Wiadomości

Po 2038 r. samochody elektryczne mają się sprzedawać lepiej niż spalinowe. To całkiem niedługo

Wiadomości 17.05.2019 56 interakcji
Piotr Szary
Piotr Szary 17.05.2019

Po 2038 r. samochody elektryczne mają się sprzedawać lepiej niż spalinowe. To całkiem niedługo

Piotr Szary
Piotr Szary17.05.2019
56 interakcji Dołącz do dyskusji

19 lat. Tyle według Bloomberg New Energy Finance dzieli nas od chwili, gdy sprzedaż samochodów z napędem spalinowym zrówna się ze sprzedażą modeli elektrycznych.

Nie ma co machać ręką, że to jeszcze szmat czasu. Jak  słusznie zauważa Bloomberg NEF (BNEF), 2038 r. jest tak samo odległy od teraźniejszości jak rok 2000 – a ten przecież często pamiętamy, jakby był zaledwie wczoraj.

BNEF do grupy pojazdów elektrycznych wlicza także hybrydy typu plug-in. Innymi słowy: takie silniki spalinowe wspierane przez elektryczne mają przed sobą jeszcze całkiem sporo życia. O ile nie zabije ich wcześniej Unia Europejska.

A dlaczego mówimy dopiero o roku 2038, skoro już za 5 lat ceny aut spalinowych i elektrycznych mogą się zrównać?

Czynników jest sporo, przy czym najważniejszy to oczywiście brak odpowiedniej infrastruktury oraz kwestie w rodzaju zbyt długiego czasu ładowania akumulatorów trakcyjnych. Ale do tego mogą dochodzić też inne, mniej ważne w tym kontekście sprawy, jak choćby przyzwyczajenie kierowców do pojazdów z tradycyjnym rodzajem napędu i brak odpowiednio rozwiniętej sieci serwisowej.

Co ciekawe, choć już teraz obserwuje się spory spadek sprzedaży aut spalinowych, to BNEF uważa, że czeka je jeszcze… odwrócenie tej tendencji, co widać na poniższym wykresie. Dopiero w 2023 r. ma powrócić trend spadku sprzedaży spalinówek, ale wtedy będzie to już nieodwracalne. W zestawieniu ze wzrostem popytu na auta elektryczne i hybrydy plug-in ma to dać wspomniany efekt zrównania sprzedaży obu kategorii pojazdów w 2038 r.

samochody elektryczne sprzedaż 2038
Wykres przewidywanych trendów w sprzedaży pojazdów spalinowych, elektrycznych i hybryd typu plug-in. Źródło: Bloomberg NEF

W świetle wprowadzania kolejnych zakazów ruchu dla modeli benzynowych i wysokoprężnych, a także w obliczu zapowiedzi wycofania ich przez poszczególne marki z produkcji (lub wręcz rezygnacji z podjęcia takowej), nie mogę się jednak oprzeć pewnemu wrażeniu. Podejrzewam, że marki, które do ostatniej chwili będą oferować napęd spalinowy (oczywiście równolegle do elektrycznego), mogą na tym całkiem sporo ugrać – zgarniając leżącą jeszcze na rynku resztę pieniędzy niedostępnych już dla tych producentów, którzy przedwcześnie wycofają ze sprzedaży pojazdy tankowane benzyną lub olejem napędowym.

„No ale przecież tyle aut elektrycznych to mnóstwo prądu, trzeba go jakoś wytworzyć! To ekologiczna zbrodnia!”

Pojazdy elektryczne nie są tak ekologiczne jak można by się spodziewać, w naszych warunkach są też jedynie lokalnie bezemisyjne. Poza tym taki wzrost popytu może wywołać wzrost zużycia prądu na poziomie nawet 60 proc. do 2040 r.

Cała rzecz w efektywności – napęd spalinowy nie może się pod tym względem równać z elektrycznym. Amerykański Departament Energii przyjmuje efektywność rzędu 20 proc. dla zwykłych aut, oraz 60 proc. dla tych zasilanych prądem. A większa efektywność to mniej energii potrzebnej na pokonanie tego samego dystansu. To oczywiście kolosalne wręcz uproszczenie, ale mniej więcej do tego się to sprowadza.

Na usta ciśnie się jednak jedno pytanie: skoro w 2038 r. nadal będzie się sprzedawać relatywnie sporo modeli spalinowych, to gdzie będziemy nimi jeździć, skoro zapewne większość dużych miast ograniczy ich ruch?

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie