Szefowie dużych firm, to do was. Świetnie, że pomagacie, ale przestańcie już o tym trąbić

Przekazaliśmy tysiące maseczek szpitalowi X. Wpłaciliśmy środki na walkę z koronawirusem. Pomagamy kierowcom, którzy utknęli na granicy. Banki, sieci handlowe czy spółki energetyczne uznały, że śmiertelnie niebezpieczna pandemia Covid-19 to świetna okazja do ocieplenia swojego wizerunku. Jeśli naprawdę chodzi im tylko o pomoc, niech ich działy marketingu już zamilkną.

Wszyscy uwielbiamy porównania nagłych wydarzeń do żywiołów. W przypadku koronawirusa chyba najczęściej mówi się, że „wywołał trzęsienie ziemi” w polskiej gospodarce i tym podobne. Trafne, ale nie do końca.

Bizblog.pl poleca

Znacznie bardziej przemawia do mnie porównanie do tsunami. Trzęsienie ziemi pojawia się bowiem natychmiast i odczuwają je wszyscy, którzy są wystarczająco blisko epicentrum. Tymczasem tsunami to podstępny, cichy zabójca. W czasie, gdy już zbiera pierwsze ofiary – ludzi, którzy w kutrach i jachtach znaleźli się na pełnym morzu – cała reszta tkwi w błogiej nieświadomości.

Szansa dla polskiego biznesu? Chyba na bankructwo

Wybuch epidemii we Włoszech pod koniec lutego spowodował panikę na giełdach i wyprzedaż akcji, ale dla ogromnej większości polskich firm było to gdzieś daleko i bez związku. Życie toczyło się jakby nigdy nic, a pani minister rozwoju nawet błysnęła wypowiedzią, że koronawirus jest „szansą dla polskich przedsiębiorców”. Nie, to nie był żaden lapsus – mało kto rozumiał wówczas, że to zaraz do nas dotrze.

Niektórzy Polacy nie musieli pod koniec niczego przewidywać – im już wtedy życie waliło się na głowę. Tak było na przykład z przedsiębiorcami, którzy świadczyli w Polsce usługi dla zagranicznych turystów. W ostatnim tygodniu lutego rezerwacje zaczęły się masowo sypać.

Gwałtowne odcięcie od przychodów, a przede wszystkim konieczność zwracania już opłaconych przyjazdów wiosną i latem, spowodowało, że ich firmy w dosłownie kilka dni stanęły na skraju przepaści. W tym samym czasie problemy już odczuwały też inne branże – na przykład transport.

Uderzenie tsunami o wybrzeże nastąpiło w połowie marca – 11 marca rząd ogłosił zamknięcie szkół, a dwa dni później, że wprowadza stan zagrożenia epidemicznego. Miasta i miasteczka wyludniły się, a setki przedsiębiorców przestało działać, nawet jeśli rozporządzenie wprost im tego nie nakazało.

Nie wszystkie firmy ucierpiały na kryzysie. Banki, sieci handlowe, czy spółki energetyczne działają niemal normalnie. Oczywiście też odczuły zakłócenia przez kwarantannę, ale są niczym w porównaniu z firmami, które z dnia na dzień przestały działać i każdego dnia ponoszą olbrzymie straty, a tracą także ich pracownicy.

Autopromocja „na koronawirusa”

I co te wielkie spółki robią w czasie, gdy polska gospodarka popada w coraz większe tarapaty? Robią sobie kampanie wizerunkowe na koronawirusie. Nie będę wymieniał ich z nazwy, bo komunikatów o tym, jak wspaniałomyślnie pomagają w walce z koronawirusem, jest tyle, że nie da się ich nie uniknąć.

To prawda, że szpitale – wbrew zapewnieniom rządu – zmagają się z dramatycznym niedoborem podstawowego sprzętu, a lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni pracują ponad siły, bez odpowiedniej ochrony, narażając swoje zdrowie i życie. Niesienie im pomocy przez duże spółki jest w tej sytuacji ze wszech miar godne szacunku i pochwał.

Prawdziwa działalność dobroczynna nie polega jednak na tym, by trąbić o niej na prawo i lewo. Dlatego mam prośbę do zarządów tych spółek – jeśli pomagacie, róbcie to po cichu, to nie czas na robienie sobie kampanii wizerunkowych na koronawirusie.

NBP rozpiął parasol ochronny nad budżetem państwa. Próba generalna już za nami