Newsy

To będzie wyjątkowo drogi urlop. Pewien turysta wróci z Dubaju z kolekcją mandatów na 170 tysięcy złotych

Newsy 08.08.2018 20 interakcji
Mikołaj Adamczuk
Mikołaj Adamczuk 08.08.2018

To będzie wyjątkowo drogi urlop. Pewien turysta wróci z Dubaju z kolekcją mandatów na 170 tysięcy złotych

Mikołaj Adamczuk
Mikołaj Adamczuk08.08.2018
20 interakcji Dołącz do dyskusji

Wakacje, piękna pogoda i wypożyczone Lamborghini z silnikiem V10. Czy coś może pójść nie tak? Oczywiście!

Dubaj od kilkunastu lat kojarzy się z rajem dla miłośników samochodów sportowych. Strony tak zwanych car spotterów, czyli osób zajmujących się fotografowaniem rzadkich, egzotycznych aut, są wypełnione zdjęciami z tego miasta. Po ulicach jeżdżą tam najrzadsze wersje najdroższych wozów. „Zwykłe” Bugatti Veyron? Pospolite. Aby być w Dubaju kimś, należy mieć którąś z wersji limitowanych.

Drogi są tam równe, proste i szerokie.

Mogłoby się więc wydawać, że wszyscy właściciele tych drogich aut na pewno muszą tam nimi szaleć i gdy się poleci do Dubaju, można robić to samo. 25-letni brytyjski turysta przekonał się, że to nieprawda. Wypożyczył Lamborghini Huracana (silnik V10, moc 610 KM, przyspieszenie od zera do 100 km/h: 3,2 s) i we wtorkowy poranek wybrał się na „przejażdżkę”.

Przez cztery godziny jeździł w tą i z powrotem po jednej z głównych ulic miasta, czyli po alei Szejka Zayeda.

Aleja Szejka Zayeda w Dubaju
To po tej trasie jeździł 25-latek. Źródło: The National

Niespecjalnie przejmował się jednak przepisami. Na jego nieszczęście, wśród całej alei Szejka Zayeda ustawiono kilka fotoradarów. Efekt to 32 zdjęcia, na których uwieczniono jego jazdę. „Najwolniejsze” zostało mu zrobione przy 126 km/h, zaś na rekordowym Lamborghini mknęło aż 230 km/h. Taka kolekcja fotek oznacza mandaty na łączną kwotę 70 000 dirhamów, czyli około 70 tysięcy złotych. Poza tym, według dubajskiego prawa, pojazd musi zostać zarekwirowany kierowcy, a jego wykupienie z parkingu policyjnego kosztuje… 100 tysięcy dirhamów. Łączna kwota do zapłaty to w takim razie w przeliczeniu 170 tysięcy złotych.

Co ciekawe, kilka ze zdjęć zostało zrobionych tuż po sobie. Najmniejszy odstęp między dwoma mandatami wynosił… mniej, niż minutę.

Ta przejażdżka z pewnością zapadnie mu w pamięć… o ile w ogóle zapłaci mandat.

Mogłoby się wydawać oczywiste, że Brytyjczyk będzie musiał teraz ponieść konsekwencje swojej brawury. Niestety, to nie takie proste. Mandat przyszedł na adres firmy, która wypożyczyła turyście samochód. Ten jednak nie oddał jeszcze Lamborghini. Wiadomość na ten temat została opublikowana w dubajskim dzienniku The National 6 sierpnia, zaś szalona przejażdżka odbyła się w ostatni dzień lipca.
Tymczasem Brytyjczyk zapłacił jedynie za dwudniowe wypożyczenie.

Owszem, zostawił w wypożyczalni paszport jako zabezpieczenie.

Tyle że – co przyznaje sam właściciel wypożyczalni – Brytyjczyk mógł zaraz po przejażdżce iść do konsulatu i zgłosić, że zgubił dokument. W takiej sytuacji wydano mu wtórnik, na którym mógł już wylecieć na Wyspy.

Wygląda więc na to, że wypożyczalnia będzie miała spore problemy. Swoją drogą, ten temat dość dobrze zgrywa się z tekstem Tymona na temat tego, jak zagraniczni turyści szaleją w wypożyczonych pojazdach na greckiej wyspie Kos. Wygląda na to, że wiele osób – i to zwykle z tak zwanych „państw zachodnich” – dostaje na wakacjach po prostu małpiego rozumu. Jeśli urlop jest jeszcze przed wami, uważajcie na siebie.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie