, gdy w sąd umorzył cywilną sprawę przeciwko szefom WGI.

13 lat procesu z powództwa Komisji Nadzoru Finansowego przeciw zarządowi Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej kończy się blamażem. Sąd niespodziewanie umorzył proces o 300 mln zł, jaki nadzór wytoczył im w imieniu ponad 600 oszukanych inwestorów z winy… KNF – napisała „Rzeczpospolita”.

Oczywiście nieostatecznie. Komisja Nadzoru Finansowego, która nie zgadza się z zarzutami sądu, zapewniła, że zaskarżyła decyzję sądu. I całe szczęście. Po dwóch żenujących procesach karnych, które przeciągano w nieskończoność, aż w końcu część zarzutów się przedawniła, niewiele brakowało, żeby w tak samo żenujący sposób zakończyła się sprawa z powództwa cywilnego.

Oszukani klienci są wściekli. O wyroku, jaki zapadł, dowiedzieli się przypadkiem.

Poszkodowani zaufali KNF i liczyli na to, że pomoże im odzyskać przynajmniej część środków. W rzeczywistości to co się stało z winy KNF przekreśliło wszelkie nasze szanse na dochodzenie tych roszczeń – mówi „Rz” rozżalony jeden z byłych klientów WGI.


Patrząc na to, co się dzieje z aferą WGI, trudno się dziwić, że Mariuszowie Zielke, byłemu dziennikarzowi śledczemu i autorowi poczytnych thrillerów politycznych puściły wczoraj nerwy:

58 proc. zysku w rok. To się nazywa inwestycja

Warszawska Grupa Inwestycyjna SA powstała w 1999 roku. Pięć lat później sprawująca pieczę nad rynkiem kapitałowym Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (dzisiaj KNF) przyznała WGI licencję i w ten sposób powołany został do życia WGI Dom Maklerski. Na papierze inwestował on pieniądze klientów na rynku walutowym, faktycznie wyprowadzał ich kasę nie-wiadomo-dokąd.

Założyciele spółki wabili klientów niebosiężnymi zyskami, a także znanymi nazwiskami w radzie nadzorczej i w gronie pracowników.

W drugim półroczu 1999 r. WGI pochwaliła się, że zarobiła ponad 23 proc., w 2000 r. – ponad 58 proc. (!), a w kolejnych latach 35,5 22, 18 oraz 15 proc.

W tym czasie w radach nadzorczych spółek, które wypączkowały dokoła spółki matki zasiadali znani ekonomiści Dariusz Rosati, Witold Orłowski, Tomasz Szapiro, Bohdan Wyżnikiewicz czy Henryka Bochniarz, szefowa Konfederacji Lewiatan. Głównym ekonomistą był Richard Mbewe, a jednym z analityków Piotr Kuczyński. Obydwaj regularnie goszczący jako eksperci w radiu, telewizji i na łamach najbardziej poczytnych gazet. To było sprytne posunięcie członków zarządu, by skusić do współpracy znane twarze, które będą uwiarygadniać działalność WGI.

Efekt? Do rosnącego grona klientów coraz liczniej zaczęli garnąc się celebryci.

Wszystkich okradano w ten sam sposób. Umowy o odpłatne zarządzanie powierzonymi pieniędzmi i korzystanie z instrumentów finansowych klienci podpisywali z WGI DM. Ten za pozyskane w ten sposób środki kupował obligacje emitowane przez inną spółkę grupy, przeznaczając na ten cel nawet 99 proc. pozyskiwanych od klientów pieniędzy. Reszta była inwestowana na rynku finansowym. Zyski, którymi tak chętnie chwaliła się WGI, wypracowywały papiery, których wartość arbitralnie ustalały te same osoby zasiadające w zarządach podmiotów należących grupy. Na koniec pieniądze wyprowadzane z WGI trafiały na konto Wachovia Securities operującej w Stanach Zjednoczonych.

Zawiasy zamiast 12 lat.

W połowie 2005 roku Komisja Papierów Wartościowych i Giełd złożyła do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez WGI DM… Bomba wybuchła dopiero na wiosnę następnego roku, gdy Komisja cofnęła licencję na działalność maklerską i rozwiązała umowy między WGI DM a klientami, żądając wypłacenia im należnych środków.

Dom maklerski natychmiast ogłosił upadłość. Do spółki wkroczył syndyk, notabene zatrudniony na koszt poszkodowanych, który szybko ustalił, że konta spółki są właściwie puste. Na cały jej majątek składało się 200 tys. zł i 33 mln dol. na rachunku w Wachovia Securities.

Wszczęto postępowania przeciwko WGI Consulting i WGI Dom Maklerski. W pierwszym założycieli spółki oskarżono o fałszowanie ksiąg oraz o nieogłoszenie upadłości. W drugim postawiono im zarzuty przywłaszczenia mienia o znacznej wartości.

Sęk w tym, że gdy do tego doszło, sprawa zaczęła się przedawniać. Członkowie zarząd WGI mogliby trafić nawet na dwanaście lat za kratki, a w efekcie dostali o wiele niższe wyroki,

Taaadam!

Koniec końców do finału procesu karnego doszło w styczniu 2016 roku, gdy Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że szefowie WGI Consulting nie są winni czterem, a trzem przestępstwom, za które skazał ich sąd pierwszej instancji.

– Oskarżonym nie można przypisać przestępstwa polegającego na tym, że nie złożyli wniosku o upadłość spółki WGI Consulting 9 lutego 2006 roku, choć wiedzieli, że jest niewypłacalna – powiedziała w uzasadnieniu do wyroku sędzia Dagmara Pusz-Florkiewicz.

Jej zdaniem spółka miała wówczas dwa nieuregulowane zobowiązania pieniężne, co nie było wystarczającą przesłanką do tego, żeby złożyć wniosek o jej upadłość. Sędzia zaznaczyła, że dotyczy to sytuacji z dnia 9 lutego 2006 roku, którą rozpatrywał sąd. Zupełnie inaczej było kilka miesięcy później.

Pozostałe trzy z czterech przestępstw szefów WGI Consulting, za które w kwietniu 2015 roku skazał ich sąd pierwszej instancji, utrzymano.

Maciej S. i Łukasz K. zostali skazani na rok i dwa miesiące więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Dodatkowo Maciejowi S. zasądzono 200 tys. zł grzywny i 50 tys. kosztów sądowych, natomiast Łukaszowi K. 174 tys. zł grzywny i 50 tys. zł kosztów sądowych. Trzeci z członków zarządu – Arkadiusz R. – został ukarany jedynie grzywną w wysokości 175 tys. zł..

Na pewno było stać ich, by zapłacić tę śmieszną karę.