Relacje

Tysiąc kilometrów Peugeotem 305 w drodze po trzy złomy. Wymarzona niedziela graciarza

Relacje 13.07.2020 1447 interakcji
Michał Koziar
Michał Koziar 13.07.2020

Tysiąc kilometrów Peugeotem 305 w drodze po trzy złomy. Wymarzona niedziela graciarza

Michał Koziar
Michał Koziar13.07.2020
1447 interakcji Dołącz do dyskusji

Pojechać francuskim złomem (Peugeot 305) do Bielska-Białej, odebrać stamtąd japoński tlenek żelaza (Toyota Corolla E8), następnie szybki kurs pod granicę czeską po stalowe knedliczki (Skoda Forman) i graciarskie odwiedziny we Wrocławiu. Tak wyglądał mój plan na wyborczą niedzielę i udało się go zrealizować z drobnymi przygodami.

Strasznie bawią mnie ludzie, którzy boją się pojechać youngtimerem dalej niż na spotkanie w miejscu oddalonym o 15 km. Przecież to klasyczek, taki stary, nie boisz się tak daleko nim jechać? Ani trochę. Dlatego na niedzielną wycieczkę zabrałem świeżo kupionego Peugeota 305. Czy obawiałem się o jego sprawowanie w czasie przeszło tysiąckilometrowej podróży? Niespecjalnie. Już tłumaczę.

Stare auta dzielę na dwie kategorie: rozruszane i stojaki. Te drugie to w sumie typowe klasyki, robiące po 200 km rocznie albo i mniej. W skrócie auta stojące. Nie ma nic gorszego dla mechaniki grata niż takie traktowanie. Jeśli interesuje was jak się kończy próba częstszego jeżdżenia takim autem, to serdecznie polecam sagę o mojej Argencie. Przez ostatnie lata w zasadzie tylko stała w garażu, dzięki czemu błyskawicznie po rozruszaniu popsuł się najpierw zapłon, potem pompa paliwa i wtrysk. W zasadzie wszystkie te awarie można przypisać długiemu postojowi (wiem już co dokładnie stało się z wtryskiem, wkrótce się tym z wami podzielę). Takie właśnie stojaki są tymi, którymi obawiam się jechać w dłuższą drogę.

Natomiast pojazdy rozruszane mogą mieć 50 czy 40 lat, ale regularnie jeżdżą i robią trasy. To oznacza, że siłą rzeczy najważniejsze bolączki musiały zostać wyeliminowane, a mechanizmy są regularnie smarowane i w miarę czyste. Świeża benzyna na bieżąco wypłukuje bak i gaźnik, olej w skrzyni dociera do wszystkich zębów, wilgoć na elektryce odparowuje przez temperaturę itd. Wiedziałem, że Peugeot 305 w ostatnim czasie regularnie jeździł, więc nie widziałem powodów do obaw.

W drogę, jak zawsze spóźnieni.

Wiecie jak to jest, obiecujesz sobie, że wyruszysz gdzieś w niedzielę rano o wczesnej godzinie. Nastawiasz budzik, planujesz jak szybko się uwiniesz. Po czym rano wyłączasz alarm mamrocząc „guzik mnie to obchodzi, jest niedziela” i przewracasz się na drugi bok. Kto nigdy tak nie zrobił niech pierwszy rzuci kamieniem. Pod blokiem kol. Tomka byłem godzinę później niż planowałem. Nikt nie był zdziwiony, wręcz przybiliśmy sobie piątkę za wyjątkowo małe spóźnienie. Zazwyczaj wychodzi nam coś w okolicach dwóch godzin po planowanej godzinie odjazdu.

Chciałbym napisać, że na drodze do Bielska-Białej wydarzyło się coś ciekawego, ale niestety jechaliśmy starym Peugeotem, a one są zaskakująco posłuszne. 305-ka jedynie stwierdziła, że nie lubi korków na trasie, tych z gatunku najgorszych, gdzie stoisz w miejscu pięć minut, przesuwasz się o 50 metrów i znowu stoisz. Wiatraczek chłodnicy napędzany paskiem, a nie elektrycznym silniczkiem, nie do końca radził sobie w upale ze zbijaniem temperatury na postoju i wymagał wsparcia nagrzewnicy. To tyle. Nawet nie było nam w środku gorąco, Peugeot może jednocześnie wiać ciepłym powietrzem na nogi i zimnym na twarz, a szyberdach usprawnia wentylację.

toyota corolla e8
Bielsko-Biała, 2002 r., zdjęcie kolorowe.

Pierwszy cel: Toyota Corolla E8 z Bielska-Białej.

Chyba powinienem wam wytłumaczyć o co chodziło z wyprawą po japoński tlenek żelaza. Zapewne należałoby to zrobić na samym początku opowieści. Ale to tylko takie gadania, w graciarskich wycieczkach to droga jest celem, a nie to, po co się jedzie. Czy coś w ten deseń, starczy tych sentencji w stylu Grato Złomuelho. Po prostu jeden z widzów mojego kanału napisał do mnie z ciekawą propozycją. Otóż jego tata miał Toyotę Corollę E8 diesel z 1986 r., kupioną w Peweksie, która miała trafić na złom, ponieważ kupił nowsze, wygodniejsze auto. Zarówno starszemu panu jak i jego synowi szkoda było zostawiać samochód z historią na pastwę zgniatarki, więc powstał pomysł przekazanie jej mi. Serce nałogowego graciarza od razu powiedziało „dawaj, bierz ją”. Na szczęście tym razem zadziałał mózg, wyświetlając przed oczami wielki czerwony napis OGARNIJ SIĘ, MASZ ZA DUŻO GRATÓW.

Znalazłem złoty środek. Toyota Corolla E8 nie trafi na złom, ja nie będę miał nadmiarowego grata. Po prostu napisałem do wspomnianego kol. Tomka, znanego selekcjonera pudełkowatych japońskich wozów w średnim stanie. Oczywiście był zainteresowany takim prezentem. Tak oto wylądowaliśmy w Bielsku-Białej przerywając sympatycznemu starszemu małżeństwu oglądanie meczu. Jak się okazało podczas interesującej rozmowy, Corolla od początku była w rodzinie i ma nawet książkę gwarancyjną wydrukowaną w Japonii po polsku z pieczątką Polmotu. Wielka szkoda, że blacha w niej, jak mawia red. prow., to hehe. Toyota ma ledwo 150 tys. przebiegu, w środku wygląda jak nowa, ale korozja zdecydowanie jej nie oszczędziła.

Z opowieści i reakcji starszego pana wiedzieliśmy, że auto ma dla niego znaczenie sentymentalne. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, przekazaliśmy upominek i wreszcie nadszedł moment, który złamałby serce każdego samochodziarza. Trzeba było odjechać, widząc smutek starszego pana. Szybko powstał pomysł, że Tomek zabierze Toyotę na weekendową wycieczkę i wyśle poprzedniemu właścicielowi ładne zdjęcia, żeby choć trochę złagodzić emocje związane z rozstaniem.

toyota corolla e8
Odludny parking i szemrane graciarskie interesy.

Następna stacja: zgraciała Skoda Forman.

Kolejny przystanek na naszej trasie znajdował się około 100 km dalej. Chodziło o Skodę Forman, dziwne marzenie mojej dziewczyny. Wyruszyliśmy tam już konwojem złożonym z dwóch srebrnych gratów z lat 80. To znaczy Forman był przystankiem oficjalnym, ale ja miałem jeszcze ważny szmecher do zrobienia po drodze. Umówiłem się przy A4 z człowiekiem, który miał dla mnie cenny towar. Przepływomierz i brązową podsufitkę do Fiata Argenty. Podczas niecnych graciarskich interesów problemem okazał się brak planowania. Mianowicie nikt nie zmierzył, czy podsufitka z większej Argenty wejdzie do Peugeota 305. Toyota Corolla E8 jak się okazało ma jeszcze mniejszą kabinę, oba auta to sedany. Oczywiście, że podsufitka się nie zmieściła, więc zapłaciłem panu z góry za wysyłkę ponadgabarytowego towaru, zabrałem przepływomierz i ruszyliśmy w stronę granicy państwowej.

Tam czekał na nas Forman polift, który na zdjęciach wyglądał zdecydowanie lepiej niż na żywo. Lubię samego sprzedawcę, nie będę się więc pastwił nad wszystkimi wadami Skody i zakończę tylko stwierdzeniem, że jego oczekiwania cenowe nie zgadzały się z naszą wyceną pojazdu. W stopniu na tyle znaczącym, że nie było sensu się nawet targować.

Byłbym zapomniał. Po tym jak Argenta zepsuła się w drodze do Warszawy w wyniku testów przyspieszenia na drodze szybkiego ruchu przed wyruszeniem na tą wyprawę ustaliliśmy, że nie będziemy robić żadnych „patrz synek jak to idzie”. Oczywiście ta zasada została złamana zaraz po odebraniu Corolli i wjechaniu na autostradę. Nie ma nic lepszego niż wyścigi aut o mocy do 60 KM. Kierowca srebrnej Skody lecącej 180 km/h lewym pasem wstał i zaczął klaskać.

toyota corolla e8
Niby w wyprawie brała udział czwórka dorosłych osób, a i tak wszyscy uznali, że zdjęcie przy tym znaku jest obowiązkowe.

Kierunek: Wrocław.

Czekaliście, aż wreszcie w tej historii pojawią się jakieś awarie? Ja też, no i się pojawiły. Konkretnie lewy przegub w Peugeocie zaczął wybijać tradycyjne francuskie rytmy podczas przyspieszania. Czy to ważny problem? Nie, przecież to stary Peugeot, i tak dojedzie. Natomiast Corollę postanowiła zaatakować agresywna sarna. Stała sobie na drodze, zobaczyła Toyotę i postanowiła, że przywali jej w bok z dyńki. Może w języku sarn warkot japońskiego diesla brzmiał jak „ty włochaty pajacu, teraz ta droga jest moja” . Na szczęście zwierzę w ostatniej chwili zrezygnowało z walki o terytorium, cofnęło się i uciekło w las.

Znowu bez strat. Sekcja szkalowaniach francuskich wozów w komentarzach na Autoblogu już idzie gotować bigos na uspokojenie, jak to tak, Peugeot bez głupich awarii? Uspokajam, coś się jednak wydarzyło. Francuz, jak to Francuz, nawet w wersji wyposażeniowej szyba czołowa i kierownica dał radę zaliczyć awarię elektryczną. W pewnym momencie poczułem zapach spalenizny, a wiatraczek od wentylacji przestał działać. Szybka diagnoza ujawniła, że pokrętło zmieniło się we włącznik trybu samospalenia z widowiskowymi błyskami za kratkami nawiewu. Trudno, resztę trasy musiał wystarczyć pęd powietrza podczas jazdy.

Chwila, chwila, a po ten Wrocław na trasie? Tam też czekał jeden grat do obejrzenia, swoją drogą bardzo ciekawy, ale niech na razie pozostanie tajemnicą. Przynajmniej dopóki nie zrobię na niego miejsca wyprzedając inne. Parafrazując wielkiego aktora, Stachu Jonesa: dowiecie się w swoim czasie.

Nie mogło się obyć bez awarii w środku nocy.

Ale się obyło. Podczas nocnego powrotu do Warszawy… nie wydarzyło się zupełnie nic. Peugeot 305 jechał równe 120 km/h, Toyota Corolla E8 115 km/h, zero problemów poza transportami ponadgabarytowymi spowalniającymi ruch. Niemal 40-letni Peugeot tak po prostu z marszu zrobił ponad tysiąc kilometrów, 34-letnia Corolla nie przejęła się dystansem około 650 km. To jak to było, że youngtimerami to strach jechać w dalsze trasy i najlepiej to tylko na lokalnego spota, a potem z powrotem do garażu?

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać