Berlin pokazał, jak walczyć z wysokimi cenami wynajmu mieszkań

Władze stolicy Niemiec prowadzą wojnę z firmami, które pompują ceny wynajmu mieszkań. W ramach jej kolejnej odsłony miasto odkupiło od prywatnego właściciela prawie 700 lokali.

Ceny wynajmu rosną w zasadzie w każdym rozwijającym się mieście. Dla przykładu w Warszawie jeszcze kilka lat temu przyjmowało się, że średnia cena za wynajem dwupokojowego mieszkania to ok. 2,4 tys. zł. W ostatnim raporcie Expandera czytamy już, że dzisiaj nawet za 30-metrową kawalerkę trzeba dać w granicach 2750 zł.

To jednak pikuś w porównaniu z tym, co przeżywa od kilku lat stolica Niemiec.

Berlin przeżywa renesans popularności. Tylko w ciągu ostatnich 6 lat przybyło w nim 300 tys. mieszkańców. Deweloperzy uwijają się jak w ukropie, stawiają 15 tys. domów rocznie, ale to nie wystarcza. Cena zainteresowania cudzoziemców Berlinem okazała wysoka, a ceny zakupu i wynajmu mieszkań idą w górę w błyskawicznym tempie. Od 2010 r. wzrosły o jakieś 70 proc. Dwa pokoje przy dobrej ulicy kosztują już powyżej 1000 euro miesięcznie.

Na tym trendzie szczególnie obłowiła się jedna firma – platforma nieruchomości Deutsche Wohnen. W Berlinie dysponuje ona ok. 112 tys. lokali. Cieszy się przy tym raczej złą sławą. Jest obwiniana o spekulowanie na rynku mieszkaniowym, a mediach co i rusz opisywane są przypadki, w których rodowici berlińczycy muszą opuszczać swoje lokale, bo nie stać ich na opłacanie rosnących czynszów. Wynoszą się do okolicznych miasteczek, z których dojazd do centrum zajmuje kilkadziesiąt minut. W ostatnich latach na taki ruch zdecydowało się 20 tys. mieszkańców Berlina.

W stolicy Niemiec pojawił się nawet ruch społeczny, który protestuje przeciwko nagłym podwyżkom. To m.in. za jego sprawą władze miasta zdecydowały się odkupić od prywatnego właściciela 670 lokali, które pierwotnie miały trafić do…Deutsche Wohnen.

Najemcy obawiając się podwyżek zorganizowali marsze protestacje i skłonili ratusz do zablokowania transakcji. The Guardian pisze, że ta operacja może kosztować miasto nawet 100 mln euro.

Berlińczycy powinni być w stanie dalej żyć w mieście. Dlatego mieliśmy i wciąż mamy zamiar wykupować mieszkania, gdzie tylko możemy, aby Berlin mógł odzyskać kontrolę nad swoim rynkiem nieruchomości – powiedział burmistrz Michael Müller.

Niemieckie miasto już wcześniej podjęło zresztą radykalne kroki w celu ochrony lokatorów.

Od 2020 r. wchodzi w życie prawo zamrażające ceny mieszkań na 5 lat.

Właściciele nieruchomości nie będą mogli podnosić opłat. Co więcej, wynajmujący będą mogli zwrócić się do miasta z prośbą o sprawdzenie, czy opłaty, które ponoszą, nie są nieproporcjonalnie wysokie. Furtkę do podwyżek mogłyby otwierać inwestycje zwiększające wartość nieruchomości, ale i tu władze pozostały czujne. Ewentualne modernizacje będą musiały zostać zaakceptowane przez urzędników. Bez zgody można przeprowadzać tylko remonty na skutek, których czynsz wzrośnie co najwyżej o 49 eurocentów za metr kwadratowy.

Na początku roku berlińczycy zbierali też podpisy pod wnioskiem o referendum w sprawie wywłaszczenia firm wynajmujących mieszkania. Takich graczy jak Deutsche Wohnen jest bowiem na rynku zdecydowanie więcej. W stolicy Niemiec należy do nich 15 proc. rynku. Pomysł został jednak skrytykowany przez polityków rządowej koalicji CDU/CSU.