Felietony

Pytanie na niedzielę: kiedy przestaliście jeździć do autoryzowanej stacji obsługi?

Felietony 13.01.2019 126 interakcji
Michał Koziar
Michał Koziar 13.01.2019

Pytanie na niedzielę: kiedy przestaliście jeździć do autoryzowanej stacji obsługi?

Michał Koziar
Michał Koziar13.01.2019
126 interakcji Dołącz do dyskusji

ASO to instytucja-legenda. Każdy chce by jego używane auto miało kompletną historię serwisową właśnie stamtąd, ale już mało kto choćby wpadnie tam na kawę po zakończeniu okresu gwarancyjnego swojego samochodu. Ktoś jednak musi tam jeździć, skoro do aut dołączane jest tyle ton papieru z pieczątkami…

Serwis z autoryzacją marki to gwarancja użycia dobrych jakościowo części i wzięcia pełnej odpowiedzialności za wykonane naprawy, bez filozofii do bramy i się nie znamy. Przynajmniej w teorii, bo i wśród ASO znajdą się zgniłe jabłka. Większość moich znajomych dopóki trwała gwarancja jeździła do oficjalnego serwisu, by w razie poważnej awarii uniknąć problemów z uznaniem roszczeń. Niby od czasu do czasu słyszy się głosy, że wymienianie materiałów eksploatacyjnych poza ASO w teorii nie jest równoznaczne z utratą gwarancji, mało kto jednak chce ryzykować, że gdy padnie silnik usłyszy stwierdzenie „to wina nieautoryzowanego warsztatu”.

Rytuał przejścia.

Najczęstszym momentem zakończenia korzystania z usług zatwierdzonego przez producenta serwisu jest koniec gwarancji na podzespoły mechaniczne. Zwykły serwis olejowy w nieautoryzowanym warsztacie to już zazwyczaj kilkaset złotych oszczędności. Jeśli korzystamy z usług zaufanego mechanika, takie rozwiązanie ma same plusy. Nie każdy jednak ma takie zaufane miejsce. Co z ryzykiem, że usłyszymy „gwarancja do stu dni”, a studnia będzie stała koło bramy serwisu?

Jeśli nie zbijaliśmy ceny naprawy metodą „a bez faktury ile panie kierowniku” możemy dochodzić swoich praw przed sądem. Nie mamy jednak gwarancji że wygramy, a nawet jeśli – nikt nie zwróci nam czasu i nerwów poświęconych na proces. W ASO na ogół łatwiej o pozytywne zakończenie przykrej sytuacji związanej z błędem mechanika lub wadliwością nowego podzespołu.

Długodystansowcy.

Niektórzy jednak po zakończeniu okresu gwarancji kontynuują serwisowanie swojego samochodu w autoryzowanej stacji obsługi. Najczęściej ze względu na związany z tym spokój i pewność. Po co tracić czas i nerwy na szukanie zaufanego warsztatu, skoro w ASO mają obowiązek wykonywać usługi zgodnie z procedurami, montowane części są oryginalne, a w razie problemów reklamacja rzadko stanowi drogę przez mękę. Czasami rolę gra też perfekcjonizm. Poczucie posiadania samochodu serwisowanego w ASO potrafi być przyjemne.

W przypadku rzadko spotykanych, skomplikowanych pojazdów autoryzowany warsztat może być koniecznością. Zdarza się, że zwykłe serwisy nie posiadają odpowiednich narzędzi i kwalifikacji by naprawić dany samochód. Bywa też, choć rzadko, że powodem wieloletniego odwiedzania ASO są warunki gwarancji na perforację nadwozia. To akurat jest mało uzasadnione, w większości przypadków znajdzie się kruczek by zrzucić winę za korozję na właściciela. W większości te gwarancje są tylko po to by fajnie wyglądać na papierze. Za to nie najgorszym argumentem może być podniesienie wartości pojazdu przy sprzedaży dzięki udokumentowanej i pewnej historii serwisowej.

Najpopularniejsze rozwiązanie jest najrozsądniejsze.

Zakończenie kosztownych wycieczek do ASO wraz z końcem gwarancji na podzespoły mechaniczne wydaje mi się najrozsądniejszym wyjściem. Oczywiście tylko jeśli nowy warsztat jest rzetelny, a nie z gatunku „o zobacz klient ma ładny alternator, dawaj podmienimy na gorszy, a ten zhandlujemy”. Po co przepłacać za taką samą usługę?

Nie musi to oznaczać obniżenia trwałości auta. Nadal możemy korzystać z oryginalnych części. Czasami dodatkowo oszczędzając kupując w pudełkach z logiem podwykonawcy, a nie marki naszego samochodu. Nie zapomnę momentu, kiedy otworzyłem pudełko opatrzone logiem Lemforder zawierające zestaw do naprawy tylnego zawieszenia mojego Mercedesa, a w środku znalazłem elementy z oznaczeniami OEM i bezczelnie zdrapanymi gwiazdami. Cena? 2 razy niższa. Za dokładnie ten sam produkt.

Nasz rodzinny Fiat Tipo podążył drogą złotego środka.

Nie zaskoczy więc pewnie nikogo, że również opisywany niedawno Fiat Tipo służący w rodzinnej firmie równo z końcem 2-letniej gwarancji przestał odwiedzać ASO w ramach usuwania usterek. Uzasadnienie nie jest tu zbyt rozbudowane. Przy samochodzie, który jest tylko narzędziem do zarabiania, nie ma miejsca na sentymenty czy perfekcjonizm. Liczy się tylko prosty rachunek ekonomiczny, czyli roboczogodzina tańsza o około 1/3. Na przeglądy okresowe Tipo jeździ jednak nadal do serwisu Fiata ze względu na warunki leasingu.

Brak szczegółowej historii serwisowej? Po zakończeniu 4-letniego leasingu i tak będzie miał przebieg sprawiający, że będzie w Polsce niesprzedawalny, chyba że za bardzo zaniżoną cenę. Będzie nadal w pełni sprawny, ale nikt nie klika w oferty aut z przebiegiem powyżej 300 tys.

A wy kiedy przestaliście jeździć swoim samochodem do ASO?

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie