Airbnb uczy się od Ubera. Idzie na giełdę, ale gdy mowa o kasie, nabiera wody w usta

Airbnb to kolejny z technologicznych jednorożców, który zapowiedział swój debiut giełdowy. Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, ale po wpadkach Ubera i Lyfta, wszyscy oprzytomnieli. Bo o ile prywatni inwestorzy sypią pieniędzmi na lewo i prawo, o tyle w trakcie publicznej emisji akcji dochodzi do weryfikacji wartości firmy. A ta bywa bolesna.

Airbnb zapowiedziało, że chce zadebiutować na Wall Street w 2020 roku. Amerykański Business Insider zapytał się, czy startup wypełnił już dokumenty S-1, w której zamieszcza się informacje na temat kondycji finansowej spółki dla inwestorów. Odpowiedziała mu głucha cisza.

Niejasna sytuacja Airbnb

Prędzej czy później Airbnb będzie jednak musiał spełnić swój obowiązek informacyjny. Czego się wtedy dowiemy? Przedstawiciele platformy zapewniają, że nie ma się czego obawiać. Firma jest ponoć rentowna, ale nie chce podać jaki zysk netto wypracowała na koniec ubiegłego roku. W drugim kwartale 2019 r., startupowym zwyczajem pochwaliła się za to, że wciąż rośnie – ma znacznie ponad miliard dolarów przychodu i obsługuje 100 tys. miast na całym świecie.

Póki co, founderzy Airbnb mają względny spokój. W przypadku Ubera było nieco inaczej. Platforma od lat raportowała o idących w miliardy dolarów stratach. Z tego powodu dostawała po głowie od ekspertów na długo zanim zdecydowała się powiedzieć: sprawdzam, i pojawić na amerykańskim parkiecie.

Airbnb powstało w 2008 r. Początkowo koncentrowało się na łączeniu właścicieli mieszkań z turystami, którzy chcieli zaoszczędzić na hotelu, lub po prostu stawiali na inny model podróżowania. Z czasem działalność platformy stała się obiektem kontrowersji. Dzisiaj Airbnb oskarża się o niszczycielski wpływ na warunki życia w mieście.

Dlaczego? Firmy skupują lokale w centrach miast i wynajmują je turystom. Ze względu na zainteresowanie ceny nieruchomości (i samego wynajmu) idą więc w górę, a centrum stopniowo się wyludnia. W miejsce stałych mieszkańców w kamienicach pojawiają się weekendowi turyści.

Spółka stara się jednak rozszerzać zakres usług. W czerwcu zadebiutowała z usługą Luxe, w której dostępne do wynajęcia są wille i pałace, kupiła też HotelTonight, która pomaga znaleźć pokoje w hotelach po obniżonych cenach. Platforma poprawiła też przejrzystość ofert, za co została pochwalona przez Komisję Europejską.

Co stanie się po debiucie?

Nie będzie to zbyt odkrywcze, ale drogi są dwie. Pierwsza to podążenie śladem Ubera i Lyfta. Będzie to wymagało od founderów głębokiego wdechu i nurkowania z wyceną od pierwszych minut publicznej emisji akcji. Ta druga spółka nie zdążyła się przecież na dobre rozgrzać, a już była pod kreską. Dzisiaj, kilka miesięcy po IPO, jeden udział w Uberze kosztuje kilkanaście dolarów mniej niż w dniu emisji.

Ale jest też inna możliwość. Takie marki jak Slack, Pinterest czy Cloudfare pokazują, że głośny debiut nie musi zakończyć się wielką klapą. Wszystkie te spółki są dzisiaj ponad poziomem wyznaczonym w dniu debiutu na giełdzie.

Myślę, że Airbnb może się spotkać z zupełnie innym przyjęciem, zakładając, że może wykazać, że jest dochodowym biznesem, nie tracąc przy tym pieniędzy na marketing – tłumaczyła Reuterowi Kathleen Smith, dyrektor generalny Renaissance Capital.

Ostatnia wycena Airbnb miała miejsce w 2017 r. Wówczas oceniono go na 31 mld dol. Nie znając dokładnych danych finansowych trudno powiedzieć, na ile jest ona realna. Niedawno swoje IPO opóźnił WeWork. Przyczyna? Inwestorzy zaczęli naciskać na przeniesienie debiutu, uznając, że prywatna wycena na poziomie 47 mld dol. jest oderwana od rzeczywistości. Czy za przeciąganiem przez Airbnb momentu wejścia na parkiet czai się podobna motywacja? Poczekamy, zobaczymy.