Niemcy łapią się za głowę. Francja jeszcze mocniej stawia na atom i planuje sześć nowych reaktorów

Wybudowanie aż sześciu reaktorów jądrowych w ciągu najbliższych 15 lat przewiduje plan francuskiego rządu, który zlecił przygotowanie tego projektu państwowemu przedsiębiorstwu EDF. To radykalnie inny kierunek rozwoju energetyki niż w przypadku zachodniego sąsiada Francji, który już do 2022 r. chce całkowicie wygasić energetykę jądrową nad Renem.

Zapowiadana w Unii Europejskiej neutralność klimatyczna oraz podążanie w kierunku z rok na rok coraz mniejszej emisji CO2 nie są absolutnie wyłącznie politycznymi hasłami, skandowanymi, by wywołać konkretny efekt. Węgiel, czy komuś się to podoba, czy nie staje się w ogóle dla sektora finansowego surowcem wysokiego ryzyka. 

Bizblog.pl poleca:

Odwracające się plecami do inwestycji związanych z „czarny złotem” banki, to tylko jedna strona medalu. Warto pamiętać o drugiej: uwolnionych cenach za emisje CO2, które z poziomu 5-6 euro jeszcze dwa lata temu poszybowały w okolice 25 euro za tonę. Na razie.

Pesymiści, na przykład Grecja i Chorwacja zakładają, że w najbliższych latach cena emisji dwutlenku węgla może oscylować wokół wartości 34 euro. Bułgaria stawia parę kroku dalej i uważa, że niedługo za tonę emisji CO2 przyjdzie płacić nawet 60 euro. 

Polski rząd ma bardzo twardy orzech do zgryzienia. Nasza gospodarka jest uzależniona od węgla w około 77 proc. to też najwięcej zatrudnionych w UE górników — około 80 tys. ludzi, a biorąc pod uwagę cały przemysł około kopalniany nawet 200 tys.

Z pewnością tupanie ze złością na brukselskich korytarzach w perspektywie długofalowej niewiele przyniesie. Jak już to tylko polityczne efekty wewnątrz kraju. Jednak na więcej nie ma co liczyć. Prędzej czy później musi zacząć się dyskusja o tym, czy, kiedy i na jakich zasadach chcemy zastąpić węgiel. Wcześniej możemy nieco się rozejrzeć i podpatrzeć, jak to robią inni.

Francja idzie w atom: 6 elektrowni w 15 lat

To też żadna nowość. Przecież już w 1974 r. ówczesny premier Francji Pierre Messmer ogłosił tak zwany „Plan Messmera”. Zakładał, że do 2000 r. nad Sekwaną w sumie zostanie uruchomionych aż 170 reaktorów jądrowych, a Francja niemal całkowicie przestawi się na energetykę atomową.

Była to odpowiedź na kryzys paliwowy z 1973 roku. Francuska energetyka była w tamtym czasie uzależniona od dostaw ropy naftowej z zagranicy, a olbrzymie zawirowania na światowym rynku naftowym w wyniku działań kartelu OPEC uzmysłowiły władzom w Paryżu, że konieczne jest osiągnięcie samowystarczalności energetycznej.

Tego celu nie udało się osiągnąć nawet w połowie, bo do tej pory uruchomiono 58 reaktorów, ale i tak elektrownie jądrowe zaspokajają zapotrzebowanie energetyczne Francuzów aż w 75 proc. W żadnym innym kraju udział energetyki jądrowej nie jest tak wysoki. Pułap 50 proc. przekraczają jeszcze tylko Słowacja, Ukraina i Węgry.

Chociaż od lat w Paryżu modne jest ograniczenie uzależnienia od atomu (do 2035 r. jego udział w krajowym miksie energetycznym ma nie przekraczać 50 proc.), to jak najbardziej bierze się pod uwagę budowanie nowych elektrowni jądrowych.

Świadczy o tym chociażby ostatnia inicjatywa francuskiego rządu, który poprosił EDF o przygotowanie planu wybudowania i uruchomienia w ciągu najbliższych 15 lat sześciu nowych reaktorów jądrowych. Te mają być zlokalizowane w parach — w sumie w trzech miejscach. 

EDF najpierw musi skończyć wcześniejszą robotę

Chociaż określono casus czasowy dla tych atomowych inwestycji, to dzisiaj trudno dywagować, kiedy mogłaby ruszyć ich realizacja. Wszystko przez przedłużającą się budowę reaktora Flamanville 3 EPR na północy Francji, który miał być gotowy przed 2013 r.

Wieloletnia opóźnienia spowodowane były szeregiem kłopotów technicznych i przekroczeniem założonej granicy kosztów. Podobnie stało się przy okazji budowy przez EDF reaktora Olkiluoto w Finlandii. Tam budżet przebito o kilka miliardów euro. Teraz mówi się, że francuski Flamanville 3 EPR ma być gotowy w 2023 r. 

Reaktor jądrowy nowej generacji. Nie trzeba się bać?

Przeciwnicy budowania kolejnych elektrowni jądrowych jako argument podnoszą przede wszystkim strach przed awariami, które mogą mieć katastrofalne skutki. Tylko że powoli obecna myśl techniczna dotycząca atomowego reaktora nie ma nic wspólnego z tą z lat 50. ubiegłego stulecia, kiedy admirał Hyman G. Rickover wykorzystał nadmiar rdzenia marynarki wojennej do zbudowania komercyjnego reaktora demonstracyjnego. 

Dzisiaj obowiązuję dwie linie rozwoju: małe modułowe opakowania reaktora (SMR) i alternatywne cykle paliwowe. Pierwsze rozwiązanie gwarantuje, że testy są przeprowadzane w kontrolowanych fabrycznie środowiskach, a nie w terenie. Mniejsze opakowanie oznacza też, że reaktor będzie prościej skonstruowany i przy okazji też bezpieczniejszy. 

Z kolei nowe cykle paliwowe są przeznaczone do specjalistycznych zastosowań, jak wysokotemperaturowe reaktory gazowe, a szybkie cykle neutronowe charakteryzują się tym, że pochłaniają dużą część żyznych izotopów z niewielką ilością odpadów. Uruchomienie pierwszej, komercyjnej elektrowni jądrowej budowanej po nowemu planowane jest na 2026 r. 

Ekolodzy: nawet po tych zmianach atom nadal groźny

Mimo zmian w konstrukcji samego reaktora dalej energię atomową — pod względem bezpieczeństwa — trudno porównywać np. do tej wiatrowej. Kulą u nogi elektrowni jądrowych pozostaje kwestia odpadów promieniotwórczych. Według Government Accountability Office 35 zakładów atomowych rozlokowanych w 35 stanach USA wyprodukowało już 88 tys. ton radioaktywnych śmieci. 

Inną sprawą jest ich fatalne zabezpieczenie, absolutnie niechroniące na przykład przed atakiem terrorystycznym lub którąś z klęsk żywiołowych. Dlatego coraz głośniej słychać tych, którzy mówią „tak” dalszemu rozwojowi energii z atomu, ale po przedniejszym wypracowaniu skutecznego i efektywnego postępowania z odpadami promieniotwórczymi. 

Obecnie najskuteczniejszą metodą wydaje się ich zakopywanie pod grubą warstwą betonu. Wcześniej takie radioaktywne śmieci powinny być też dokładnie oczyszczone, żeby zajmowały jak najmniej miejsca. Tak jak ma to miejsce w Krajowym Składowisku Odpadów Promieniotwórczych (KSOP), które położone jest w miejscowości Różan nad Narwią, w odległości ok. 90 km od Warszawy. 

Reaktor do schłodzenia potrzebuje wody

Obserwujący coraz gwałtowniejsze zmiany klimatyczne zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt. Otóż do niezbędnego chłodzenia reaktorów niezbędne są spore ilości wody. A właśnie z dostępem do niej na świecie jest z roku na rok trudniej. Kłopoty z wodą nie omijają też naszego kraju. W Polsce ciągle pokutuje zbyt mała liczba zbiorników retencyjnych. Nie brakuje również przykładów zupełnie zbędnych prac melioracyjnych.

W efekcie nad Wisłą coraz głośniej mówi się o deficycie wody i wynikających z tego kłopotach. W Europie są jednak pod tym względem w znacznie lepszej sytuacji. Jak podaje serwis inzyneria.com: przeciętny Europejczyk w ciągu roku ma do dyspozycji 4560 m sześc. wody, natomiast w Polsce przypada zaledwie 1600 m sześć. na osobę, również w skali roku.

Kiedy polski atom?

Kłopoty z deficytem wody z pewnością nie są największą przeszkodą w ewentualnej budowie pierwszej elektrowni jądrowej W Polsce. Jak już, to wodne problemy sugerują przyszłą lokalizację atomu „Made in Poland”. Wszystko wskazuje na to, że taka fabryka energii miałaby powstać na wybrzeżu. Chociaż wspomina się też o bardziej centralnej lokalizacji. 

Rozpisany na 20 lat plan zakłada budowę w Polsce w sumie sześciu reaktorów jądrowych. Rząd rozgląda się za kapitałowym partnerem takiej inwestycji, który mógłby w niej wziąć udział — z maksymalnymi udziałami na poziomie 49 proc. 

Według rządzących energia z atomu pozwoliłaby nam przynajmniej zbliżyć się do unijnych celów dotyczących redukcji CO2. Budowa pierwszego bloku jądrowego powinna zacząć się u nas ok. 2033 r.