Airbnb ucieka na giełdę. Gonią go miasta, pracownicy i rosnące straty

Po kilkumiesięcznym kryzysie wywołanym ograniczeniami w przemieszaniu się po Europie Airbnb znów wjeżdża na właściwe tory. A wraz z odbiciem popytu wraca temat stary jak świat: Czy podróżniczy startup powinien wejść na giełdę?

Dyrektor generalny Airbnb, Brian Chesky, powiedział pracownikom, że firma wznawia przygotowania do IPO – twierdzi New York Times. Szefowie startupu są ponoć pod presją pracowników, których opcje na akcje zaczną wkrótce wygasać. Debiut mógłby nastąpić już w przyszłym roku.

Bizblog.pl poleca

Przełożone plany IPO

Pierwotnie firma miała wejść na parkiet w 2020 r. Przemyślany harmonogram wziął jednak w łeb, gdy kolejne państwa zaczęły zamykać swoje granice i zalecać obywatelom, by nie opuszczali mieszkań bez potrzeby.

Wraz z zamrażaniem kolejnych gospodarek i zamykaniem granic przychody Airbnb zaczęły spadać w zastraszającym tempie. W niektórych miastach liczba rezerwacji była o 96 proc. mniejsza niż zazwyczaj. Szefowie firmy obniżyli jej wewnętrzną wycenę o 16 proc. – z 31 do 26 mln dol. i zaczęli szukać oszczędności. Pod nóż poszły wydatki na marketing (około miliarda dolarów) i 1900 miejsc pracy.

Airbnb przetrzymało ten feralny okres, a Brian Chesky szuka już światełka w tunelu. Jego zdaniem platforma będzie teraz zarabiać na turystach podróżujących lokalnie, często w ustronne miejsca z dala od popularnych centrów turystycznych. Te przewidywania potwierdzałyby dane z francuskiego rynku. 80 proc. podróżujących unika dzisiaj dużych miast i rezerwuje mieszkania w górach i na wsiach.

Jeden z takich dotychczas unikanych przez urlopowiczów miejsc – departament Dordonia – zanotował w ostatnim czasie wzrost rezerwacji o 210 proc. w porównaniu do ubiegłego roku.

Airbnb wciąż walczy z miastami

W planowaniu debiutu na giełdzie platformie przeszkadzać będą dwie kwestie. Pierwsza jest związana z dużą zmiennością restrykcji dotyczących poruszania się po Europie. Namiastkę tego, co w Europie może wydarzyć się na jesieni, mieliśmy niedawno, gdy w Czarnogórze doszło do nawrotu zachorowań. Władze pozostałych państw zareagowały błyskawicznie. Obowiązkową kwarantannę dla powracających znad Morza Adriatyckiego wprowadziły m.in. Chorwacja, Austria, Estonia czy Finlandia.  

Część państw lojalnie uprzedza, że możliwości wjazdu na ich terytorium będą ściśle uzależnione od statystyk. Niemcy ustaliły ją na poziomie 50 przypadków na 100 tys. mieszkańców w ciągu 7 dni. Sytuacja może więc zmieniać się bardzo dynamicznie, a to z pewnością nie sprzyja beztroskiemu wałęsaniu się po świecie.

Drugim problemem Airbnb są zatargi z władzami miast. Od 1 lipca startup ma zakaz działalności w Amsterdamie, dziką batalię musiał też toczyć z Monachium. Stolica Bawarii próbowały wymusić na startupie przekazanie danych osób zajmujących się wynajmowaniem mieszkań. Na szczęście dla Airbnb – bezskutecznie.

Trudno jednak ukryć rosnącą niechęć metropolii do amerykańskiej platformy. W warunkach takiej podwójnej niepewności wejście na giełdę nie wydaje się naturalnym ruchem, sprawia raczej wrażenie, jakby startup gorączkowo szukał środków na dalszą działalność. Tym bardziej że według nieoficjalnych doniesień, (Airbnb nie chce chwalić się swoimi wynikami finansowymi) tylko w 2019 r. serwis miał stracić 674 miliony dolarów.

Jak to pisała kiedyś psychoanalityczka Karen Horney – człowiek może wejść na palmę, by zobaczyć panoramę, jaka rozpościera się z jej korony, dostrzec nowe możliwości. Może też rozpaczliwie wdrapać się na szczyt, by uciec przed tygrysem. Jedno zachowanie, różne motywacje. No więc Airbnb ucieka dzisiaj przed tygrysem.