Felietony

Pytanie na niedzielę: czy zaczipowałbyś swój samochód?

Felietony 03.02.2019 236 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 03.02.2019

Pytanie na niedzielę: czy zaczipowałbyś swój samochód?

Piotr Barycki
Piotr Barycki03.02.2019
236 interakcji Dołącz do dyskusji

Nie ma czegoś takiego jak zbyt mocne auto. Moc, która satysfakcjonuje nas przy zakupie, po pewnym czasie powszednieje, i wtedy pojawia się myśl – może by tak zainteresować się chipem?

Oczywiście są jeszcze inne rozwiązania. Można żyć z tym, że auto przyspiesza tak, jak przyspieszało w momencie zakupu i cieszyć się fabrycznymi osiągami. Można sprzedać samochód i kupić coś innego, mocniejszego albo szybszego. Można też pójść na całość, zacząć nazywać swój samochód projektem i szykować się do swapu silnika.

Pierwsze rozwiązanie jest jednak po prostu nudne, natomiast drugie – kosztowne, a do tego przecież może nam się w samochodzie podobać wszystko, poza tym jednym detalem, czyli mocą. Wysiłku i kosztów związanych z udaną realizacją trzeciej opcji lepiej nie liczyć – to droga dla naprawdę odważnych.

Pozostaje więc chip. Nad którym sam się zresztą zastanawiam.

Mój pierwszy samochód miał ok. 60 KM, rozpędzał się do setki godzinami, ale mimo to był wystarczająco sprawny w ruchu drogowym. Przynajmniej wtedy, bo kiedy przesiadłem się do auta z dwukrotnie mocniejszym silnikiem, natychmiast uznałem poprzednie 60 KM za coś, do czego już nigdy nie chciałbym wrócić.

Minęło jednak kilka miesięcy zachwytu i też to 120 KM przestało być wystarczające. Szczęśliwie udało mi się je zepsuć, zanim ostatecznie podjąłem decyzję o realizacji najtańszego sensownego sposobu na podniesienie mocy – czyli właśnie wrzuceniu chipa.

Efekt? Miesiąc później jeździłem już takim samym autem, ale ze 170-konnym silnikiem. Przez pierwsze kilka tygodni znowu zadawałem sobie standardowe pytanie dotyczące poprzednika – jak mogłem jeździć takim słabym autem? To jest w sam raz.

To w sam raz było jednak faktycznie w sam raz tylko przez kilka najbliższych miesięcy. Niedługo potem zacząłem sobie zadawać pytania o to, czy 170 KM w tak dużym aucie nie jest przypadkiem jedynie akceptowalnym wynikiem. I czy nie lepsze byłoby okrągłe 200 KM? W końcu to 200 to już jest coś, nie to co jakieś śmieszne 170.

Argumentów za chipem jest u mnie zresztą więcej.

Chociażby nieco anemiczne rozpędzanie się auta przy niskich obrotach. Mimo 170 KM dynamiczne włączenie się do ruchu nie zawsze jest łatwe, bo auto zdecydowanie bardziej woli się toczyć, niż wskakiwać.

I nie jest to wyłącznie moja fanaberia – z opinii w internecie wynika po prostu, że ten typ tak ma. Natomiast po zrobieniu chipa można ten problem w dużej mierze zniwelować.

Ale argumentów przeciw jest nawet jeszcze więcej.

Po pierwsze – cały czas jeszcze świeże są we mnie wspomnienia wcześniejszej awarii teoretycznie niezniszczalnego silnika. Jakiekolwiek ingerencje w nowy rodzą więc szereg pytań o to, czy przypadkiem nie przyspieszę w ten sposób jego agonii. Oczywiście internet pełen jest zapewnień o tym, że po dobrym chipie wszystko jest w porządku, ale rzadko kiedy ktoś dopisze do takiego komentarza liczbę kilometrów, które z tak poprawionym silnikiem pokonał. Czy napisał tę opinię od razu po chipie? Po 1000 km? Po 100 000 km? Nigdy nie wiadomo.

Po drugie – nie wierzę wprawdzie w absolutną światłość i pełną nieomylność inżynierów koncernów motoryzacyjnych, ale zakładam, że… wiedzą co robią. Z jakiegoś powodu dobrali taką, a nie inną moc (z wyjątkiem wersji celowo osłabianych). Z jakiegoś powodu wykres przebiegu momentu obrotowego wygląda fabrycznie tak, a nie inaczej. Z jakiegoś powodu dobrano takie, a nie inne podzespoły, o takiej a nie innej wytrzymałości.

I przy mojej skromnej wiedzy technicznej nie jestem w stanie ocenić, czy faktycznie projektanci tego silnika i osprzętu mylili się, i z ich konstrukcji można wydusić jeszcze więcej mocy, czy może takie eksperymenty – zwłaszcza na 8-letnim samochodzie – skończą się dla mnie kosztownymi naprawami.

Po trzecie – nie mam pojęcia, ile jeszcze będę jeździł tym konkretnym samochodem. Może rok, jeśli dopisze szczęście i pieniądze, może 15 lat, jeśli zakocham się w nim bez pamięci. Niezależnie jednak od tego, jak długo będzie w moim posiadaniu, nie chciałbym do czynności serwisowych doliczać pozycji pt. remont silnika.

Nawet więc jeśli silnik i osprzęt są w stanie znieść większe obciążenie, to czy warto to robić? W końcu im większy zapas, tym większa szansa na dłuższą jazdę bez poważniejszych awarii. Może więc lepiej zostać przy tym, co dała fabryka, i poczekać z mocniejszym silnikiem do zakupu nowego samochodu?

A jakie jest wasze zdanie? Chipujecie swój każdy samochód, czy po prostu zmieniacie na inny, mocniejszy? Albo może wystarczy wam to, co macie?

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie