Wiadomości

Chcesz przetestować FSD Tesli? Zapłać i zapomnij o osiągach auta, a jak cię wybiorą – nie krytykuj

Wiadomości 28.09.2021 26 interakcji

Chcesz przetestować FSD Tesli? Zapłać i zapomnij o osiągach auta, a jak cię wybiorą – nie krytykuj

Paweł Grabowski
Paweł Grabowski28.09.2021
26 interakcji Dołącz do dyskusji

Tesla postanowiła rozszerzyć testy Full Self-Driving (FSD) na zwykłych użytkowników. Ale na początek testować będą mogli go tylko najbardziej ostrożni kierowcy.

JEST! Po długim oczekiwaniu w Tesli pojawił się przycisk aktywujący Full Self-Driving, czyli opcję jazdy autonomicznej. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych mogą już wziąć udział w testach. Wystarczy tylko, że udowodnią swoje umiejętności za kierownicą. Jeżeli kierowca chce wziąć udział w testach topowego autopilota, to musi wyrazić zgodę na ocenę swojego stylu jazdy przez Teslę. System będzie monitorował, jak kierowca radzi sobie na drodze, im więcej punktów otrzyma, tym szybciej dostanie możliwość odpalenia trybu autonomicznej jazdy. Nie ma oficjalnego spisu czynności, które są najlepiej i najgorzej punktowane, ale doświadczenia kilku użytkowników wskazują na to, że przyspieszenia nie mają wpływu na końcową ocenę. To bardzo dobrze, bo tak trochę smutna byłaby sytuacja, w której kupno elektryka o osiągach supersamochodu wiązałoby się z co najwyżej muskaniem pedału przyspieszenia. Jeżeli jednak kierowca zbyt szybko pokonuje zakręty, dużo hamuje i łamie przepisy ruchu drogowego, to nie ma co liczyć na dostęp do bety FSD.

Wielki Elon napisał wprost, że przez pierwsze dni tylko najlepsi kierowcy otrzymają możliwość wzięcia udziału w teście. W miarę postępu prac będą dopuszczani coraz słabsi kierowcy. Wystarczy, że klikną odpowiednie zgody i już mogą zobaczyć, jak wygląda jazda przyszłości.

Jednak system punktowy rodzi pewne obawy. Hamowanie powoduje spadek oceny, w myśl zasady: hamujesz — przegrywasz. A co w sytuacjach awaryjnych?

Historia zna takie przypadki. Grywalizacja mająca na celu osiągnięcie najniższego spalania w BMW okazała się niewypałem. Kierowcy ignorowali czerwone światła, bo zatrzymywanie się na nich było zbyt szkodliwe dla całościowego wyniku. Podobnie jest w przypadku Tesli.

Kto doniesie ten ma przechlapane

Nie ma nic za darmo. Użytkownicy biorący udział w programie zgadzają się na klauzulę NDA dotyczącą testów. Jak donosi Vice, klauzula jest bardzo rygorystyczna. O Tesli i systemie Full Self-Driving można mówić wyłącznie pozytywnie. Nie można rozmawiać na ten temat z mediami, ani nawet wozić w samochodzie ludzi z mediów. Co więcej, klauzula przypomina działania rodem z sekt. Otóż zwraca się w niej uwagę na to, że na świecie jest wielu złych ludzi, którzy chcą zaszkodzić Tesli, nie można więc dam im pożywki. Posty w mediach społecznościowych mają zachwalać działanie systemu. A działa on wybitnie. Tutaj np. postanowił zmniejszyć populację pieszych:

Ten film powyżej pochodzi z nagrania, które miało pokazywać zalety nowej wersji FSD. Oryginał został już usunięty z sieci, bo godził w dobre imię Tesli, ale na szczęście co raz trafiło do internetu, zostaje tam na zawsze. Twórca opublikował w zamian filmik, w którym wyjaśnia, że musiał usunąć ten filmik, bo ludzie mogą nabrać złego przekonania, że FSD działa źle, a on działa całkiem nieźle, jedynie czasem się może pomylić. Dosyć zabawne tłumaczenie.

Jest pewien problem, który pojawia się gdy Tesla przeprowadza test nieskończonego systemu FSD na ludziach

Rozumiem, że kierowca zgodził się na bycie królikiem doświadczalnym, early adopterem, jak to się ładnie nazywa. Co więcej — on za to płaci, albo jednorazowo, albo w miesięcznych ratach, wykupując dostęp do trybu FSD. Ale śmiem wątpić, że zgadzają się na to przypadkowi ludzie spotkani na ulicy. Idą sobie niespiesznie przez przejście dla pieszych, gdy Tesla postanawia skręcić w ich kierunku. Trochę to ryzykowne. W idealnym świecie nikt nie wypuściłby do ruchu ulicznego oprogramowania, które przez swą niedokończoność może spowodować wypadek. Ci wszyscy nieświadomi uczestnicy testów mogą stać się jego ofiarami. Chyba że są to po prostu ofiary, które trzeba ponieść, a które akceptujemy, jako poboczny koszt postępu. Żeby było śmieszniej, Tesla wykorzystuje kilka kruczków prawnych. Zgodnie z zasadami testów osobą odpowiedzialną za wypadek w trakcie używania FSD jest użytkownik. A sam test na drogach publicznych jest dozwolony, bo Tesla twierdzi, że to autonomia 2 poziomu.

JAK TO 2. POZIOMU?!

Zgodnie z definicją drugi poziom autonomii jest wtedy, gdy pojazd kontroluje tor jazdy, odpowiada za przyspieszenie, hamowanie, kontroluje odległość od poprzedzającego samochodu. Dopiero czwarty poziom to w pełni autonomiczna jazda. Wiecie, ta nazwa Full Self-Driving, to tylko taka marketingowa ściema. W końcu opis funkcji nic nie mówi o automatycznej jeździe:

tesla-fsd

tesla-fsd

I tym sposobem Tesla przeprowadza na publicznych drogach test niedokończonego rozwiązania, a odpowiedzialność za jego ewentualne niedostatki poniosą z radością klienci. I jeszcze żeby mieć taką możliwość, musieli wcześniej zapłacić górkę pieniędzy za opcję FSD, a teraz muszą swoimi superszybkimi autami jeździć superwolno i ostrożnie. A jak coś nie zadziała zgodnie z oczekiwaniami, nie mogą o tym nikomu powiedzieć. Sprytne.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać