Felietony

Pytanie na niedzielę: co by cię skłoniło, by porzucić jazdę samochodem?

Felietony 27.01.2019 655 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 27.01.2019

Pytanie na niedzielę: co by cię skłoniło, by porzucić jazdę samochodem?

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski27.01.2019
655 interakcji Dołącz do dyskusji

Od dawna się nad tym zastanawiam: co spowodowałoby, że całkowicie i ostatecznie porzuciłbym jazdę samochodem?

Przypuśćmy, że do władzy dorwaliby się moi ulubieńcy z ruchów miejskich i zaczęliby na potęgę wprowadzać samochodofobiczne rozwiązania rodem z Korei Północnej. Zakaz parkowania wszędzie, a jeśli już gdzieś można, to za horrendalną opłatą. Strefa Tempo 30 w całym mieście nie wyłączając głównych ulic przelotowych (bezpieczeństwo!). Domyślna wina kierowcy w kolizji z rowerzystą, nawet jeśli rowerzysta jedzie w nocy pijany pod prąd bez oświetlenia. Konieczność prowadzenia elektronicznej książki przebiegu auta z wpisanymi podróżami, ich datą, celem i długością.

A może wybuchłaby kolejna wojna na Bliskim Wschodzie…

…i ropa znowu skoczyłaby jak szalona? Litr benzyny za 8 zł. Jedno tankowanie okulara: 500 zł. Gaz po 4,50 zł. Diesel – tylko dla aut dostawczych, ciężarowych i autobusów, w końcu diesle są złe i trują, więc te osobowe można bez żalu wyciąć w pień. W ostateczności – nieuchronny zakaz jazdy samochodem spalinowym, do którego z każdym dniem się zbliżamy.

To wszystko na pewno dość skutecznie zniechęciłoby mnie do jazdy samochodem na co dzień, ale nadal nie do pozbycia się go. Zapewne przyduszony powyższymi restrykcjami kupiłbym chińskiego „elektryka” (bo skoro nie ma być przyjemności, to niech chociaż będzie tanio) i nadal eksploatował go podobnie jak do tej pory, tzn. do jazdy na pocztę, po dzieci do szkoły (zimą) i do supermarketu po moje ulubione śledziki.

Przewiduję jednak dwie możliwości, w których pozbyłbym się auta ostatecznie i po prostu go nie miał

Pierwsza to taka, że los rzuciłby mnie służbowo do innego miasta, gdzie mieszkałbym sam bez rodziny, i to miasto byłoby za granicą. W dodatku za zachodnią. Ostatnią rzeczą o jakiej myślałbym mieszkając w Amsterdamie, Brukseli czy Londynie byłby własny samochód. Jeszcze nie zgłupiałem. Druga sytuacja to taka, w której po prostu dopadłaby mnie skrajna bieda i wreszcie mógłbym zobaczyć jak to jest, kiedy każdą złotówkę muszę przed wydaniem obejrzeć osiem razy. Wtedy samochód musiałbym pożegnać. Pomijam wypadki losowe jak utrata wzroku.

A w jakiej sytuacji Wy uznalibyście, że to już czas zrezygnować z jeżdżenia autem?

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać