Rząd zapowiada wielką dekarbonizację. Na celowniku znalazły się aktywa węglowe

Wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin ujawnił, że jego resort skieruje w tym tygodniu do prac rządowych projekt restrukturyzacji energetyki. Pierwszym krokiem ma być ulżenie spółkom skarbu państwa i odebranie im ciążących coraz bardziej aktywów węglowych.

Jacek Sasin w wywiadzie dla RMF FM twierdzi, że jeżeli Polacy nadal będą traktować węgiel jako podstawowe źródło energetyczne, to skażą się na astronomiczne rachunki za prąd. Wicepremier przekonuje, że już teraz spalenie węgla dla uzyskania 1 MW energii kosztuje ok. 130 zł, tymczasem wszystkie opłaty emisyjne wynoszą 160 zł. 

Eksperci wyliczyli, że dla przeciętnego Kowalskiego rachunki w ciągu 10 lat urosłyby nawet o 250 zł w skali roku

– przewiduje wicepremier Sasin.

Dzisiaj za wyemitowanie tony CO2 trzeba zapłacić 43-44 euro. Od tygodni znane są wyliczenia Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami, z których wynika, że jeszcze w tym roku cena emisji dwutlenku węgla może osiągnąć 50 euro, a do 2030 r. – nawet 72 euro.

Bizblog.pl poleca

Aktywa węglowe odebrane spółkom skarbu państwa

Rząd bardzo nie chce, żeby Polacy płacili wyższe rachunki i bierze się za restrukturyzację energetyki. Jak wynika ze słów wicepremiera Sasina w tym tygodniu Ministerstwo Aktywów Państwowych skieruje do prac rządowych „ogromny, rewolucyjny projekt”, który zakłada przede wszystkim wydzielenie węglowych elektrowni z dotychczas funkcjonujących spółek energetycznych. 

Potrzebujemy zmian strukturalnych

– uważa Sasin.

Przypomnijmy, że o wydzielenie aktów węglowych ze spółek skarbu państwa mówiło się już od dłuższego czasu. Wspominało się przy tej okazji m.in. o Węglokoksie, ale też powołanej specjalnie do tego celu Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego. I wszystko wskazuje, że koniec końców wygrał ten drugi scenariusz. Takie rozwiązanie ma zakładać ministerialny projekt przyszłych regulacji. Już w lutym rozmowy o tym podmiocie w ciągu miesiąca-dwóch zapowiadał odpowiedzialny w rządzie za transformację energetyczno-górniczą Artur Soboń.

Węgiel będzie kosztować nas 2 mld zł rocznie?

Ale już na starcie wiadomo, że zbierający po innych aktywa węglowe podmiot bez zastrzyku pieniędzy publicznych od początku istnienia nie przetrwa. Takie są obecnie realia ekonomiczne. Dlatego Jacek Sasin wspomina o koniecznej zgodzie KE na systematyczne, przeprowadzane co roku, dokapitalizowanie tej nowej spółki. Jak tłumaczy, pozwoli to produkować energię bez ryzyka podnoszenia rachunków dla Polaków. 

Tutaj warto wrócić do prowadzonych od miesięcy rozmów rządu z górnikami. Konieczność dokapitalizowania produkcji polskiego węgla zakładało już porozumienie z 25 września 2020 r. Wtedy mówiło się o dotowaniu na poziomie 2 mld zł rocznie. Tymczasem wielu ekspertów, w tym m.in. Izabela Zygmunt z Polskiej Zielonej Sieci zwracali od początku uwagę, że zgoda Brukseli na taką pomoc jest bardzo mało prawdopodobna. Jej zdaniem założenia polskiego rządu są oderwane od uwarunkowań unijnych i realiów ekonomicznych i przez to niemożliwe do spełnienia.

Od lat KE mówi o zakończeniu subsydiowania węgla i wszelkich inwestycji związanych z tym surowcem już w 2025 r. Dlaczego niby Polska miałaby być traktowana wyjątkowo?

Węgiel zostanie do 2050 r.?

Jacek Sasin cały czas przekonuje, że węgiel zostanie z nami do 2050 r. Przypomina jednocześnie o przyjętym harmonogramie zamykania poszczególnych kopalni, który ma obowiązywać do 2049 r. Szef resortu aktywów państwowych uważa, że dekarbonizacja będzie procesem, który musi swoje potrwać. Za tym pójdzie też bardzo dużo inwestycji. Nie tylko tych związanych z OZE, ale również z elektrowniami gazowymi i wreszcie elektrowniami jądrowymi. Najnowszy atomowy plan Polski mówi w sumie o 3 elektrowniach po dwa reaktory w każdej. Budowa pierwszej ma ruszyć w 2026 r. 

Ciekawe, że choć polski rząd jest zdecydowany na ciężki bój z Brukselą o dotowanie wydobycia węgla, to ich nie ujął w swojej propozycji umowy społecznej, która pokazał w styczniu? Tam w stosownej tabeli pozostawiono wolne miejsce. I m.in. to było powodem, że górnicy nad tą propozycją za długo się nie rozwodzili i po prostu wyrzucili ją do kosza. Inna sprawa, że teraz jedną z największych kości niezgody są gwarancje zatrudnienia – co też wiąże się z czasem, jaki zająć musi dekarbonizacja i harmonogramem zamykania kopalni. 

Przedłużające się rozmowy z górnikami są bardzo nie na rękę rządowi. Bo czasu jest coraz mniej. Polski Fundusz Rozwoju rzucił Polskiej Grupie Górniczej koło ratunkowe w postaci miliardowej pożyczki, ale tych pieniędzy ma starczyć raptem na kilka miesięcy. W tym czasie trzeba dogadać się z Brukselą.