Trzeba to w końcu głośno powiedzieć. Nie stać nas na 500+ dla bogatych

Pięćset złotych to dla nich raczej dodatek do kieszonkowego dla dziecka, niż pieniądze przesądzające o tym, w jakich warunkach żyje ich pociecha. O kim mowa? O wąskiej grupie najzamożniejszych Polaków, do których transferujemy co roku miliardy złotych. To fanaberia, na którą w czasach covidu najzwyczajniej w świecie nas nie stać.

Podejrzewam, że w głowie większości z was już kotłuje się myśl: oho, redakcja Bizbloga znowu wskakuje na bogatych. Pewnie, lepiej zabierać im pieniądze i rozdawać biednym darmozjadom. Polska potrzebuje przecież nakręcenia sprzedaży „małpek” i więcej 20-letnich Passatów w dieslu.

Ale to nie do końca tak.

Nie jestem fanem wskakiwania na bogatych, ale… czasy mamy wyjątkowe. Błędy sprawią, że osuniemy się w recesję, Polacy będą masowo tracić pracę, a osłabiona walką z covidem służba zdrowia stanie się już całkowicie fikcyjnym tworem. Pora zacząć podejmować niepopularne decyzje. A zacząłbym od radykalnego odchudzenia programu 500+.

500+ bez zacietrzewienia

Spójrzmy zatem na problem trzeźwym okiem, starając się pozbyć na chwilę ideologicznych okularów, które każą oceniać każda decyzję pod kątem: „rządowa/antyrządowa” lub „dla elit/dla ludu”. Program 500+ początkowo reklamowany był jako lekarstwo na spadającą dzietność Polaków. Nasi rodacy jadąc do Irlandii bądź Anglii odzyskiwali nagle chęć do rozmnażania się.

Bizblog.pl poleca

Problem nie mógł więc tkwić w nabytej nagle niechęci do dzieci. Był pokłosiem sytuacji ekonomicznej, która sprawia, że miliony obywateli od bezdomności dzieli dzisiaj jedna bądź dwie spłaty kredytu. Jak w takiej sytuacji myśleć o potomstwie?

No więc, pomyśleli politycy PiS, damy Polakom miesięczne dopłaty do dzieci. A Polacy, szczególnie ci antyPiS, ruszyli do boju. Że biedota weźmie tę gotówkę i przepije, wyda na bzdury, a dzieci jak były biedne, tak będą. Późniejsze badania pokazały, że wspomniane obawy zmaterializowały się w stosunkowo niewielkim stopniu. A przynajmniej nie w takim, który podważałby sens całego programu.

Sęk w tym, że po początkowym boomie rozrodczym, wskaźniki urodzeń szybko wróciły do normy. Dzisiaj wiemy już, że pierwszy sukces rządu nie wziął się z wdrożenia 500+. Był efektem tego, że ostatnie pokolenie wyżu demograficznego weszło w okolice „30” i uznało, że to dobry czas na spłodzenie potomka.

Dodatkowe pieniądze nie zachęciły Polaków do niczego, poza zwiększoną konsumpcją. Dzisiaj, kilka lat po rozpoczęciu wypłat, efektu 500+ nie widać już w ogóle.

Z biegiem czasu prezes Jarosław Kaczyński przyznał, że w programie 500+ chodziło tak naprawdę bardziej o redystrybucję dochodów niż zachętę do rodzenia. Potwierdził w ten sposób to, o czym od miesięcy mówili ekonomiści. Socjal nakręcał gospodarkę. Korzystali na tym sprzedawcy samochodów, sieci handlowe, sklepy z elektroniką, właściciele pensjonatów nad Bałtykiem i touroperatorzy. Win-win.

Prezes kocha wszystkie dzieci

Mamo, czy 500 zł dostaje ja, czy mój brat? Tego typu żarty praktycznie z miejsca próbowały ośmieszać jedno z głównych założeń programu. Pieniądze trafiały bowiem do rodzin tylko od drugiego dziecka wzwyż z wyjątkiem tych gospodarstw domowych, w których dochód na jednego członka rodziny nie przekraczał 800 zł netto.

Nie wiadomo, czy prezes Kaczyński przejął się tym naigrywaniem, czy po prostu walczył o głosy kolejnych wyborców. Faktem jest, że w tak zwanym międzyczasie PiS uznał, że próg dochodowy na pierwsze dziecko jest zbędny.

Jeśli na koniec prezydentury będę mógł usłyszeć od polskiej rodziny, że żyje im się bezpieczniej, lepiej, żyje wygodnie, to uznam, że główny cel, który sobie postawiłem został osiągnięty

– cieszył się Andrzej Duda

Prezydent rzucił przy okazji, niby mimochodem, że dzięki programowi ubóstwo w Polsce spadło o 90 proc. W jaki sposób miało się to do rozszerzenia 500+ o lepiej zarabiających? Tego już nie wytłumaczył.

Więcej wydatków. Budżet wytrzyma

Za to tuż po złożeniu podpisu przez głowę państwa, minister finansów musiał jęknąć z bólu: Zadowoliliśmy lud, ale jakim kosztem? Rząd zapisał po stronie kosztów dodatkowe 20 mld zł. W projekcie budżetowym na 2020 r. prodemograficzny program miał wiązać się w wydatkiem 41,2 mld zł. Tyle samo PiS zamierza wydać też w 2021 r.

Problem w tym, że o ile w pierwszej wersji 500+ zdecydowana większość pieniędzy poszła do słabiej zarabiających, o tyle jego rozszerzenie trafiło już na drugi biegun bogactwa.

Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA policzyło, że 30 proc. zysków ze zniesienia progu dochodowego trafi w ręce najbogatszych 20 proc. Polaków. To 5,4 mld zł. Najbiedniejsze 20 proc. zobaczy w tym czasie około 800 mln zł – 4 proc. całkowitych kosztów rozszerzenia.

Uzasadnienie upowszechnienia świadczenia 500+ na pierwsze dziecko pozostaje zagadką

– zachodził w głowę dyrektor CenEA, dr Michał Myck

I dodawał: upowszechnienie programu 500+ nie przełoży się na obniżenie ubóstwa i są małe szanse, by miało istotny wpływ na liczbę urodzin.

A przecież do wspomnianych 5,4 mld zł należy doliczyć jeszcze 1,5 mld zł, które trafiało do zamożnych Polaków jeszcze przed reformą.

Do bogatych trafia łącznie 7 mld zł

Okej, ale co znaczy bogaty? – zapytacie.

W polskich warunkach górny decyl (10 proc.) wyznacza próg zarobków powyżej 8239,84 zł brutto miesięcznie (dane GUS za 2018 r.). Ósmy decyl to pieniądze rzędu 6,24 tys. zł brutto. Żadna fortuna, ale zarabiający podobne kwoty mogą się raczej obejść bez wsparcia państwa. A nawet, w imię wspólnego dobra, powinni, o czym za chwilę. Tym bardziej, że w realiach 2020 r. do obu tych kwot możemy spokojnie dopisać po kilkaset złotych.

Dolny decyl to już zarobki do 2224,17 zł brutto. I tu jeden pięćset złotowy banknot w jedną albo drugą stronę robi ogromną różnicę. Dla niektórych rodzin bywa odpowiedzią na pytanie: pani Jadziu, płaci pani teraz, czy wpisujemy do zeszytu? Podobnie jest w kolejnych 10 proc. od dołu, gdzie sufit wynagrodzenia wyznacza 2666 zł brutto.

Czasy kryzysu nie są najlepszym momentem na gwałtowne cięcia świadczeń socjalnych dla najmniej zarabiających grup. Część ciężaru walki z gospodarczymi skutkami pandemii może za to wziąć na barki finansowa elita. Jakkolwiek to słowo śmiesznie by nie brzmiało w kontekście 8 tys. brutto. Sorry, taki mamy klimat.

Tylko nie wydajmy na głupoty

Co moglibyśmy zrobić za te zaoszczędzone 7 mld? Wbrew opiniom wolnorynkowych ekonomistów nie wydaje mi się, by redukowanie deficytu było teraz największym wyzwaniem. Kasa może za to trafić do osób, którym w ostatnim czasie jej odmawiano, tłumacząc, że budżet nie jest z gumy.

Mam tu na myśli m.in. propozycje, które niedawno uwalił Sejm takie jak dodatki do wynagrodzeń dla pracowników medycznych walczących z COVID-19 (4 mld zł), dofinansowanie leczenia chorób nowotworowych i układu sercowo-naczyniowego (2 mld zł) i podwyżki dla nauczycieli (2,5 mld zł). Do tej listy możemy dorzucić wiecznie brakujące w szpitalach maseczki, kombinezony i środki dezynfekcyjne.

Rząd mógłby pokusić się także o pomoc branżom, które zmusił do zamknięcia działalności. Turystyka ma dostać raptem 850 mln zł, co nie pozwoli na objęcie wsparciem wszystkich potrzebujących. Galerie handlowe od początku lockdownu straciły 32 mld zł, ale tarcze antykryzysowe ich nie obejmują. Szykuje się pozew zbiorowy.

Przedsiębiorców w potrzebie można byłoby wymieniać jeszcze długo. Przelanie na konta firm miliardów zł w ramach postojowego mogłoby uratować mnóstwo miejsc pracy.

Wreszcie, gdyby rząd zaoszczędził 7 mld zł, mógłby powstrzymać swój apetyty na pieniądze samorządów. Pod koniec ubiegłego roku parlament przegłosował ustawę o podatku zryczałtowanym. Przez nowelizację podatnicy, którzy rozliczali się z podatku dochodowego od osób fizycznych na zasadach ogólnych, przejdą na zryczałtowany podatek dochodowy.

Ten pierwszy trafia do gmin, drugi – do budżetu. Sekretarz strony samorządowej Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego Andrzej Porawski wyliczał, że budżet wzbogaci się dzięki temu o 1,6 mld zł. Jednocześnie są to pieniądze, które samorządy stracą, a które mógłby pójść na remonty dróg, utrzymanie szkół, przedszkoli i żłobków.

Wciąż uważacie, że 500+ bogatym się po prostu należy?

Bon turystyczny, czyli 500+ bis

Co więcej, 500+ nie jest jedynym programem socjalnym PiS-u, który ładuje dodatkowe pieniądze wprost w kieszenie najbogatszych Polaków. Innym przykładem jest bon turystyczny. Bonus od rządu, który miał pomóc pogrążonej w zapaści branży turystycznej, a zamiast tego sprawił, że zamożni turyści wydali na wakacje trochę mniej niż planowali.

Tych biedniejszych na wyjazd i tak nie było stać, więc zaczęli handlować bonami na czarno, dostając za nie 200-300 zł mniej niż były rzeczywiście warte.

Koniec końców Aleksander Łaszek z FOR policzył, że nominalnie najwięcej na bonie zarobiło najbogatsze 10 proc. społeczeństwa. Na drugim miejscu – co za niespodzianka – kolejne 10 proc. najzamożniejszych. Zdecydowanie najmniej wpadło natomiast w ręce najbiedniejszych 20 proc.

Branża turystyczna błagała rząd o zmianę formy pomocy. Dopłacanie do wakacji osobom, które i tak by na nie pojechały w żaden sposób nie mieściło się przecież w kategorii rozruszania polskiej turystyki. Ale rząd uparł się, że jak wszyscy, to wszyscy. Egalitarnie. No i ten egalitaryzm wychodzi nam powoli bokiem.