Przegląd rynku

Siedem najlepszych nowych samochodów za rok średniej pensji

Przegląd rynku 04.02.2019 168 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 04.02.2019

Siedem najlepszych nowych samochodów za rok średniej pensji

Piotr Barycki
Piotr Barycki04.02.2019
168 interakcji Dołącz do dyskusji

4852 zł brutto – tyle wynosiło w 2018 r. średnie wynagrodzenie w Polsce. W zaokrągleniu wychodzi ok. 60 tys. zł, a to prowadzi bezpośrednio do prostego pytania – jakie nowe auto można kupić za taką małą fortunę? Sprawdziliśmy.

60 tys. zł – wydawałoby się, że to kwota, która powinna wystarczyć na sensowne auto prosto z salonu. Może bez miliona opcji, ale też bez wstydliwie ubogiego wyposażenia. Ot, coś średniego w zamian za średnią roczną pensję.

Tak by się mogło wydawać, ale rzeczywistość okazała się okrutna.

Gdzie kłamiemy już na początku?

Chociażby w tym, że budżet na zakup auta ze średniej krajowej po roku odkładania wszystkiego wynosi 60 tys. zł. Oczywiście nie wynosi, bo z tych 5 tys. zł (bez haka) miesięcznie trzeba jeszcze sporą część oddać państwu, i w rezultacie trafia do nas dużo, dużo mniej.

Przyjmijmy więc po prostu, że nie tyle zarabiamy średnią krajową, co jesteśmy w stanie odłożyć miesiąc w miesiąc, przez cały rok, równowartość średniej krajowej, a po 12 miesiącach kierujemy się do salonu, żeby coś kupić.

Czego nie kupimy?

Jeśli nie uwzględniać ewentualnych zniżek, nie kupimy niemal niczego, co przynależy do segmentu C i wyższych. Popularne samochody kompaktowe, takie jak Octavia, 308, Astra czy Focus, zaczynają się przeważnie powyżej 60 tys. zł, a i to za wersję, która na pokładzie ma niemal wyłącznie koła, kierownicę, a także kilka desek obszytych materiałem i dumnie nazwanych fotelami. Są właściwie tylko dwa wyjątki od tej reguły, które zresztą trafiły na listę.

Nie kupimy też właściwie niczego cool. Wszelkiej maści SUV-y, coupe, mocniejsze auta (i to nie mocne, ale po prostu trochę mocniejsze) odpadają jeszcze przed rozpoczęciem budowania tej listy.

Zostają nam albo auta bardzo tanie na start, albo takie, do których nie dokładamy absolutnie żadnej opcji. Co na szczęście wcale nie oznacza, że ta lista będzie pusta – wręcz przeciwnie, jest tutaj coś dla każdego.

Czego nie uwzględniamy na liście?

Niczego, co przekracza odłożoną przez rok kwotę o więcej niż 10 proc. Niestety żadna kreatywna księgowość nie pozwala zaliczyć do grupy wybranych aut np. Suzuki Jimny (ponad 67 tys. zł). A byłoby to z pewnością najbardziej jakieś auto w zestawieniu.

Nie bierzemy też pod uwagę rabatów, które można wynegocjować w salonach.

Najlepsze 7 miejsc – Dacia Lodgy Stepway

Za 60 tys. zł trudno znaleźć sensowne, wizualnie uterenowione auto, nie mówiąc już o takim, które byłoby w stanie przewieźć 7 osób. Ale jeśli ktoś ma sporą rodzinę albo dużo znajomych, z którymi często zabiera się w podróż – jest dla niego rozwiazanie.

A jest nim Dacia Lodgy w wersji Stepway, czyli z dodatkowymi osłonami nadwozia. Bez sensu? SUV-y też są bez sensu i nikomu to nie przeszkadza.

Na korzyść Lodgy Stepway, poza dodatkowymi plastikami, przemawiają trzy kwestie.

Pierwszą jest cena – 7-osobowy Stepway ze 100-konnym silnikiem kosztuje na start zaledwie 52 500 zł. Możemy więc zaznaczyć niemal wszystkie, nieliczne dodatkowe opcje wyposażenia – lakier (2000 zł), kamerę cofania (800 zł), podgrzewane przednie fotele (550 zł), elektryczne szyby z tyłu (310 zł) i dojazdowe koło zapasowe (400 zł) – i dalej mamy na liczniku zaledwie 56 560 zł.

Drugą jest wyposażenie, wzbogacone o wcześniej wymienione dodatki. Lodgy luksusowa oczywiście nie będzie, ale ma m.in. system multimedialny z 7-calowym ekranem i nawigacją, radio z MBP, AUX i Bluetooth, klimatyzację (niestety manualną), relingi dachowe, składaną kanapę tylnego rzędu (2/3), kierownicę pokrytą skórą ekologiczną, elektrycznie sterowane i podgrzewane lusterka, a także kilka innych, drobniejszych dodatków. Bogactwo? W żadnym wypadku. Sensowne wyposażenie dużego auta za mniej niż 60 tys. zł? Jak najbardziej.

I właśnie punkt trzeci – Lodgy to naprawdę spore auto, jeśli chodzi o możliwości transportowe. 7 miejsc w tej cenie to już wybitna propozycja. Maksymalna pojemność bagażnika na poziomie ponad 2600 l – rewelacja.

Oczywiście Lodgy ma swoje wady. Jakość wykonania nikogo nie oczaruje, a 100-konny silnik benzynowy łączony z manualną, 5-biegową skrzynią biegów średnio nada się na długie podróże autostradowe z wysoką prędkością. Ale Lodgy SCe 100 też nie będzie straszną zawalidrogą – 11,6 s do 100 km to przyzwoity wynik.

A wioząc komplet pasażerów i tak lepiej nikogo nie wyprzedzać.

Najbardziej gokartowo – Volkswagen up! GTI

Volkswagen Up! GTI

Zupełne przeciwieństwo Lodgy – malutki, niepraktyczny, raczej 2-osobowy, ale za to dający masę frajdy. Niestety to jeden z tych samochodów z zestawienia, do których trzeba trochę dozbierać albo starać się o rabat – wyjściowa cena za wersję 3-drzwiową to 64 590 zł.

Nie stać nas więc na żaden, nawet najmniejszy dodatek, ale i tak nie jest źle. Up! GTI stoi na 17-calowych felgach, ma przyciemniane boczne szyby, obszytą skórą trójramienną kierownicę, podgrzewane przednie fotele, klimatyzację (manualną), zestaw audio z 6-głośnikami, podgrzewane i elektrycznie sterowane lusterka boczne i czerwony lakier.

Oczywiście można kupić tańszego i trochę słabszego up! z 1.0 TSI 90 KM i np. podnieść w nim moc, mieszcząc się w zakładanym na początku budżecie. Ale w całego gamie up! tylko GTI wyposażono w 6-biegową przekładnię manualną. Wszystkie pozostałe mają tylko 5 przełożeń.

Trudno przy tym polecić up! GTI jako samochód dla całej rodziny, ale jeśli głównie jeździmy sami i chcemy względnie niskim kosztem nabyć świetnego gokarta – lepiej trafić się nie da.

Najnowsze i najbardziej kompaktowe – Kia Ceed

Taki Ceed. Tylko bez większości wyposażenia, które widzicie.

Smutne, ale prawdziwe. Żeby kupić nowego kompakta, niemal zawsze trzeba – opierając się na cenach katalogowych – przekroczyć 60 tys. zł. W przypadku Ceeda to przekroczenie jest jednak stosunkowo niewielkie i wynosi zaledwie 1990 zł.

61 990 zł kosztuje oczywiście najtańsza i najgorszej wyposażona odmiana S, z silnikiem 1.4 MPI o mocy 100 KM (12,6 s do 100 km/h) i manualną, sześciobiegową przekładnią.

Na szczęście najniższa wersja wyposażenia nie jest wcale aż taka biedna. Na pokładzie mamy chociażby światła LED do jazdy dziennej, elektrycznie sterowane szyby z przodu i z tyłu, elektrycznie sterowane, podgrzewane lusterka, radio z MP3 i 6 głośnikami, Bluetooth, klimatyzację (manualną), czujniki parkowania z tyłu, podłokietnik, tempomat, system automatycznego hamowania, system monitorowania zmęczenia kierowcy, asystenta utrzymania pasa ruchu, automatyczne przełączanie świateł drogowych i mijania, regulację wysokości foteli z przodu, składaną kanapę (2/3), a także relingi dachowe.

Tak, kompakta, w tym również Ceeda, da się wyposażyć wielokrotnie lepiej. Ale czy za 60 tys. zł to zła opcja? Nie sądzę. Tym bardziej za kompakta, który ledwo co pojawił się na rynku.

Najbardziej SUV-owo – Dacia Duster

dacia-duster-test-17

Tego samochodu po prostu nie mogło zabraknąć w zestawieniu. Jest więc, i to w dwóch rolach.

Przede wszystkim jest jednym z najsensowniejszych cenowo nowych samochodów, które wyglądają jak SUV, a do tego mają napęd 4×4. Duster SCE 115 4×4 w wersji Essential kosztuje zaledwie 53 400 zł. W odmianie Comfort natomiast – 59 100 zł, czyli dalej poniżej limitu.

Za 1300 zł, czyli przekraczając o 400 zł budżet, możemy jeszcze dokupić klimatyzację automatyczną. Żadnych lakierów, żadnych felg aluminiowych, ale za to z Bluetoothem, LED-ami do jazdy dziennej, podgrzewanymi i elektrycznie sterowanymi lusterkami, radiem z obsługą MP3 i USB, składaną tylną kanapą, kierownicą i dźwignią zmiany biegów pokrytą skórą ekologiczną i kilkoma kolejnymi dodatkami.

Szyku tym wprawdzie na mieście nie zadamy, ale spokojnie dojedziemy tam, gdzie wiele dużo droższych samochodów nie da sobie rady.

A drugi powód obecności Dustera w zestawieniu? Jeśli odpuścimy napęd 4×4 i zależy nam głównie na podwyższonym nadwoziu, możemy pójść na całość i wybrać wersję – uwaga – Prestige, z dokładnie tym samym silnikiem, ale napędem wyłącznie na przód.

Za 57 900 zł dostaniemy SUV-a z 17-calowymi, aluminiowymi felgami, kamerą cofania, boczkami z przodu częściowo wykończonymi skórą ekologiczną, fotelem kierowcy z regulacją podparcia lędźwiowego, systemem monitorowania martwego pola (!), nawigacją i 7-calowym, dotykowym ekranem.

Trudno jest przebić taką ofertę.

Najbardziej kombi – Fiat Tipo SW

Trudno o tańsze kompaktowe kombi niż Tipo, a i tak w najtańszej wersji propozycja Fiata ledwo mieści się na naszej liście. Tipo 1.4 95 KM (12,3 s do 100 km/h) w odmianie POP kosztuje bowiem… 59 800 zł.

Szaleństwa w wyposażeniu więc nie będzie. Mamy tu 15-calowe, stalowe felgi, radio z USB i Bluetooth, centralny zamek, dzieloną tylną kanapę, fotel kierowcy regulowany na wyokość, klimatyzację manualną i… to właściwie tyle.

Na co wydać pozostałe 200 zł z budżetu? Można zainwestować chociażby w składane i elektrycznie sterowane lusterka (niestety 250 zł), które w pozostałych autach z tej listy przeważnie są już w wyposażeniu standardowym. Za dodatkowe 600 zł możemy mieć regulowane podparcie lędźwiowe w fotelu pasażera, za 550 zł – podłokietnik przedni, a za 600 zł – podłokietnik z tyłu.

Opcji jest zresztą trochę więcej, ale po co. To ma być tanie, przestronne auto, i takie właśnie jest. Długość – 4571 mm, rozstaw osi – aż 2638 mm. Do tego bagażnik o pojemności 550/1650 l i mamy sensowny, prosty samochód, za niezbyt wygórowaną kwotę.

Auto na następne 30 lat – Toyota Yaris 1.5

Tak, trzeba przekroczyć odrobinę budżet, ale tylko minimalnie. 60 400 zł wystarczy na Toyotę Yaris 1.5 Dual VVT-i 111 KM Premium + City + Style i to z przekładnią Multidrive S. Czyli żegnaj ręczna zmiano biegów! Trzeba tylko pamiętać, że jest to cena wyprzedażowa – standardowo auto w tej wersji kosztuje prawie 67 tys. zł.

Jeśli jednak załapiemy się na wyprzedaż, to dostaniemy dobre miejskie auto, z zaskakująco wielkim, pozbawionym turbiny silnikiem. Będzie można jeździć, jeździć i jeździć, aż się po prostu znudzimy.

Mało tego – to będzie też całkiem nieźle wyposażone auto. W pakiecie City dostajemy kamerę cofania, światła przecimgielne i zapasowe koło dojazdowe. Style dorzuca do tego jeszcze lepsze reflektory, ładniejszy grill i boczne listwy, przyciemniane tylne szyby i 15-calowe felgi aluminiowe.

W standardzie premium znajdziemy natomiast m.in. elektryczne szyby z przodu, elektrycznie regulowane i podgrzewane lusterka boczne, wielofunkcyjną kierownicę z manetkami zmiany biegów, tempomat, klimatyzację manualną, kierownicę i gałkę zmiany biegów obszytą skórą, fotel kierowcy regulowany na wysokość, 6 głośników, AUX, USB i Bluetooth, system wczesnego reagowania w razie ryzyka zderzenia, informacje o niezamierzonej zmianie pasa ruchu, automatyczne światła drogowe, system rozpoznawania znaków drogowych, automatyczne wycieraczki i miękkie materiały wykończeniowe deski rozdzielczej. W Life i Active nie ma tego ostatniego nawet za dopłatą!

Jeśli więc ktoś nie szuka emocji czy jak największego auta, Yaris może być dobrym wyjściem. O ile załapiemy się na promocję.

Coś innego – Citroen C3 Aircross

Trochę SUV, trochę auto miejskie, ale przede wszystkim – wyglądem niepodobny do niczego innego na drodze. Chyba że mowa o innych Citroenach.

60 tys. zł (no, 60 300 zł) pozwoli nam kupić odmianę Feel z najsłabszym silnikiem – 82-konnym 1.2 PureTech i manualną, 5-biegową przekładnią. Żeby jako tako zmieścić się w budżecie i mieć coś mocniejszego, musielibyśmy wybrać gołego C3 Aircrossa Live – wtedy mniej więcej stać nas na odmianę z 1.2 PureTech 110 KM i manualną, sześciobiegową przekładnią.

Zostańmy jednak przy odmianie Feel, która zapewnia nam obecność m.in. kierownicy obszytej skórą, tempomatu, elektrycznych szyb z tyłu, podgrzewanych luterek, relingów dachowych, reflektorów LED do jazdy dziennej, manualnej klimatyzacji, systemu multimedialnego z ekranem 7″, Bluetoothem, USB i 6 głośnikami.

Na więcej niestety nie możemy sobie pozwolić, ale hej – to zawsze coś innego.

Jakie wnioski?

Raczej smutne. I tak nagięliśmy rzeczywistość zestawiając zarobki brutto, których nikt tak naprawdę nie dostaje do ręki, z cenami, jakie faktycznie trzeba zapłacić w salonach.

Nawet jednak przy takim założeniu 12 miesięcznych średnich pensji w Polsce nie pozwala wyjść dużo wyżej niż… no właśnie, co? Albo samochody absolutnie najtańszych marek na rynku, albo umiarkowanie wyposażone auta segmentu B ze słabymi silnikami, albo kompletnie gołe auta kompaktowe, których pewnie nawet nie da się zamówić, bo figurują w cennikach wyłącznie jako wabik na klientów, którzy ostatecznie z salonu wyjdą i tak z dużo droższą konfiguracją.

Nie zrozumiejmy się przy tym źle – każde z aut w tym zestawieniu jest w porządku. Chyba każdym z nich mógłbym jeździć na co dzień (pies i rower ucieszyłyby się najbardziej z Lodgy). Ale teraz wyobraźmy sobie, że żeby kupić taką Dacię Lodgy albo gołego Ceeda, trzeba dzień w dzień, przez cały rok, pracować. I to nie za minimalną, ale za średnią

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie