Turystyka leży, ale Airbnb świętuje. Inwestorzy oszaleli, czy widzą w nim przyszłość podróży?

Szefostwo Airbnb miało w ostatnich miesiącach multum zmartwień na głowie. Dni bez wiadomości o zamknięciu granic czy wprowadzeniu kwarantanny dla przyjezdnych praktycznie się nie zdarzały. Dla serwisu żyjącego z turystyki koronawirus okazał się totalną katastrofą, ale nie na giełdzie. Tam, tuż po debiucie, startup może uchodzić za prawdziwego króla notowań.

W środku wakacji CEO Airbnb Brian Chesky był prawdopodobnie jednym z bardziej zestresowanych szefów startupów na świecie. Jego firma kończyła właśnie najgorszy kwartał w swojej historii. Z powodu koronawirusa w niektórych miastach liczba rezerwacji była o 96 proc. mniejsza niż zazwyczaj.

Bizblog.pl poleca

Serwis już wcześnie zapowiedział jednak, że w 2020 r. wybiera się na giełdę. Chesky uznał, że środek kryzysu to kiepski moment na szarże, obniżył więc wewnętrzną wycenę o 16 proc. – z 31 do 26 mln dol.

Z dzisiejszej perspektywy brzmi to dość zabawnie. Dlaczego? Kilka miesięcy później, 10 grudnia, gdy Airbnb zadebiutowało na NASDAQ, cena wywoławcza wynosiła 68 dol. za akcję, co dawało spółce kapitalizację przekraczającą 40 mld dol.

Airbnb bije starych gigantów

Prawdziwy rajd zaczął się jednak dopiero po pierwszym dzwonku. W ciągu jednej sesji wartość Airbnb wzrosła do 144,71 dol. za walor. Daje to startupowi wyceną na poziomie 86,5 miliarda dol. To więcej niż wynosi łączna kapitalizacja rynkowa trzech największych sieci hoteli na świecie: Hilton Worldwide Holdings, Marriott International i Intercontinental Hotels Group – zauważył Business Insider. Łączna wycena tych trzech gigantów wynosi obecnie 84,1 miliarda dol.

Czy to zaskakująca wiadomość? Biorąc pod uwagę raporty finansowe – nawet bardzo. W drugim kwartale 2020 r. Marriott odnotował stratę netto 234 mln dol. Hilton stracił w tym czasie 432 miliony dol. A Airbnb? Pierwsze uderzenie Covid-19 położyło platformę na łopatki. Do 30 czerwca serwis zanotował 916 mln dol. strat. Przychody sięgnęły 1,18 mld dol.

Ten dziki entuzjazm można wytłumaczyć w jeden prosty sposób. Airbnb może i przepaliło furę pieniędzy na początku pandemii, ale w dłuższej perspektywie może zyskać, o ile Covid-19 zmieni nasze podróżnicze zwyczaje. Za taką tezą przemawia np. wycena bezpośredniego konkurenta Airbnb – serwisu booking.com. Kapitalizacja tego ostatniego na zakończenie czwartkowych notowań sięgnęła 86,2 miliarda dol.

Droga Airbnb na parkiet

Przez długi czas można było się spodziewać, że IPO Airbnb zakończy się totalną klapą. Serwis nie chciał ujawniać swoich wyników finansowych, pozostając przy enigmatycznym zapewnieniu o byciu rentownym.

Brian Chesky nie zamierzał jednak załamywać rąk. Przewagą, jaką jego spółka ma nad innymi podmiotami z branży turystycznej, jak wspomnianym Hiltonem czy Marriottem, jest duża elastyczność. Airbnb nie posiada własnych hoteli i apartamentów. Nie musi martwić się odpływem klientów biznesowych i spadkiem popularności miejskiej turystyki. W zależności od popytu może szybko zmieniać kierunek swojej działalności. I z tego właśnie Chesky postanowił skorzystać.

Szef Airbnb zauważył, że choć podróże zagraniczne niemal zamarły, to użytkownicy wciąż mają potrzebę szukania noclegów. Nie chodzi już jednak o apartamenty w dużych miastach. Tzw. city break, czyli krótkie weekendowe wypady do popularnych metropolii odeszły na razie w zapomnienie.  

Mieszkańcy miast i miasteczek zmęczeni covidowymi restrykcjami zaczęli za to szukać ustronnych miejsc. Nowym obiektem marzeń stał się domek na odludziu.

Żaden problem, uznał Chesky, snując na głos swoje wizje przyszłości: wsiadamy do samochodu, wybieramy stosunkowo bliski cel. Zamiast wielkich skupisk będziemy preferować małe społeczności.

Trzeba jednak przyznać, że platformie pomogło także (a może przede wszystkim) otwarcie granic na czas wakacji. W trzecim, urlopowym kwartale spółka zarobiła na czysto 219 mln dol. To pokazuje, że drzemie w niej duży potencjał. Ostatnio brakuje jej jednak warunków, by w pełni go pokazać.

Covid wraca, idą problemy

We wniosku o IPO startup sam zresztą przyznał, że końcówka 2020 r. znów da mu w kość. Kolejna fala zakażeń koronawirusem ma sprawić, że liczba rezerwacji gwałtownie zmaleje. Myślę, że w ciemno można obstawiać, że ten scenariusz rzeczywiście się teraz realizuje.

Inwestorzy muszą się więc uzbroić w cierpliwość. Efekty działania szczepionki zobaczymy najwcześniej na jesieni przyszłego roku. Do tego czasu Airbnb będzie przeżywać trudne chwile. Choć nie tak trudne, jak praktycznie cała jego branżowa konkurencja. Tym bardziej że platforma cały czas rozszerza zakres swoich usług.

W trakcie pandemii Airbnb odpaliło tzw. Doświadczenia. Umożliwiają one klientom uczestnictwo w wycieczkach i innych atrakcjach turystycznych bez ruszania się zza monitora. Startup szacuje, że rynek zdalnej turystyki może być wart 239 miliardów dol. Jeżeli Amerykanie zdecydują się jeszcze pod wpływem pandemii wejść w najem długoterminowy, może się okazać, że w przeciwieństwie do wielu hoteli, wyjdą z kryzysu z podniesioną głową. I gotowością, by dopiero teraz zacząć trzepać prawdziwą kasę.