Felietony

Koszty napraw rządowych aut po „stłuczkach” są absurdalne. Ale to nie wina polityków

Felietony 23.01.2019 649 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 23.01.2019

Koszty napraw rządowych aut po „stłuczkach” są absurdalne. Ale to nie wina polityków

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski23.01.2019
649 interakcji Dołącz do dyskusji

Krzysztof Brejza, poseł na sejm RP z ramienia Platformy Obywatelskiej, postanowił dowiedzieć się, ile kosztowała naprawa rządowych aut uszkodzonych podczas kolizji, które zdarzyły się w 2017 i 2018 r. Kwoty szokują. Ale to chyba nie politycy są winni…

Oto status, jaki Krzysztof Brejza zamieścił na swoim Twitterze:

Przypomnijmy, że w końcu października ubiegłego roku kolumna rządowa wioząca Beatę Szydło miała kolizję w miejscowości Imielin w powiecie bieruńsko-lędzińskim (woj. śląskie). W wyniku kolizji, nazwanej przez Beatę Szydło „drobną stłuczką”, ucierpiało BMW serii 7 (F01) z kolumny rządowej oraz Audi Q7, także wchodzące w jej skład. Do zdarzenia doszło w banalny sposób. Kierowca BMW nie wyhamował przed samochodem zatrzymującym się przed przejściem dla pieszych i uderzył w tył Peugeota. Następnie na BMW najechało Audi. „Rozbite lampy i zderzaki”, nie zmartwiła się pani Beata, przecież to groszowe sprawy….

Obydwa samochody nie miały ubezpieczenia auto-casco

A co w tym dziwnego i oburzającego? Przecież ich właściciel, czyli de facto państwo polskie (tak, wiem – Służba Ochrony Państwa) ma najlepsze na świecie ubezpieczenie auto-casco polegające na tym, że w razie uszkodzenia za naprawę zapłaci budżet, czyli podatnicy. Zatem dodatkowe wykupowanie ubezpieczenia byłoby pozbawione sensu. Ponadto udało mi się dowiedzieć, że auta rządowe są ubezpieczane jak flotowe, na innych zasadach – ubezpieczenie ma zarządca floty, czyli organizacja, a nie poszczególne pojazdy. Jak się okazuje, w przypadku tych uszkodzeń dział 75408 Służby Ochrony Państwa płaci po prostu za uszkodzenia samochodów rządowych, przy czym część kosztów ponosi funkcjonariusz, który spowodował wypadek – do wysokości jego trzymiesięcznego wynagrodzenia.

wypadek beaty szydło

Można zatem założyć, że udział funkcjonariusza w naprawie pozostaje w zdecydowanej mniejszości w stosunku do łącznego kosztu reperacji, który wynosi…

43 tysiące złotych dla Audi Q7 i 92 tys. złotych dla BMW serii 7.

Dużo? Przecież to tylko trochę pogniecionych i połamanych elementów. Tak się przynajmniej wydaje na pierwszy rzut oka, ale ktokolwiek wie coś o naprawach nowoczesnych samochodów, na widok uszkodzeń w Audi Q7 załamie ręce. Auto jest właściwie zdemolowane. Dobrych zdjęć BMW nie udało mi się znaleźć, ale nie jestem zdziwiony, że w przypadku nawet podobnych uszkodzeń kwota jest dwa razy wyższa.

wypadek beaty szydło

Już z tego zdjęcia widać, że jest dramat. Lampy – połamane plastikowe mocowania. Chłodnice – główna, od skrzyni biegów, od klimatyzacji – na pewno uszkodzone. Maska, grill, plastikowe elementy mocujące, zderzak, halogeny, zapewne też przedni błotnik. Poduszki powietrzne – prawdopodobnie odpaliły (nie widać). To auto rządowe, nie ma mowy o naprawie na zamiennikach czy częściach używanych, a to co jest „trochę uszkodzone, ale jeszcze się nada”, po prostu się wyrzuca. Miałem taki przypadek w moim własnym samochodzie uszkodzonym z winy innej kierującej: autoryzowana stacja obsługi doszukała się jednego, pękniętego plastikowego zaczepu, który mocował osłonę. Wyrzucono całą osłonę i zamówiono nową, mimo że po sklejeniu tego zaczepu wszystko byłoby dalej idealne. To, że znalazłem potem moją rzekomo wyrzuconą osłonę na Allegro, to inna rzecz.

Winni są oczywiście funkcjonariusze SOP, ale…

Trzeba jeździć jak wyjątkowy… kierowca, żeby doprowadzić do tak skrajnie idiotycznego wypadku w obszarze zabudowanym. Rozumiem, że zdarza się wpadnięcie w poślizg na śniegu, zasłabnięcie, zaśnięcie itp., dlatego wypadki zawsze będą, ale karmagedon z trzema rozbitymi wozami bo ktoś hamował przed przejściem dla pieszych? Aż się boję przepuszczać pieszych, bo może z tyłu jedzie SOP i wbije mi się siódemą w dzieci, które wiozę na tylnym siedzeniu.

Ale jest też inna kwestia: za tak wysokie wyceny odpowiadają przede wszystkim producenci samochodów, którzy w sposób najzupełniej oderwany od rzeczywistości windują ceny nowych, oryginalnych części. Chciałem kiedyś kupić serwo hamulcowe do Toyoty Land Cruiser: kosztowało według wyceny w ASO ponad 6000 zł. Potrafią żądać 25 zł za plastikową spinkę do tapicerki. Kiedyś „Auto-Świat: Poradnik” przygotował zestawienie, ile wart byłby nowy samochód, gdyby złożyć go z części kupionych w ASO. Ostateczna kwota była taka, że można było jedynie zarechotać, typu 300 tys. zł za auto segmentu miejskiego. Lampa do popularnego auta kompaktowego bywa wyceniana na 3-3,5 tys. zł. A dlaczego nie? Ubezpieczyciel zapłaci. A jeśli nie zapłaci, to też skorzysta, bo dzięki bardzo wysokim cenom części oryginalnych łatwiej orzec szkodę całkowitą.

Wszystko jest policzone tak, żeby naprawa samochodów była jak najbardziej nieopłacalna, zwłaszcza dla właścicieli

Dla tzw. przeciętnego obywatela te wyceny mogą być szokujące, dla osób zajmujących się zawodowo naprawami samochodów są najzupełniej normalne. Jaki z tego wniosek? Tylko jeden: jak jedziesz w terenie zabudowanym, to nie siedź nikomu na zderzaku. Tym razem trudno jest obwinić o coś polityków. Choć ogólnie to ja zawsze chętnie…

 

 

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie