Felietony

Widziałem polskich kierowców przestrzegających wszystkich przepisów. Do pewnego momentu

Felietony 12.10.2021 293 interakcje

Widziałem polskich kierowców przestrzegających wszystkich przepisów. Do pewnego momentu

Piotr Barycki
Piotr Barycki12.10.2021
293 interakcje Dołącz do dyskusji

To był ten dziwny moment, kiedy sam zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie jeżdżę tak bardzo zgodnie z przepisami, jak na co dzień mi się wydaje.

Na początku nic nie zapowiadało takiego szoku poznawczego. Ot, spędziłem przyjemny weekend w górach, przyszedł czas powrotu, wpisałem więc w nawigację adres domowy i ruszyłem. Nie sprawdzałem, którędy poprowadzi mnie algorytm, bo w sumie jakie to ma znaczenie – klikam, odpalam silnik i jadę. Pierwsze kilometry wyglądały dość standardowo, jeśli chodzi o jazdę po polskich drogach – część osób jeździ w okolicach przepisów, chyba że nie pasują, część jeździ zgodnie z przepisami, część wybiera te przepisy, które im pasują (np. nie rozjeżdżają pieszych), a inni jadą tak, jakby jutra miało nie być. Ot, taki typowy chaos, którego efektem są wypadki i kompletny brak płynności jazdy.

Ale w pewnym momencie coś się zmieniło. I to potężnie.

Najpierw zauważyłem, że nagle urwał się regularny strumień samochodów, które mnie wyprzedzały. Rzut oka we wsteczne lusterko wprawdzie potwierdził podejrzenia, że za mną ciągnie się sznur pojazdów, ale dalej nie pasowały tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze – każdy z tego sznura miał doskonałe warunki do wyprzedzania: szeroką i prostą drogę, dobry asfalt, doskonałą widoczność i brak zakazu wyprzedzania. Po drugie – kierowca jadący za mną wcale nie próbował sprawdzić, czy jego auto zmieści się w bagażniku 159 SW (nie zmieści, od razu odpowiadam, przestańcie w końcu próbować). Trzymał komfortowy – przynajmniej dla mnie – dystans.

Po drugie – utrzymując swoją, zdecydowanie niezbyt wysoką prędkość, miałem wrażenie, że ten sznur za mną z minuty na minutę zostaje coraz bardziej w tyle. Mało tego – niedługo dogoniłem końcówkę innego sznura samochodów, który jechał jeszcze wolniej niż ja. A potem zwolnił jeszcze bardziej, bo wjechaliśmy do jednego z górskich miasteczek.

I taki rygor utrzymywał się przez kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt kilometrów. Aż do magicznej bariery.

Tak, pewnie zgadliście. Nie zauważyłem, że wjechałem na Słowację.

Gdyby więc ktoś was kiedyś zapytał, czy można wjechać do innego kraju i zorientować się dopiero po dłuższej chwili – odpowiedź jest twierdząca.

Twierdząca może być też odpowiedź na pytanie, czy kierowcy samochodów – nie ograniczajmy się może, trochę krzywdząco, wyłącznie do Polaków – mogą jeździć przepisowo. Najwyraźniej są takie warunki, w których jest to możliwe. Prawdopodobnie jest to kombinacja trzech kwestii:

  • nieznane terytorium – biorąc pod uwagę to, że lokalsi potrafili chociażby wylecieć z podporządkowanej z piskiem opon, więc raczej wiedzieli, że tu im nic nie grozi;
  • przeświadczenie o tym, że policja może być wszędzie (tak przynajmniej wynika z wpisów w sieci, które przeczytałem po powrocie);
  • bardzo, bardzo wysokie mandaty, przyznawane nawet za drobne – z punktu widzenia naszego prawa – przewinienia. Plus, z tego co udało mi się wyszukać, nie ma litości przy ich wystawianiu;
  • ewentualnie jeszcze komplikacje i utrudnienia związane z obcowaniem z zagramaniczną policją.

Obstawiam przy tym, że kluczowy jest drugi i trzeci punkt. Nikt nie będzie ryzykował łamania przepisów, jeśli ma świadomość, że a) kara faktycznie może go spotkać i b) będzie bolesna, bo na Słowacji mandat za przekroczenie prędkości wynosi mniej więcej tyle, ile teraz u nas, tyle że… w euro.

Czyli wysokie mandaty są skuteczne, tak?

Nie wiem, nie mam bladego pojęcia. Skąd mam to niby wiedzieć, skoro byłem tam przez może godzinę? Oczywiście mógłbym wyciągnąć takie pochopne wnioski na podstawie tego, że wszyscy wolno jeżdżą, ale to trochę bez sensu. Celem ograniczeń i kar nie jest to, żeby wszyscy wolno jeździli – niech jeżdżą nawet i bardzo szybko, jeśli – i to jest kluczowe – nikomu się od tego nic nie dzieje. A na to, czy komuś coś się dzieje, wpływ ma multum czynników poza mandatami – od stanu dróg, przez całą infrastrukturę, stan pojazdów, zagęszczenie ruchu, liczbę samochodów i kierowców, wyszkolenie kierowców i tak dalej.

Z faktem, że na Słowacji na milion mieszkańców było w 2019 r. 51 ofiar wypadków komunikacyjnych (średnia unijna), natomiast w Polsce 77, nie do końca wiem więc, co zrobić. Natomiast wiem, że jazda przez Słowację – a przynajmniej ten jej fragmencik, który miałem okazję poznać – była dużo bardziej relaksująca niż cała reszta niemal 400-kilometrowej podróży. I prawdopodobnie dużo, dużo bardziej bezpieczna niż to, co mogę obserwować na lokalnych drogach w Polsce.

Oczywiście piękna sytuacja nie trwała zbyt długo.

Wystarczyło, że minąłem przejście graniczne i wróciłem do Polski. Najpierw spadłem z pięknego asfaltu wprost na coś, co wyglądało jak pamiątka po intensywnym bombardowaniu. Potem kierowcy jadący za mną przypomnieli sobie, że jednak bardzo się spieszą, więc jeden za drugim zaczęli wyprzedzać na oślep – i na oślep nie jest tutaj przesadą, bo droga była kręta, prowadziła stromym zboczem w dół i do tego biegła przez środek lasu. Acha, czyli tak wygląda trzeci świat – może i jest to krzywdząca myśl, ale była pierwszą, jaka pojawiła się w moim umyśle te kilka minut po przekroczeniu granicy.

Jasne, w tych kilku przypadkach dzikiego wyprzedzania udało się przy takiej jeździe uniknąć wypadków, więc pewnie autorzy tych manewrów uznawali, że były jak najbardziej w porządku. I pewnie tak samo – do pewnego momentu – uważała osoba, która postanowiła w niedzielę swoim zachowaniem spowodować wielogodzinne korki na zamkniętej po wypadku autostradzie A4 w okolicach Brzegu. I to samo pewnie myślał ktoś, kto postanowił rozbić się na… objeździe korka na autostradzie A4. I ludzie, którzy widząc ten drugi wypadek, kilkaset metrów dalej rozpoczynali znowu wyprzedzanie sznura aut na podwójnej ciągłej i zakrętach. Żeby było śmiesznie – spotkałem się z nimi na którychś kolejnych światłach i to tak, że ostatecznie… jechali za mną.

W sumie, dzięki szybkim i bezpiecznym, moja trasa, zamiast ok. 5 godzin, trwała ponad 9, co przekłada się na zawrotną średnią prędkość w okolicach 40 km/h. Miałem więc sporo czasu, żeby obmyślić zmiany w przepisach, które poprawiłyby sytuację na drogach w naszym kraju. Chociażby obciążenie sprawcy wypadku blokującego drogę kosztami wszystkich opóźnień, które wygenerował. Albo – jeśli to pierwsze nie jest możliwe – wyznaczenie i wymierzenie mu kary przez osoby, które utknęły w tym korku lub muszą szukać objazdów. Wszystko od razu na miejscu.

Od razu noga przestałaby tak głęboko wciskać pedał gazu.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać