Porady / Felietony

Niedawno zdaliście prawo jazdy? Oto parę złych nawyków, których możecie uniknąć

Porady / Felietony 13.11.2021 218 interakcji
Piotr Szary
Piotr Szary 13.11.2021

Niedawno zdaliście prawo jazdy? Oto parę złych nawyków, których możecie uniknąć

Piotr Szary
Piotr Szary13.11.2021
218 interakcji Dołącz do dyskusji

Jeśli od niedawna jeździcie samochodem, macie szansę nie nabrać złych przyzwyczajeń i nie wyglądać za kierą jak stary taksówkarz. Oto szkodliwe nawyki kierowców, których trzeba się wystrzegać.

Zastanówcie się przez chwilę, jak oceniacie innych kierowców, których codziennie mijacie na drodze. Raczej niezbyt dobrze, prawda? A to psikus, bo gdyby spytać każdego kierowcę z osobna, jak ocenia swoje umiejętności za kierownicą, to moglibyśmy się spodziewać opinii dobrej lub bardzo dobrej – średnia ocena, którą wystawiają sobie Polacy, to 7,2 pkt. na 10 możliwych. To szokująco wysoko, biorąc pod uwagę obszerny katalog błędów, które można robić za kierownicą – i które w takiej czy innej części robi wielu z nas, choćby z przyzwyczajenia. Sprawdź, czy któryś z podpunktów nie dotyczy także ciebie. I miej na uwadze, że to i tak nie wszystkie uchybienia, jakie można popełnić…

Szkodliwe nawyki kierowców

Nieprawidłowa pozycja za kierownicą

Temat-rzeka, niestety czasem mający początek już w szkołach nauki jazdy. Kierowcy siedzą za blisko lub za daleko od kierownicy, a gdy już dysponują prawem jazdy, to siedzą w ogóle jakoś krzywo, nonszalancko trzymając jedną rękę na szczycie kierownicy. Wszystkie te warianty mają jedną wspólną cechę: nie dają możliwości sprawnego zapanowania nad autem, jeśli na drodze wydarzy się coś nieprzewidzianego i skutkującego np. utratą przyczepności czy konieczności gwałtownego wykonania jakiegoś manewru. Co więcej, siedzenie zbyt blisko kierownicy dokłada do tego ryzyko odniesienia poważnych obrażeń w razie zderzenia – nawet jeśli nie z powodu poduszki powietrznej, to np. przez uderzenie kolanami w struktury ukryte pod deską rozdzielczą.

szkodliwe nawyki kierowców
Zdjęcie: Nutlegal Photographer, Shutterstock.com

A przecież ogólne zasady dotyczące zajęcia prawidłowej pozycji za kierownicą nie są skomplikowane. Najważniejsze mówią o tym, by po wciśnięciu pedału sprzęgła (w przypadku auta ze skrzynią manualną) noga nadal pozostawała lekko ugięta w kolanie. W samochodzie z automatem na postoju próbujemy z całej siły wcisnąć pedał hamulca – także i tu noga nie może być wyprostowana. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ jeśli bezpośrednio przed uderzeniem w przeszkodę będziemy mieli wyprostowaną nogę (lub obie), to pozbawiamy się dodatkowej amortyzacji obecnej wtedy, gdy nogi są lekko ugięte w kolanach. A to może skutkować zwiększonymi obrażeniami miednicy.

Lekko ugięte w łokciach powinny być także ręce, które trzymamy na kierownicy w pozycji „za piętnaście trzecia”. Po wyprostowaniu ręki, nadgarstek powinien opierać się o szczyt koła kierownicy, ale – bardzo ważne – plecy powinny być zawsze podparte na całej swojej długości, niezależnie od wykonywanego manewru. Zagłówek powinien być ustawiony tak, by stanowić solidne podparcie dla głowy w razie uderzenia z tyłu – jego górna krawędź powinna znajdować się mniej więcej na równi z czubkiem głowy człowieka zajmującego dane miejsce. Warto pamiętać też o regulacji pasów bezpieczeństwa, jeśli w aucie jest taka możliwość – pas powinien przylegać do ciała na najdłuższym możliwym odcinku. Co więcej, nie powinno się prowadzić np. w kurtce czy grubym swetrze – nie tylko przez niedostateczne przyleganie pasa do ciała, ale i przez potencjalne ograniczenie możliwości ruchu (tj. sprawnego kręcenia kierownicą).

W zasadzie można by tu dorzucić niektóre zachowania pasażerów – od jazdy bez zapiętych pasów bezpieczeństwa (szczególnie na tylnej kanapie), aż po kładzenie nóg na desce rozdzielczej, jeśli ktoś jedzie z przodu. Jak wybuchnie poduszka powietrzna, to zrobi wtedy z człowieka harmonijkę.

Częsta jazda na rezerwie

W tym przypadku problem jest tym większy, im starsze jest auto. Z biegiem czasu w zbiorniku paliwa zbiera się coraz więcej nieczystości, a jeżdżenie na rezerwie może zwiększać ryzyko zassania czegoś niedobrego do układu paliwowego – szybciej może się zatkać filtr paliwa (jeśli jest w pojeździe), uszkodzeniu może też ulec układ wtryskowy (szczególnie w nowoczesnych dieslach).

Zdjęcie: jomphong, Shutterstock.com

Jazda z niskim stanem paliwa jest też niewskazana w okresie zimowym – im mniej jest go w zbiorniku, tym większe jest ryzyko skraplania się wewnątrz wody, która potem ścieka do paliwa i rozcieńcza je. A to może prowadzić np. do korozji niektórych elementów układu paliwowego i – patrz wyżej – do zatykania ich drobinami zanieczyszczeń (w tym przypadku rdzy).

Jeśli ktoś jeździ dynamicznie, jazda na rezerwie może też skutkować przerwami w dostawie paliwa do silnika – np. na zakrętach benzyna lub olej napędowy odpływają od ssaka, prowadząc do pracy pompy paliwa na sucho i skracając tym samym jej żywotność.

Jazda na zbyt niskich obrotach

Sprawa związana z kwestią zużycia paliwa, bowiem to zwykle właśnie ono zachęca kierowców, by jak najwcześniej zmieniali bieg na wyższy. Problem w tym, że zbyt niskie obroty to nie tylko obniżony komfort jazdy (dygotanie auta, praktycznie zerowe możliwości sprawnego rozpędzania się), ale i przyspieszone zużycie układu napędowego – np. drogiego dwumasowego koła zamachowego. W przypadku aut ze skrzynią manualną wystarczy zmiana przyzwyczajeń (w wielu przypadkach wystarczy, by podczas jazdy ze stałą prędkością obroty nie spadały poniżej 1500/min., choć czasem wskaźniki tzw. optymalnego momentu zmiany biegu będą się wtedy upierać, że należy wrzucić kolejne przełożenie…), ale problem w tym, że coraz częściej skrzynie automatyczne wymuszają pracę silnika na tak niskich obrotach. Czasem jakoś on z tym sobie radzi, ale nie zawsze – przykładowo niektóre auta ze skrzyniami DSG po zmianie biegu mają jakieś 1200-1300 obr./min. i… tak, dygoczą.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że jazda przy takich obrotach w wielu przypadkach tylko pozornie obniża spalanie, bo każde przyspieszanie – które normalnie zajęłoby krótką chwilę – tu trwa wieki. A przyspieszanie to zwiększone zużycie paliwa. A nawet jeśli zaoszczędzi się grosze na paliwie, to jest ryzyko, że wyda się to z nawiązką na częstszych naprawach. Wygląda to na raczej słaby interes.

Brak sygnalizacji manewrów

Zaskakująco rozpowszechniony problem. Zmiana pasa? A po co kierunkowskaz, to niepotrzebne jest. Skręt w boczną uliczkę? Eee, oszczędzę ten migacz, żarówki drogie. Jazda drogą główną, która zmienia kierunek? NO PRZECIEŻ KIERUNKOWSKAZ NIEPOTRZEBNY. No więc bzdura, bo właśnie potrzebny, skoro zmienia się kierunek ruchu.

Nieprawidłowe wyprzedzanie

Na to składa się mnóstwo pomniejszych czynników, jak choćby zła ocena odległości czy nieznajomość samochodu i brak umiejętności wykorzystania jego osiągów. Ale problemy często zaczynają się już wtedy, gdy ktoś do wyprzedzania właśnie się zabiera – nagminne jest, że kierowcy „wyskakują” zza pojazdu, który chcą wyprzedzić, i dopiero wtedy zaczynają przyspieszać. Nie dość, że w ten sposób pozbywają się widoczności bezpośrednio przed manewrem, to jeszcze znacznie wydłużają czas potrzebny na wyprzedzenie (lub inaczej: czas, który spędzają na drugim pasie). A wystarczy zostawić dłuższy odstęp, upewnić się, że możemy wyprzedzać, po czym zacząć zwiększać prędkość jeszcze będąc na własnym pasie ruchu – to szczególnie istotne w przypadku samochodów ze słabszymi silnikami. Co w tym skomplikowanego – nie wiem. Najwidoczniej dla wielu osób to jakaś czarna magia. Dorzućmy do tego wyprzedzanie na tzw. gazetę (zwłaszcza jeśli mowa o wyprzedzaniu rowerzystów) i mamy gotowy obraz rodaków, którzy poprawnie wyprzedzać często po prostu nie potrafią.

Jazda „na zderzaku”

Rzecz szczególnie uciążliwa na autostradach, ale zdarzająca się też wszędzie indziej. O ile taką jazdę na autostradzie jeszcze da się zrozumieć (co absolutnie nie jest równoznaczne z „pochwalić”), bo często wywiera się na kierowcę z przodu na tyle dużą presję, że zjeżdża on na prawy pas, to jaki to ma niby mieć sens w mieście czy na drodze krajowej? Nie wiem. Przecież auto jadące z przodu przez to nie zniknie. Jedynym co się w ten sposób uzyskuje to pewność kierowcy „śledzonego”, że ten z tyłu to dzban. Nierzadko całkiem słusznie.

Typical Audi Drivers

Audi drivers be like… 🙄

Posted by LADbible on Friday, April 28, 2017

Używanie telefonu podczas jazdy

Nawet w samochodach, w których z pewnością da się połączyć telefon z systemem multimedialnym i włączyć tryb głośnomówiący. Więcej tłumaczyć nie trzeba – tutaj po prostu trzeba lać i patrzeć, czy równo puchnie.

szkodliwe nawyki kierowców
Zdjęcie: Africa Studio, Shutterstock.com

Ignorowanie usterek

Są usterki, z którymi można jeździć i jakoś da się z tym żyć. Na przykład awaria klimatyzacji, choć uciążliwa, zwykle nie ma wpływu na mobilność auta (chyba że zatrze się rolka kompresora i szlag trafi pasek osprzętu). Albo wyłamie się zawias schowka przed pasażerem. Ale jeśli ktoś uparcie ignoruje usterki np. oświetlenia, poduszek powietrznych, ABS-u czy silnika, to może powinien się nad sobą zastanowić. Nie dość, że w wielu przypadkach nienaprawiane problemy potrafią szybko się pogorszyć (może niekoniecznie w odniesieniu np. do świateł, ale już w silniku czy zawieszeniu – owszem), to jeszcze nierzadko te kwestie mają wpływ nie tylko na bezpieczeństwo właściciela takiego auta, ale i na bezpieczeństwo osób postronnych. Ciekawe, że sporo takich przypadków dotyczy pojazdów, które służą do zarobkowego przewozu osób…

Wożenie śmieci w samochodzie

Nikt nie wymaga, by kabina pasażerska była miejscem sterylnie czystym – nikt tam nie będzie produkować układów scalonych. Ale wożenie od pół roku pudełka z niedojedzoną pizzą, sterty papierków po batonikach i cukierkach, a także całego zestawu tzw. przydasiów (najlepiej razem z trzymiesięcznym przeglądem prasy, żurawiem do wyciągania silnika, dwoma zapasowymi silnikami i maszyną do wyważania kół) nie tylko sprawia, że autem jeździ się nieprzyjemnie i ten stan się jeszcze pogarsza (niektóre śmieci, podobnie jak żwir i piasek trzymają w sobie wilgoć, przez co np. mocniej mogą parować szyby), ale może to nawet mieć wpływ na zużycie paliwa. Warto okazjonalnie przejrzeć, co wozimy w aucie (także w bagażniku) i powyrzucać to, co jest niepotrzebne. Możliwe, że nazbiera się tego ładnych kilka kilogramów.

Sami widzicie, że jest tego sporo

A przecież to nie są kwestie, których zmiana wymaga jakiegoś długoletniego treningu czy wydawania stosów pieniędzy. Ba – stos pieniędzy to nam może zostać w kieszeni, jeśli unikniemy np. konieczności przedwczesnej naprawy pompy paliwa, wymiany dwumasowego koła zamachowego czy po prostu naprawy auta po kolizji czy wypadku.

Smuci mnie w tym wszystkim jedna rzecz: osoby, którym ten tekst przydałby się najbardziej – czyli starzy, tzw. doświadczeni kierowcy – zapewne go nie przeczytają.

Bo przecież jeżdżą tak od pięciuset lat i jakoś nigdy nic złego się z tego powodu nie stało.

 

Zdjęcie główne: christinarosepix, Shutterstock.com

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać